Mała frustracja, frustracyjka….

Eh, kiedy mój psiak pojmie, że ze mną nie wygra? Tak, tak – wiem – jestem naiwna, że naprawdę wierzę iż zwycięzcą będę ja i tylko JA. Czasem jest ciężko się nie poddać. Praca z psem to codziennie nowe, a zarazem bardzo do siebie podobne…, wyzwania. W poniedziałek Berek przestał zjadać sarnie kupy w lesie. Ale już we wtorek łapał je w gębę jakby nigdy nic i uciekał glamiąc mordką. Okazało się, że we wtorek komenda „zostaw!” już nie działała. W środę za to Berek prawie cała drogę do lasu wspaniale szedł przy nodze. Cud! Nie, żaden tam cud, bo już dziś ciągną jak oszalały.

Nie poddaję się, choć mam czasem wielką ochotę to zrobić. Jak piesek teraz mały to jak pociągnie to przecież tylko łatwiej iść… Nie, nie nie! Piesek urośnie i wtedy go nie opanuję. Spacery stanął się dla niego i dla mnie po prostu nieprzyjemne, albo co gorsza, niebezpieczne. Tak więc mozolnie go ściągam do siebie i koryguję jak zaczyna ciągnąć. I tylko aby nie okazać zniecierpliwienia…

Tak więc nie poddaję się. Zatrzymuje go przed każdą ulica komenda „stój!”, nawet jak nic nie jedzie i jest 6:30 rano i nie ma żywej duszy na ulicy. Nagradzam i idziemy. Niech nauczy się, że bezmyślnie nie ma co wbiegać na ulicę bo nie dostanie ciuciusa… Wycieram mu nogi z błota zanim jeszcze wbiegnie do salonu. Nawet gdy jest piękna pogoda, świeci słońce i pies jest czyściutki. On nie musi wiedzieć co ja robię, a jak będzie cały w błocie to się przyda by stał jak osiołek w przedpokoju i czekał na ciuciusa gdy tymczasem ja  postaram się doprowadzić go do względnej suchości. Gdy go karmię to stawiam jego miskę na naszym stole i udaję, że z niej wyjadam. Niech wie kto je pierwszy, kto jest szefem i kto komu oddaje łaskawie „resztki”. Na spacerach wołam go nawet gdy nic się nie dzieje i daję ciuciusa… Oj czego to ja nie robię … I wciąż mało i wciąż Berek próbuje mnie ustawiać i testuje jak bardzo tym razem mu się to uda.

Ale walczę i nie zamierzam się poddać. Co ciekawe to ta „walka” jest głównie z samą sobą i moimi własnymi słabościami, a nie z psem 🙂

Scenka rodzajowa

Staram się powoli przyzwyczajać Berka do jazdy autobusem. Wiem, że nam się to przyda bo samochodu na razie nie mamy a spacery ciągle w te same miejsca są najzwyczajniej nudne. Nasza pierwsza podróż to było raptem parę przystanków. Wysiedliśmy i od razu wpadliśmy w las na super spacerek. Same dobre wrażenia 🙂 Ale w autobusie Berek siedział mi na kolanach. Tak chciał i mu nie broniłam, szczególnie że była to pierwsza nasza autobusowa wycieczka. Oczywiście Beruś trochę się kręcił i rozglądał co przyciągnęło uwagę „pomocnej babci”.

– „Pieskowi się nudzi.”

– „To nasza pierwsza podróż autobusem” – mój uśmiech i nadzieja że rozmowa przejdzie na kurs „o jaki dzielny!”. Ale jednak się przeliczyłam bo „pomocna babcia mówiła dalej:

– „No ale tutaj jest tyle ścieżek, że nie trzeba jechać autobusem”

– „Ale ja go chcę przyzwyczaić do jazdy autobusem”

-„No ale wie pani, ludzie różnie reagują na psy w autobusie…”

– „Wiem, ale pies ma kaganiec i mam prawo jechać z nim autobusem” – mój uśmiech

– „O! A ile on ma?”

– „Cztery miesiące.”

– „O to duży będzie!”

A ja na to,że ogromny … I jechaliśmy dalej. W kagańcu, najgrzeczniej na świecie. I zastanawiam się czemu ludzie zawsze muszą gadać? Ja wiem że komuś pies może przeszkadzać w autobusie. Wiem i to rozumiem. Ale po co gadać o tym innym. Będzie taka sytuacja to będę się zastanawiać jak nie sprawiać co robić, a takie zrzędzenie doprowadza mnie do szału :/.