Wesoła Cafe – „Lepiej pić kawę, niż nie”

Dobra kawa to podstawa. Nie ma nic lepszego od pysznej, aromatycznej, czarnej kawy parzonej sposobami alternatywnymi. Ostatnio jeśli już idę na kawę (co zdarza się zdecydowanie za rzadko) to zabieram ze sobą Berka. Jak już wiele razy pisałam – uwielbiam, gdy koło mnie jest. Obecność Psiego Ryja dodaje w moim odczuciu każdej chwili element wyjątkowości.

Do Wesołej trafiłam z polecenia znajomego baristy. Potuptałam tam jak najszybciej, bo z okazją do wypróbowania kawy nie ma co czekać. Kawa, kawa, kawa….

Nie zawiodłam się: kawa jest świetna, a jedzenie, którym Wesoła także się chwali na swoim fanpage’s, smakowite. Dodatkowo, co bardzo mi się podoba, Wesoła Cafe jest przestrzenna, można swobodnie rozmawiać nie przejmując się, że usłyszy cię sąsiedni stolik. Szczególnie druga salka, w głębi lokalu, jest zachwycająca – duża, z wielkimi szklanymi drzwiami (wyjście do kawiarnianego ogródka), a są w tej części tylko trzy stoliki.
Wesoła Cafe serwuje codziennie brunch, a świeże i zaskakujące menu zamieszcza na swoim FB. Prawie zawsze można spodziewać się czegoś nowego. W menu są również pozycje wegańskie. Obsługa w Wesoła Cafe jest profesjonalna, uśmiechnięta, ale nienarzucająca się. I co najlepsze – opowiadają o kawie :). Ostatnio zamówiliśmy kawę z aeropressu, która w pierwszym momencie każdego łyka była lekko herbaciana. Słuchanie baristy opowiadającego o smaku kawy to coś świetnego 🙂

Wesoła Cafe
ul. Rakowicka 17, Kraków (niedaleko Dworca Głównego PKP)

Wesoła Cafe Kraków
Sławne neonowe hasło z Wesoła Cafe 🙂

Wesoła CafeWesoła Cafe, seter gordon Wesoła Cafe

Wesoła Cafe, Kraków
Wnętrze Wesołej. .Źródło: https://www.facebook.com/WesolaCafe/photos_stream
Wesoła Cafe, Kraków
Kawowa alternatywa – syfon. Źródło: https://www.facebook.com/WesolaCafe/photos_stream

„Ty chyba powinnaś mieć innego psa”

Cytat z tytułu tego posta to komentarz, który usłyszałam kiedyś od mojego A. Berek miał wtedy około 1,5 roku. Dokładnie pamiętam, że siedziałam w salonie na kanapie i coś opowiadałam A. o Berku, który rozciągał się na dywanie. A. nie powiedział tego złośliwie – był to raczej żartobliwy komentarz na moje tyrady o tym jak wyglądał mój spacer z Berkiem i, zapewne, podróż autobusem. Gdy Berek miał 1,5 roku i ja i on poczuliśmy potrzebę odkrywania nowych miejsc spacerowych. W tym też czasie Berek odmówił jakiejkolwiek współpracy podczas jazdy komunikacją miejską. Ja natomiast usilnie próbowałam coś z tym zrobić, bo poruszanie się autobusami było w naszym przypadku koniecznością. Był to dość ciężki czas i dla mnie i dla Berka, ale w końcu udało się. Nie zmienia to jednak faktu, że przez długich kilka miesięcy miałam zdecydowanie mniej wzlotów niż upadków w mojej relacji z Psim Ryjem. I to ze mnie wypływało. Głównie w opowiadaniu o tym mojemu A…. Owe zdanie: „Ty chyba powinnaś mieć innego psa” zszokowało mnie, zabolało i pamiętam je dokładnie po dziś dzień. A. wyjaśnił, że uważa, że potrzebuję psa, który będzie spokojniejszy, bardziej opanowany i mniej samodzielny. Nigdy, ale to nigdy, świadomie nie pomyślałam, że Berek to nie jest pies dla mnie. Jednak być może emanowałam jakąś dziwną, niepozytywną aurą? Nie wiem o czym wtedy opowiadałam A., ale wiem, że z jakiegoś powodu tak, a nie inaczej, skomentował moje słowa. Zaniepokoiło mnie, że tak pomyślał. Zaczęłam zastanawiać się, czy przypadkiem Berek nie odbiera mojego zachowania w podobny sposób. Głęboko wierzę, że psy doskonale wiedzą kiedy człowiek jest nimi zawiedziony. Czują kiedy relacja pomiędzy nimi staje się dla człowieka jednym wielkim rozczarowaniem. Niby czemu psy w schroniskach tak desperacko dopominają się naszej uwagi? Dla mnie kontakt z psem nie może być oparty na mechanicznym wydawaniu smaczków po tym jak pies zrobi sztuczkę, lub wykona komendę. Schroniskowe, zapomniane psy nie dopominają się zza krat o smakołyki. One chcą naszej uwagi, uznania. Człowiek swoje rozczarowanie potrafi okazać nie tylko słowem, ale i gestem, miną, postawą. Pies to widzi. Zaraz za rozczarowaniem idzie dużo pozostałych rzeczy – mniej i coraz nudniejsze dla psa spacery, ignorowanie psa w domu, nie dbanie o jego i tylko jego osobiste potrzeby. Słowa A. przeraziły mnie, bo jak nic innego nie chcę by Berek czuł, że jest z nim coś „nie tak:”. Bo „nie tak” może być z moimi umiejętnościami treserskimi, albo z moimi oczekiwaniami względem psa, ale nie z samym psem.

Od tamtej pory minął ponad rok. Berek jeszcze wiele razy dał ( i jeszcze pewnie da) mi popalić. Przeżyliśmy jego dorastanie i burzę hormonów. On przetrwał dwie nasze przeprowadzki. Poszłam na wiele kompromisów jeśli chodzi o Psiego Ryja, bo uznałam, że tak będzie lepiej i dla mnie i dla niego. Staram się cały czas pamiętać, że Berek też poszedł na kompromis. A właściwie idzie na kompromis codziennie, na każdym spacerze, gdy ja go wołam, a on podejmuje decyzję, że przestanie robić co robi i do mnie przybiegnie. A przecież ile jest codziennych czynności, które wykonuje „po naszemu”! To nie może rozczarowywać!

Kiedyś usłyszałam od osoby, która zajmuje się seterami już od wielu lat, że pierwszy gordon wychowuje sobie właścicieli na swoją modłę ;). Potem człowiek się trochę uczy i z następnym seterem sprawa wygląda trochę inaczej. Bo następny seter na pewno się pojawia… :). Jak najbardziej się z tym zgadzam: Berek oczywiście sobie nas trochę wychował, i tak – jeśli będzie kiedyś pies rasowy to będzie to gordon ;). Nie mam co do tego wątpliwości. Oboje z A. wpadliśmy jak śliwki w kompot z ta naszą miłością do rasy, która, fruwając po polach, wygląda jak czarna ścierka powiewająca na wietrze. Inaczej się nie da :).

seter szkocki gordon
po zanurzeniu w jeziorze

DSC_1081 DSC_1095

Czy ze swoim psem czujesz się bezpieczniej?

Ostatnio zaczęłam się nad tym zastanawiać. Nie wiem czemu akurat moje myśli zaczęły krążyć wokół tego pytania. Nie wydarzyło się nic wielkiego, żeby Berek musiał mnie ratować, albo żebym jakoś specjalnie wystraszyła się na spacerze.*  Regularnie spotykam dziwne osoby na spacerach, ale nic nie wyszło poza skalę tego czego mogę spodziewać się na spacerach po polach i zaroślach. Skąd zatem moje pytanie?

Otóż zauważyłam, że mimo iż jestem stosunkowo ostrożna, to jednak dzięki temu że idę z Berkiem, na niektóre sytuacje praktycznie nie reaguję, bo obecność mojego psa daje mi względne poczucie bezpieczeństwa. Po prostu wiem, że fakt iż idzie obok mnie pies ma w takich sytuacjach znaczenie. Wczoraj, gdy na środku łąki, z dala od domów mieszkalnych, mijaliśmy jakiegoś człowieka, który nie wiadomo skąd się tam wziął, stwierdziłam, że Berek nie wygląda na przyjaznego psa. I ucieszyłam się, że mam go przy sobie. A co Berek robi na spacerze po polu, gdy zbliża się obca osoba?

– Berek na spacerze nie macha ogonem do obcych: albo na nich nie reaguje, albo zwalnia i obserwuje. Raczej nie wygląda na wesołego, ani miłego. Jest czujny.
– Jest czarnym i większym psem, a to, o dziwo!, ma ogromne znaczenie.
– Zwykle jest brudny, mokry, wygląda na łąkowego szaleńca, a nie kanapowca. Właściwie nikt nie ma ochoty żeby taki pies do niego podchodził.
– Niepewny co się dzieje? Okazuje to, ale nie ucieka, czyli ładuje się całym swoim jestestwem między mnie a Coś Nowego, wtyka głowę, czasem nawet szczeknie, najeży się. Jest.

Nie do końca są to zachowania z których powinnam być dumna. Być może to brak psiej ogłady, za mało socjalizacji, strachliwość. Jednak, gdy idę sama wśród krzaczorów i nagle spotykam Wczorajszego Pana, bełkoczącego coś niewyraźnie w moim kierunku, cieszę się, że Berek jest obok i że wcale nie ma ochoty na zabawę z Panem Żulem.
A Wy czujecie się pewniej idąc z psem? I dlaczego?

* Berek tylko raz stanął „w mojej obronie” bucząc na ludzi, którzy nagle podeszli do mnie w Lasku Wolskim, aby spytać o drogę. Moje i Berka spacery w Lasku były praktycznie zawsze samotne, więc Berek był szoku, gdy nagle podeszło do mnie dwóch mężczyzn. Ten jeden jedyny raz, stanął pomiędzy mną a obcymi i ostrzegawczo warknął.

DSC_1068

 

DSC_1052

DSC_1048
I jak się go nie przestraszyć ? 🙂 Przecież to nie wygląda normalnie

DSC_1034

 

 

Tropienie użytkowe – warsztaty

W ostatni weekend byliśmy z Berkiem na warsztatach z tropienia użytkowego, które były zorganizowane przez Akademię Psa Pracującego, odział krakowski.  Tropienie użytkowe to poszukiwanie osoby zaginionej lub schowanej po tym jak pokażemy psu przedmiot do nawęszenia należący do osoby poszukiwanej. Jest to aktywność z psem, która staje się w Polsce coraz popularniejsza. My z Berkiem jesteśmy początkujący… tzn my – ludzie jesteśmy początkujący, bo Berek doskonale wie co ma robić 🙂 Warsztaty odbywały się w Goszczy, niedaleko Krakowa.

Oddziałem krakowskim Akademii Psa Pracującego zajmuje się fenomenalna Magda Naraniecka, która regularnie prowadzi zajęcia i warsztaty z tropienia, a także szkolenia psów. To właśnie dzięki Niej i jej pracy ten weekend był taki udany. Podczas warsztatów naprawdę dużo się nauczyliśmy. Magda cierpliwie tłumaczyła nam, kursantom, co pies robi w danym momencie idąc po śladzie i dlaczego. Pomagała nam zrozumieć sposób w jaki pies pracuje i nauczyć jak mamy mu nie przeszkadzać niepotrzebnie szarpiąc za linkę, albo sugerując mu co ma robić, kiedy on być może wcale naszej pomocy nie potrzebuje.

Ale jak to wygląda?
Oczywiście wszystko zależy od tego na jakim poziomie zaawansowania jest nasz pies. Berek jest początkujący w tropieniu więc ma stosunkowo krótkie i świeże ślady. Pozorant układa ślad zostawiając po drodze przedmioty i na końcu chowa się tak aby być jak najmniej widocznym dla psa. Przewodnik po określonym czasie (to też jest zależne od zaawansowania psa, Berek miał ślady 10-15 minutowe) pokazuje psu przedmiot do nawęszenia, należący do pozoranta, wydaje komendę i zaczyna tropić. Ślad może oczywiście zakręcać, biec po różnych podłożach (łąka, droga, potem las). Przewodnik ma za zadanie nie przeszkadzać psu i … podziwiać jak zwierzak pracuje, bo, naprawdę, jest na co patrzeć! Berkowi bardzo dobrze szło i jestem z niego bardzo dumna. Jego siostra, Coco, która tropi już od dłuższego czasu jest rewelacyjna i ma niezwykła motywację do pracy. Mam nadzieję, że Berek też będzie tak dzielnie tropić jak Cocusia.

Co mi się podoba w tropieniu?
Jestem okropnym uparciuchem i czasem nie potrafię odpuścić. Natomiast tropienie uczy mnie, że muszę zaufać swojemu psu, bo właściwie w temacie węszenia nie mam nic do powiedzenia i to Berek rozdaje tu karty. To jest potrzebne w relacji z psem. Mi daje satysfakcję, bo widzę, że mój pies jest genialny w tropieniu (jest!), a jemu poczucie wolności, bo tropienie to coś w czym się realizuje i co rozumie sam z siebie. Nawet teraz pisząc ten post uśmiecham się na samo wspomnienie uczucia jakie daje mi widok Berkowej, szczęśliwej mordki, gdy odnajdywał mnie na końcu śladu, gdzieś w krzakach. Seter, jako pies niezwykle żywiołowy, indywidualista, który wydaje się być zawsze gotowy do akcji, naprawdę polubi wspólne tropienie jako sposób nawiązania więzi z opiekunem.

DSC_0943
na tarasie w domku w Goszczy: http://www.kochul.pl

DSC_0941

DSC_0952
szaleństwo przed tropieniem
DSC_0955
poranek pozoranta 🙂

DSC_0963

DSC_0969
Idziemy tropić! Berek będzie pierwszy raz tropić kogoś spoza rodzinki – tutaj Ewę – właścicielkę Coco
DSC_0975
Berek już gotowy do pracy

DSC_0980

DSC_0981

DSC_0985
Moja duma ! 🙂

Ile swobody potrzebuje pies?

Według słownika języka polskiego PWN swoboda to poczucie braku skrępowania i możliwość postępowania bez ulegania przymusowi lub ograniczeniom. Synonimem swobody jest wolność, naturalność, ale także arogancja i przeciętność :).

Ile tej swobody?
Jako właścicielka setera mogę mieć dość ekstremalne poglądy na temat tego ile swobody potrzebuje pies. Setery muszą czuć się wolne, bo to uczucie jest dla nich naturalne i zrozumiałe. W swobodnym bieganiu, nieskrępowanym szaleństwie, seter realizuje się. Czuje, że imponuje światu, właścicielowi i jest sobą. Oczywiste jest, że każdy pies potrzebuje swobody. Nie da się jednak zaprzeczyć, że psy wyrażają siebie w różny sposób i w różnym też stopniu potrzebują do tego niezależności. Są też psiaki , które z różnych powodów po prostu trzeba prowadzać na smyczy.Jeśli wszystkie spacery odbywają się na smyczy, to należy znaleźć sposób, żeby pies miał okazję poczuć się swobodnie i miał szansę zając się swoimi sprawami, gdy my – właściciele- nie będziemy mu w tym przeszkadzać.

Czy pies może mieć za dużo swobody?
Myślę, że tak :). Czasem mam podejrzenia, że Berek ma właśnie za dużo swobody, ale w jego przypadku to nie jest takie proste. Biorąc setera wiedziałam jaki to pies i od razu założyłam, że jako właściciel gordona, zapewnię mu praktycznie codzienne spacery po polach. Nie brałam pod uwagę innej opcji. Berek jest taki jaki miał być – seterowy :), a swobodne bieganie to jego największa miłość. Tu mnie nie zaskoczył. Berek bywa bezczelny – dopomina się takich a nie innych spacerów i doskonale wie czego chce. No cóż – nie mam pojęcia jak miałby stłumić w sobie tą pasję jaką wykazuje do fruwania po polach 🙂

A co jeśli pies ma za mało swobody?
Hmmm….. to oczywiście zależy od psa i od tego do czego jest przyzwyczajony i jak zdefiniowana jest dla niego owa „swoboda”. Berek nie ucieka, nie biega jak wariat w kółko, nigdy nie wygląda na niewybieganego czy kiedykolwiek skrępowanego psa. Po prostu, gdy go spuszczam ze smyczy, rozluźnia się. Analogicznie, gdy wędrujemy na smyczy, Berek wygląda na lekko zagubionego. Z czasem, gdy spacer się wydłuża, próbuje się buntować, po czym przygasa i czeka na rozwój wydarzeń. Uważam, że psy które nie mają szansy realizować swoich potrzeb mogą na własną rękę próbować znaleźć sposób, aby to zmienić, choć nie musi to być regułą. Myślę, że Berek by próbował, bo jest impulsywny, entuzjastyczny i pełen energii, której poskromienie nie jest w jego naturze.

berek1
relaks na spacerze
berek2
obserwacja

Jesienny Berek

Jesień którą mamy od kilku dni zapiera dech w piersiach – jest ciepło i słonecznie. Chciałabym, żeby tak było cały czas! Kolory na drzewach są niesamowite, a dzięki słonecznej pogodzie tak łatwo iść na spacer i po prostu odpoczywać podziwiając uroki tej pory roku.

Nie wiem czy Berek podziela mój zachwyt, bo ewidentnie jest mu gorąco i każdy spacer kończy zanurzeniem w kanałku. Intensywnie biega tylko wczesnym rankiem, kiedy jest mgła i intensywne zapachy na trawie pokrytej rosą. Reszta dnia to raczej wygrzewanie się na słońcu niż bieganie. Ale co tam – deszcz jeszcze przyjdzie i Berek będzie zachwycony. Tymczasem ta JA napawam się chwilą i wywlekam psa na spacer kiedy tylko mogę.

Przyznam, że uwielbiam patrzeć na Berka jak szaleje na łąkach. To jest po prostu piękne. Jak dla mnie jest to jedna z najpiękniejszych rzeczy jaką kiedykolwiek widziałam. I gdy dzień jest piękny i słoneczny, a ja odpoczywam idąc po łąkach z psem, jest idealnie. Wtedy wszystko nagle jest takie jakie powinno być 🙂

Poniżej kilka zdjęć Berka w jesiennym słońcu 🙂

seter gordon

seter gordon

seter gordon

DSC_0908

seter gordon

 

 

 

Śląski Dom – hotel w górach, w Dolinie Wielickiej

Śląski Dom to hotelo-schronisko, które leży nad Wielickim Stawem u podnóży Gerlacha (najwyższego szczytu Tatr). Budowę schroniska zainicjowano w 1871, ale już po 3 latach budynek zmiotła lawina. Potem, odbudowany i zmodernizowany, spłonął w 1962 roku. Hotel nie pasuje do otaczającego go surowego górskiego krajobrazu. Podobnie też charakter jego działalności jest wręcz sprzeczny z tym czego oczekuje się w górach – na dole jest np elegancka restauracja z kelnerami. Obecnie hotel jest w stanie pomieścić około 100 gości. Pod budynkiem zaparkowane są ekskluzywne samochody, a my widzieliśmy gości hotelowych spacerujących w garniturach wokół stawu w środku Tatr :).  Przyznaje, że widok jest trochę futurystyczny ;).

seter gordon

seter gordon

Wyruszyliśmy czerwonym  szlakiem ze Starego Smokovca, czyli miejscowości, gdzie mieszkaliśmy. Szlak na mapie był opisany jako stosunkowo łatwy, ale taki dla nas nie był. Zmęczył nawet Berka :). W pewnym momencie było tak stromo i niewygodnie się wspinać, że zaczęliśmy wypatrywać końca szlaku. W mojej głowie pojawiła się też myśl, że musimy iść dalej i dojść, bo powrót tym samym szlakiem odpada. Miałam nadzieję, że żółty szlak, którym planowaliśmy wracać do domu będzie łatwiejszy. Na szczęście był… wręcz nudny ;). Koniec końców, nie żałowaliśmy, a wręcz czuliśmy satysfakcję, że nam się udało. A w Dolinie Wielickiej, nad Stawem Wielickim, zdrzemnęliśmy się w słońcu.

seter gordon

A Berek? Jak wspomniałam – podczas tej wycieczki – zmęczył się. Było ciepło, daleko i stromo. Ciągnął ( a jakże!), ale reagował na komendy i staram się współpracować. Widziałam, że zastanawia się nad tym co robi, patrzy na nas i jest nastawiony na kontakt z nami. Były jednak też momenty (głównie w lasie), kiedy „odfruwał” i znów nos zaczynał dowodzić psem. Wiele razy pisałam, że właśnie to uwielbiam w swoim psie, ale stwierdzam, że, gdy mijała już 6-ta godzina wspinaczki i nie miałam na nic już siły, pragnęłam aby mój pies myśliwski mógł włączyć komendę „nie mam nosa”…

DSC_0904
Początek trasy
DSC_0948
Berek żuje górską trawę, a ja kontempluję 🙂

 

DSC_0940
Berkowe zaaferowanie 😉

DSC_0935

DSC_0922

seter gordon
Na szlaku

Jak to zawsze jest z górami – szybko zapomnieliśmy o trudach wspinania się i chcieliśmy więcej więcej ! W górach czuję się uzależniona od pięknych widoków i nie chcę się zatrzymywać. Jedna wędrówka nakręca kolejną i kolejną.

Wyprawa do Schroniska Tery’ego (Teryho chata)

Naszego pierwszego dnia, dość ambitnie, wybraliśmy się do Schroniska Tery’ego. Od razu może powiem, że dotrzeć nam się do końca szlaku nie udało… Oczywiście, że winić można naszą kiepską kondycję, ale niestety głównym powodem naszej rezygnacji był Berek. Nie ma co się oszukiwać i opowiadać, że łażenie z nim po górach to sama przyjemność i że praktycznie niósł za nas plecaki i serwował czekoladowe batoniki. Pierwszego dnia zmęczył mnie mój własny pies, podejście pod górę to był wręcz pikuś w porównaniu z utrzymaniem miotającego się na smyczy psa. W pierwszych minutach wyprawy Berek wyczerpał większość pokładów seterzego entuzjazmu i później już mogło być tylko lepiej. Gorzej nie mogło… Otóż mojego psa obezwładniła ilość zapachów, ich intensywność i różnorodność. Samym niuchaniem zmęczył się dość szybko, ale też zaczął być poirytowany, bo będąc na smyczy nie mógł do końca wyczytać wszystkich informacji i sprawdzić tego co właściwie poczuł. Prowadzenie go na lince, które planowaliśmy, wcale nie pomagało. Długa smycz dawała Berkowi swobodę, która i tak go nie satysfakcjonowała w danej sytuacji i parł do przodu jak wariat. Trzeba było go ściągać na krótka, aż w końcu przepiąć na zwykła smycz. Berek na smyczy jeśli ma nie ciągnąć, to włącza tryb konkretnej pracy i wykonuje komendę. Żaden pies nie wytrzyma wykonywania komendy przez kilka godzin… tak więc Berek po pewnym czasie wyłączył się i znów zaczął ciągnąć. I tak to wyglądało. Przyznam, że było ciężko. Jednak drugiego dnia zobaczyłam poprawę i Berek zaczął rejestrować komendy „Stój!” i „Idź!” co ułatwiło wspinanie się po dość trudnym, kamienistym szlaku. Ale o tym w następnych wpisach 🙂

Ale wracając do wyprawy pierwszego dnia. Zaczęliśmy w Starym Smokovcu ruszając zielonym szlakiem wzdłuż kolejki wagonikowej na Hrebienok (na górze jest restauracja – z psem można usiąść tylko na zewnątrz). Szlak nie jest najciekawszy, gdyż biegnie praktycznie zaraz koło torów po których co jakiś czas wciągana jest kolejka. Dodatkowo teren jest zniszczony przez tzn Wielka Katastrofę (słow. Velka Kalamita) – wichurę, która w listopadzie 2004 roku zniszczyła około 14,000 ha lasów po Słowackiej stronie Tatr. Z Hrebienoka przeszliśmy koło Bilikovej Chaty, gdzie mieści się restauracja do której nie można wejść do środka z psem. Następnie mijając przepiękny wodospad na potoku Studeneho doszliśmy do najstarszego schroniska w Tatrach Wysokich czyli Rainerovej Chaty. Miejsce naprawdę magiczne. Chata jest mała, kamienna, nie ma w niej okien. Nadaje niesamowity klimat całej polanie.

DSC_0927

DSC_0942

DSC_0922

DSC_0920

DSC_0915

DSC_0904

Idąc do Schroniska Tery’ego mijamy również Schronisko Zamkovskiego (1475m n.p.m). Oba te schroniska, podobnie jak i Rainerova Chata, należa do grupy pięciu schronisk wysokogórskich, które do tej pory są zaopatrywane w jedzenie i inne artykuły przez nosiczów (pozostałe to Chata pod Rysami – 2250m n.p.m. i Schronisko Zbójnickie – 1960m n.p.m.). gdyż dojazd do nich jest niemożliwy z uwagi na trudny teren i położenie. Nosicz to inaczej tatrzański tragarz, który jest charakterystyczny tylko dla Słowackich Tatr. Nosicze dostarczają do schronisk wszystko – od jedzenia po paliwo. Ich ładunki średnio ważą około 80 kilogramów, niezależnie od pory roku. Rekord pobił Laco Kulanga wnosząc do Chaty Zahorskogo 207kg (więcej informacji). Nosicze znoszą również ze schronisk śmieci, warto więc zastanowić się zanim coś wyrzucimy do kosza przy schronisku w górach (np. psią kupę …).

nosic
Nosicz, źródło: http://plfoto.com/zdjecie,ludzie,nosicz,1441444.html

Po około 45 minutach wędrówki za Schroniskiem Zamkovskiego w stronę Tery’ego postanowiliśmy zawrócić. Berek wyrywał do przodu jak dziki, a wiedzieliśmy, że będzie ściągał nas w dół z równym zaangażowaniem. Natomiast szlak był na tym etapie stromy i kamienisty. I właśnie wracając do Berka…Założyliśmy, że pies będzie szedł na lince. Niestety nie do końca nam to wyszło, bo im dłuższa smycz tym bardziej wyrywał do przodu i trudniej było go kontrolować. Przymocowanie do pasa biodrowego psa, który nie umie poruszać się spokojnie po szlakach odpadało – musieliśmy wiedzieć, że w każdej chwili możemy psa puścić i ratować siebie przed upadkiem na tyłek. (Dodatkowo Berek widząc pas biodrowy i szelki zaczyna biec, bo kiedyś spróbowałam z nim canicrossingu 😉 ) Berek niestety nie popisał się tego pierwszego dnia. Ciągnął w górę i potem w dół jak mały parowóz co nie jest pożądane przy górskich wędrówkach, gdzie trzeba planować praktycznie każde stąpnięcie i każdy krok. I co najgorsze, w czasie naszej pierwszej wycieczki nie widziałam, żeby Berek w jakikolwiek sposób starał się opanować. Przyznam, że mnie to przeraziło i trochę załamało, bo nie wyobrażałam sobie jak przetrwamy kolejne wyprawy. Na szczęście następnego dnia było lepiej i Berek „kontaktował” – widać było, że stara się myśleć o tym co robi i kontrolować swoje ruchy. Przynajmniej trochę :).

Polecam zajrzeć również do mojego poprzedniego wpisu, gdzie opisałam ogólne zasady poruszania się z psem po TANAPie.

Słowackie Tatry z psem. Ogólne zasady i niejasności.

Długo zwlekaliśmy z wakacjami, a jeszcze dłużej z wyprawą w Tatry. Ale wreszcie udało się zmobilizować i trochę „na wariata”, bo tylko z mapami i bez przewodników, pojechaliśmy w Słowackie Tatry. Oczywiście z psem.

Wiadomo, że w Tatrzańskim Parku Narodowym po Polskiej stronie jest zakaz wprowadzania psów. Z psami można wędrować tylko Dolina Chochołowską do końca, do schroniska. Pies oczywiście musi być prowadzony na smyczy.

Na Słowacji w góry można wyruszyć z czworonogiem. Jednakże, my popełniliśmy błąd dając się zwieść ogólnie powtarzanym informacjom, że pies w Tatrach na Słowacji jest akceptowany i nie zweryfikowaliśmy tego z TANAPem (lub tą strona), czyli z regulaminem Słowackiego Tatrzańskiego Parku Narodowego. O co chodzi i gdzie pojawia się problem?

Tatry na Słowacji wyglądają inaczej niż te po Polskiej stronie – ogólnie można powiedzieć, że są bardziej „dzikie”. Z tego co zauważyłam, nie ma tutaj łatwych szlaków, krótkich dolinek gdzie można wybrać się na parogodzinny spacer z rodziną w letnie popołudnie (wykluczam tutaj spacery w klapkach, z torebusią przewieszona przez ramię, po obiadku i deserze z piwa itp, bo to inna bajka). Tutaj praktycznie każde wyjście to wyprawa, a szlaki są długie i często zaawansowane w trudności. Tak jak w Polsce w Tatrach można sporadycznie spotkać kogoś w profesjonalnym obuwiu do wędrówek górskich, tak tu na Słowacji ci w adidaskach (klapek i szpilek nie ma !) są w zdecydowanej mniejszości. Ja niestety śmigałam w adidaskach i wstydziłam się cały wyjazd, bo wyglądałam na bardzo przypadkowa turystkę 🙂

DSC_0934

Wejście na teren Parku Narodowego jest darmowe, ale konieczne jest wykupienie ubezpieczenia, gdyż jeśli ulegniemy wypadkowi TANAP obarczy nas kosztami akcji ratunkowej. Koszt ubezpieczenia jest praktycznie symboliczny – około 70 eurocentów za każdy dzień pobytu. Nie ma „bramek” do parku narodowego, a wejścia na szlaki są dość niepozornie oznaczone. Co się z tym wiąże to fakt iż trudno znaleźć tablicę informacyjna z ogólnymi zasadami poruszania się po parku. Trzeciego dnia naszych wędrówek wreszcie natknęliśmy się na tablicę informacyjną, gdzie wyczytaliśmy, że pies ma być prowadzony na smyczy i w kagańcu. No to super !

…Jednakże, gdy zaczęłam szukać dokładnych informacji w internecie okazało się, że TANAP narzuca dość dożo ograniczeń co do wprowadzania psów na teren parku. Psy, owszem, mogą z nami maszerować po górach, ale nie można wprowadzać ich powyżej trzeciego poziomu ochronnego przyrody, tak więc poziom czwarty i piąty jest dla psów i ich właścicieli niedostępny. I tu pojawiają się pewne niejasności: jak dla mnie odnalezienie informacji gdzie zaczynają się poziom czwarty i piąty graniczy z cudem. Na samej mapie zamieszczonej na stronie TANAPu (mapa Natura 2000) nie sposób cokolwiek wyczytać, a innej nie udało mi się znaleźć. Pomijam już sam fakt, że na szlakach nie ma takich informacji.

Gdy dziś przyjrzałam się mapie poziomów ochrony przyrody w Tatrach Słowackich okazało się, że wychodząc w góry z miejscowości w której mieszkamy (Stary Smokovec) najprawdopodobniej łamiemy zasady zawarte w regulaminie. Przynajmniej tak się domyślam, bo nie mogę wiele dostrzec na mikro-mapie TANAPu. Ciekawostką jest też fakt, że trzy razy spotkaliśmy psy mieszkające w schroniskach, plus w ciągu naszych tylko czterech wypraw w góry widzieliśmy osiem psów (jeden w plecaku) wędrujących tak samo jak my, albo wspinających się wyżej.

Kolejną niejasność znaleźliśmy w regulaminie kolejki gondolowej na Łomnicy, którą można psa przewieść (koniecznie w kagańcu), ale tylko pierwszym jej odcinkiem, do mniej więcej 1/3 wysokości.  W regulaminie kolejki jest zapis, że „small dogs are allowed”, ale wielkość psa nigdzie nie jest zdefiniowana. Pani w okienku powiedziała, że Berek może wjechać, ale wątpię czy byłoby to możliwe w sezonie. Podobna sytuacja jest z kolejką wagonikowi na Hrebienok w Starym Smokovcu. Same niejasności.

DSC_0904

 

Jeśli chodzi o reakcje ludzi na obecność psa na szlaku to byłam mile zaskoczona – większość osób nas zagadywała i serdecznie witali się z Berkiem. Oczywiście trzeba zaznaczyć, że tutaj ludzi na szlakach spotyka się naprawdę sporadycznie co wydaje się kosmiczne, szczególnie, gdy pomyśli się o tłumach turystów w Polskich Tatrach. Zapewne wygląda to trochę inaczej w sezonie. Jednak koniec września i początek października to pustki na szlakach :).

WAŻNE: W Słowackich Tatrach szlaki (lista szlaków) powyżej schronisk są zamknięte dla turystów od 1 listopada do 15 czerwca!

 

 

Zanim weźmiesz psa wyobraź sobie, że będzie potworem ;)

Schroniska są pełne psów które okazały się ludzkim rozczarowaniem. Posiadanie psa to nie tylko przyjemność, ale również obowiązek. Ludzie potrafią zniechęcić się, znudzić praktycznie wszystkim. Niestety swoim zwierzęciem również. Nie potrafię zrozumieć takiego podejścia. Nie mam pojęcia jak można stwierdzić, że psiak-żywa istota- jest nieodpowiedni, niepotrzebny i należy się go pozbyć. Niestety taka jest rzeczywistość.
Moim zdaniem bardzo łatwo można uniknąć takiego rozczarowania i każdy przyszły właściciel psa powinien być w stanie to zrobić. Problem w tym, że często ludzie po prostu w ogóle się nie zastanawiają i kierują się tylko emocjami. Proponuję dwie opcje:
1. Nie brać w ogóle zwierzaka, albo…
2. Założyć opcję „ekstremum” czyli, że to nam trafi się ten nadpobudliwy egzemplarz, niszczący wszystko w domu i szczekliwy. Dodatkowo załóżmy, że psie żarcie zdrożeje, zamiast wydać oszczędności na wakacje będziemy musieli leczyć psa, albo wydać na szkolenie, że skorygować jego zachowanie. A jak już wydorośleje i się uspokoi, zaczniemy remont mieszkania, które przeżuł nas podopieczny. Wyobraźcie sobie, że odkąd będziecie mieć psa wszystkie jesienne dni będą deszczowe, a zima będzie bardzo długa. Na spacer zawsze będzie ciężko się wywlec. Obowiązku będziemy mieć tylko więcej, a energii jeszcze mniej. Tak własnie zrobiłam ja, decydując się na Berka – założyłam, że będzie „ciężkim egzemplarzem” i będziemy się trochę „męczyć” – dzięki temu jest mi łatwiej, bo mój pies nigdy mnie nie rozczarował. Już tłumaczę o co mi chodzi…

Gordony znałam z autopsji, więc wiedziałam na co zwrócić uwagę czytając opis rasy, a także w co wierzyć. Słyszałam o gordonach wyluzowanych, takich które świetnie radzą sobie w mieście, a miejski park im wystarcza, bo nie mają silnego instynktu łowieckiego i nie chce im się specjalnie tropić…. ale osobiście nigdy takiego setera nie spotkałam. Biorąc Berka wiedziałam, że dopóki będzie z nami, mieszkanie w mieście odpada. Wiedziałam, że brak mi umiejętności, aby w zupełności kontrolować instynkt myśliwski Berka, więc postanowiłam, że zapewnię mu spacery, gdzie będzie mógł robić to co kocha całym sercem i gdzie będzie bezpieczny. Spacery po polach to u nas standard, nie dlatego, że mam ten luksus mieszkania w takim miejscu, tylko dlatego, że postanowiłam, że będę mieszkać w takim miejscu z powodu psa. Była to świadoma decyzja.
Wiem, że gordony mają tendencje do niszczenia mieszkania. Ponieważ mieszkanie wynajmujemy, zdecydowaliśmy się na przyzwyczajenie Berka do kennelu. Pies korzystający swobodnie z kennelu to mocny argument przy wynajmowaniu mieszkania. Dodatkowo, po prostu jesteśmy spokojni, bo Berek naprawdę nigdy nic nie zgryzł. Nie mam pojęcia czy ma naturę niszczyciela, bo nigdy tego nie „testowaliśmy” – gdy wychodzimy z domu śpi spokojnie w kennelu. Założyliśmy, że zlikwidowałby całe mieszkanie podczas naszej nieobecności i dzięki temu … nigdy nie musieliśmy złościć się, że zjadł nasze buty czy wypatroszył kanapę. Żyjemy szczęśliwi :).
Wiedziałam, że gordony są energiczne, często najpierw robią, potem myślą. Przyznaję, że nie zdawałam sobie sprawy z intensywności działań psa tej wielkości. Berek zaskoczył mnie swoim entuzjazmem który przejawia do WSZYSTKIEGO i chwilę zajęło mi nauczenie się jak sobie z tym radzić, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Bywa ciężko i są dni, że chciałabym, żeby mój pies po prostu wyłączył swoje „seterzenie”, ale tak naprawdę nie oczekuję, że to zrobi. Kocham w nim to z czego inni się śmieją, co inni definiują jako psią głupotę. Zamieniłam to co kiedyś mnie męczyło w coś co mnie i Berka wyróżnia – zgranie naszego szaleństwa jest idealne :D. Nie ma rozczarowań – czasem są tylko małe zgrzyty, ale wina nigdy nie leży tylko po stronie psa. Zwykle winię pogodę, mój zły nastrój, albo zmęczenie – Berek jest zawsze dla mnie moim Berkiem, który jest taki jaki miał być. I znów – zero rozczarowań.
A spacery? Czy one mi się nudzą? Nie. Bo wychodzę z psem na spacer oglądać jego radość. Bardzo często zapewniam Berkowi takie spacery na których mój pies jest po prostu szczęśliwy. Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż uśmiechnięty Berkowy ryj. Jeśli w deszcz i zimno wypełzam z domu wierząc, że to uszczęśliwi mojego psiaka, jest mi łatwiej i ani pogoda ani mój ponury nastrój nie zniechęca mnie, a obowiązek spaceru z psem nie może być wtedy rozczarowaniem.
Wakacje: bardzo dużo psów trafia do schroniska, bo właściciele nagle stwierdzają, że podczas ich wyjazdu nie ma kto zając się czworonogiem. Zanim zdecydujesz się na psa pomyśl, że dla niego też będziesz musiał zawsze organizować wakacje – albo zabierasz go ze sobą, co może Ci trochę utrudnić i ograniczyć sposób spędzenia urlopu, albo znajdujesz mu opiekę u rodziny. Możesz też zapłacić za hotel lub petsittera. Organizowanie urlopu będzie trudniejsze, a jego koszt zapewne wyższy. Nie słuchaj tych co mówią, że jest banalnie prosto i nie ma co się przejmować. Nie masz ochoty na dodatkowe utrudnienia i nie czujesz się na siłach aby im podołać i nie masz ochoty nic poświęcać – nie bierz psa. Wakacje może i masz, ale nie od psa.

Oczywiście nie zawsze wszytko jest takie proste. Wielu rzeczy nie da się przewidzieć, wyobrazić sobie, a dodatkowo, człowiek ma tendencję do unikania trudnych tematów, odpierania problemów i stosunkowo pozytywnego myślenia. Ja też nie wiedziałam jakie problemu będę mieć z Berkiem i na pewno nie przewidziałam wszystkich. Ale nigdy nie winiłam za to mojego psa i nigdy nie dałam mu odczuć, że jest nie taki jaki powinien być.

zberkiem