Ciszyca. Berek w wieku 4,5 miesięcy 🙂
Ta sama plaża, ten sam psiak :). Berek w wieku 7 miesięcy.
Odkąd Berek jest na BARFie życie nasze i jego wydaje się ciekawsze i prostsze. Beruś cieszy się na każdy posiłek, mi jest łatwiej go nakarmić (o ironio, to jest łatwiejsze!), na spacerach, gdy przyjdzie czas na psią kupę jest za to wręcz nudno, bo zawsze konkretnie i krótko. Super, nie?
Przeczytałam o BARFie co mogłam, dość długo zastanawiałam się czy mi się uda, aż wreszcie postanowiłam spróbować. Trochę bałam się zmiany, ale okazało się, że wszystko poszło gładko. Berek nie miał rzadnych przebojów z brzuchem co na pewno dodało mi skrzydeł. No może raz coś tam było drugiego dnia, jeśli dobrze pamiętam… ale nuuuuddyyyy …….
Daję Berkowi wapno, które przemycam w różnych smakołykach. W „lżęjsze dni”, gdy przerywam dietę mięsną na jedną dobę, daję mu jogurt naturalny bez cukru, czasem z owocami, co wprost uwielbia! Odkąd jest na BARFie, Berek zajada się warzywami: chrupie marchewki, buraki, kalafiora, brokuły jakby to były najlepsze kąski mięska i super kostki.
Uważam, że Berek jest, najzwyczajniej w świecie, szczęśliwszy, bo codzienny posiłek jest dla niego swoistą przygodą. Wydaje sie spokojniejszy, bo zapewne trawienie zajmuje mu trochę wiecej czasu i psiej energii. Futro ma błyszczące, na spacerach szaleje, że aż ciężko za nim nadążyć. A psie oczki śmieją się, gdy idzie czas na jedzonko.
Berek jeździ autobusami. Nie powiem aby to lubił, sadzę, że jest mu to raczej obojętne, w porywach nudne. Przynajmniej na znudzonego wyglada… Na samym poczatku, jak zaznajamiałam go z konceptem podróży autobusem, siedział spokojnie, węszył, gapił się. Obecnie, gdy doskonale wie o co chodzi, to zaczał wymyślać. A to sobie popiszczy w stronę drzwi, że on to chce już wysiaść a mu nie daja, a to chce kogoś koniecznie powachać, bo ma smakowite zakupy w torbie itp…. Oczywiście na każdym przystanku Berek stwierdza, że to koniec podróży. Niestety zaczał ciagnac w stronę drzwi i podróż z nim bywa fizycznie męczaca bo to już wielki koń 🙂
Jednak nie poddaję się! Jeździmy w odwiedziny do moich rodziców i stamtad chodzimy na spacery na łaki. Berek to uwielbia. Myślę, że podróże autobusem dobrze mu się kojarza, tylko brak mu cierpliwości, ale mam nadzieję, że z tego wyrośnie. A może po prostu stękanie mu się znudzi :):)
Berek przysypia w oczekiwaniu na zmianę świateł 🙂
Na przystanku – czekamy na autobus 🙂
Spacerek nad Wisła
Ryj ryje w trawie 🙂
W ostatni weekend miałam wielka przyjemność poznać blogerki Olę i Anię z http://dogspaths.blogspot.com/ , a także Teslę. Fotki cykały dziewczyny i dzięki temu można na ich blogu zobaczyć jak psiaki zalały na łace i w kapały się w błocie 🙂
Polecam !!! :):) http://dogspaths.blogspot.com/2012/07/nowe-znajomosci-nowe-flirty.html
Mam nadzieję, że jak spotkamy się znów to uda mi się zrobić parę zdjęć i zamieścić tutaj na Berkowym blogu 🙂
Ostatni weekend spędziliśmy na Mazurach. To były superowe dwa dni, ale zdecydowanie za krótkie :(. Oj, nie chcieliśmy wracać do domu!
Wyjazd był dość spontaniczny: zwieliśmy pierwszy lepszy nocleg, który wyglądał OK na zdjęciach w ofercie w internecie i gdzie akceptowano nasz pobyt z psem. Chcieliśmy by było stosunkowo niedaleko Warszawy i z łatwym dostępem do jakiegoś jeziorka, ale bez tłumu ludzi. Nie było czasu na większe planowanie. Szczęśliwie udało nam się znaleźć bardzo sympatyczne miejsce, w Warchałach, około 13 km od Szczytna, w gminie Jedwabno. Postanowiliśmy wynająć domek letniskowy, z ogrodzonym terenem, na obrzeżu lasu. Okolica Szczytna jest naprawdę przepiękna; zakochiwałam się w widokach dosłownie co chwilka :).
A Berek? Berek zakochał się w wodzie :). Myślę, że psiak jest już dostatecznie duży i pewny siebie by naprawdę cieszyć się z pluskania w jeziorze. Wyraźnie ciągnęło go do wody. Czasem miałam wrażenie, że z tej wody wystaje uśmiechnięta w Disney’owski sposób psia morda :). Berek dzielnie wbiegał do wody i dopływał do wrzucanych przez nas patyków. Wybiegał z jeziora galopem, wpadał na nas i prosił by wrzucać mu znów patyk do wody. Bał się jednak wskakiwać z pomostu, choć wydaje mi się, że gdybyśmy spędzili nad wodą jeszcze z jeden dzień to by fruwał z pomostu do wody z rozbiegu 🙂
Bawiliśmy się wspaniale, a odpoczynek wieczorem był jak najbardziej zasłużony i naprawdę słodki. Planujemy w te wakacje jeszcze parę takich wypadów, jeśli tylko czas i finanse nam pozwolą.
Zawsze dziwiła mnie zaciekła walka jaka staczają właściciela kotów z właścicielami psów. Idiotyczna jest też ignorancja jaką kociarzom okazują psiarze. Czemu w ogóle mówimy „psiarze” i „kociarze”? Przecież to nie ma sensu! Jest tak wiele osób, które maja i psy i koty, ale o nich się nie mówi, oni się nie wypowiadają… Czy taki ludek jak ja, czyli kociarzo-psiarz, jest „wyklęty przez obie grupy w imię założenia, że albo lubi się koty albo psy, bo te zwierzaki są zupełnie inne i nie można lubić dwóch ekstremów… No właśnie…. Koty są inne od psów, psy różnią się od kotów, i to jest dokładnie to co ja w nich KOCHAM 🙂
Gdy się urodziłam moi rodzice mieli Gordona o imieniu Basza. W moim dziecięcym świecie Basza był elementem stałym. Był od początku i tak miało być. Niestety pewnego dnia Baszy zabrakło. Miałam wtedy chyba 8 lat, ale dokładnie pamiętam moment, gdy Tata powiedział mi, że Baszusia już nie będzie w domu jak wrócimy od Dziadków. Byłam mała, ale Basza nie był dla mnie po prostu psem. Nie mówiłam rodzicom, że chcę nowego pieska, bo Baszy nie postrzegałam jako psa. Basza był niezastąpiony, poza zasięgiem. Nie pies, nie brat – to był Basza.
Po jakimś czasie w domu pojawił się czarny kociak. Moja ciotka wyciągnęła go z krzaków przy Hali na Woli w Warszawie. Byłam zachwycona, gdy wreszcie rodzice zgodzili się zatrzymać tą małą koteczkę. Nazwałam ją Nitka. Czarna, słodka i chuda jak nitka kicia szybko urosła i stała się diabłem wcielonym. Kot był nie-do-opanowania. Mimo iż byłam nadal małą dziewczynką to pamiętam, że poważnie zastanawiałam się czy nie oddać kotki do domu z ogródkiem, gdzie mogłaby się do woli wyszaleć. Jednak w tamtym czasie moi Rodzice zaczęli mówić o wyprowadzce do domku pod Warszawę więc kotka z nami została, gdyż wiedzieliśmy, że za chwilę będzie opcja ogródka i „wybiegu” dla diablicy. Okazało się, że po przeprowadzce Nitka zrobiła się natychmiast spokojniejsza, szczęśliwsza, wolna.
W ciągu pierwszych paru lat mieszkania pod Warszawą trafiły do nas kolejne 3 koty i pies. Do Nitki dołączyła ruda sunia średniej wielkości, która nazwaliśmy Pomyłka. Pomyłka przyplątała się pod nasz dom pewnej październikowej niedzieli. Była przerażona i miała złamaną przednią nogę. Lekarz w psim pogotowiu zapytał moich Rodziców czy ja wezmą, bo inaczej psa trzeba będzie uśpić gdyż noga musi być operowana, a w schronisku po operacji nikt się tak chorym psem nie zajmie. Lekarz nie był też pewien czy nóżkę da się w ogóle uratować… Rodzice zobowiązali się do wzięcia suki po operacji do domu. Pomyłka bardzo powoli wracała do zdrowia. Bała się ludzi, długo musieliśmy pracować aby zdobyć jej zaufanie i chyba nigdy tak naprawdę nam się to nie udało. Psiak nie umiał się bawić, bo wpadał w panikę gdy wykonywałam jakikolwiek gwałtowny ruch. Bała się, gdy podnosiłam rękę do góry lub ją wołałam głośniej niż zwykle. Ktoś musiał w przeszłości bardzo ją skrzywdzić, bić i straszyć. Pomyłka szybko zaczęła też chorować: w przeciągu paru lat straciła wzrok i słuch. Potem zachorowała na raka i zaczęła mieć kłopoty z żołądkiem. Pod koniec życia nie miała również powonienia. Dbaliśmy o nią jak mogliśmy. Spędziła życie na trawce w ogródku, relaksując się tak jak chciała. Wierzę, że na swój psi, schorowany sposób, była szczęśliwa.
W tym samym czasie, gdy były z nami Nitka i Pomyłka, mieliśmy również koty-znajdki. Po Pomyłce pojawił się Balon. Był pięknym pręgowanym kocurem o dość obłym kształcie 🙂 Pewnego dnia po prostu wprowadził się do nas i już został na zawsze. Balon był wspaniały! Taki kot- przytulak, łagodny i przymilny, ale jednak nie kocia ciapa. Miał charakterek i zawsze próbował ustawiać Nitkę :). Nitka była zawsze „moim” kotem; spała ze mną i ze mną spędzała najwięcej czasu. Drapała, i wciąż drapie, wszystkich oprócz mnie. Balon nie miał wstępu do mojego pokoju, bo tam „bazę” miała Nitka. Nitka mnie broniła i nie dała Balonowi panoszyć się koło mnie. Może dlatego mój kontakt z Balonem był zawsze dość ograniczony. Balon przylepiał się do moich Rodziców. Do mnie natomiast przylgnęła opinia, że my z Nitką jesteśmy „takie same wredne i siebie warte”, bo w zupełności wystarczało mi towarzystwo mojej diabelskiej kotki… No cóż – to prawda – Nitka to najwspanialszy kot na świecie! 🙂
Mieliśmy również kocurka o niechlubnym imieniu Czopek. Ten kot był naprawdę piękny; miał biało czarne umaszczenie i wspaniały, zgrabny koci kształt. Zawsze wyglądał na trochę nieprzytomnego, ale tak naprawdę był bardzo sprytny i cwany. Jako jedyny dogadywał się ze wszystkimi zwierzakami. Kochał mnie i moich Rodziców chyba tak samo i nie wybrał sobie nigdy swojego ukochanego domownika. Pomyłka za nim przepadała jak był kociakiem. Niestety pewnego dnia Czopek nie wrócił na noc… Już nigdy do nas nie wrócił…
Nasza ostatnia znajda to piękna płowa kotka o kształcie kota orientalnego. Nazwaliśmy ja Nowa, bo była … hmmm nowa…. Nowa ma już ok 8 lat a cały czas zachowuje się jak kociak. Czasem wydaje mi się, że ona zupełnie nie wie co się wokół niej dzieje. Jednak to tylko pozory, bo Nowa jest super myśliwym i bardzo spostrzegawczym obserwatorem. Dobrze wie gdzie i jak się schować i zawsze zwiewa do domu. Kiedyś została przez kogoś postrzelona z wiatrówki (nawet nie chcę o tym pisać) i moja Mama znalazła ją czołgającą się dzielnie do domu. Nowa to wojownik, kot który działa. Nigdy nie zapomnę, jak wbiegała w lato do domu, leciała do misek by się szybko najeść a potem kłusem do Pomyłki by się przywitać ze Ślepotką. Potem galopem znów na zewnątrz. na nic innego nie miała czasu :).
Nie ma już z nami Pomyłki, Czopka i Balona. W domu moich rodziców została Nowa i Nitka. Za Nitka tęsknię ogromnie, jednak nie było mowy o przenoszeniu tak starego kota do nowego miejsca zamieszkania (Nitka ma ok 18 lat). Czasem przyjeżdżam z Berkiem w odwiedziny do Rodziców. Ale jest wtedy na co patrzeć! Stara Nitka ustawia Berka :). Berek nie ma nic do gadania i koniec 🙂
Ale wracając do tematu… teraz mam szczeniaka i niedługo pewnie będę się przeprowadzać. Psu łatwiej niż kotu jest znieść taką zmianę. Mimo iż uwielbiam spacery z moim psem i nie zamieniłabym ich na nic na świecie, to jednak brakuje mi kociego towarzystwa. Tęsknię do wieczornego siedzenia „pod kotem”. Wiem, że kota będę w przyszłości mieć na pewno. Kiedyś… Kocham koty i psy tak samo mocno ale kocham w nich zupełnie inne rzeczy. Nigdy nie porównuje kotów do psów, ani psów do kotów, bo to zupełnie nie ma sensu. Po co te wszystkie dyskusje i kłótnie o wyjątkowość kotów lub psów? Czemu trzeba wybrać czy się jest psiarzem czy kociarzem? Ludzie lubią się identyfikować z jakąś grupą, czuć, dzielić się swoją pasją z innymi. Postuluję za stworzeniem grupy kociarzy – psiarzy, czyli ludzi którzy kochaja spacer i zabawę ze swoim psem i marzą by wrócić do domu i usługiwać swojemu kotu :).
Nitka
Pomyłka
Nowa
W ten weekend pogada zdecydowanie nas nie rozpieszcza. Jest paskudnie. Rano jeszcze nie było tak źle. Poranny spacer był całkiem przyjemny; nie padało i było ciepło. Ale do domu przygoniła mnie wielka chmura, pełna deszczu. I już tak kropiło, mnie lub bardziej, przez resztę dnia.
Dziś mieliśmy dużo „ludziowego” biegania. Tak czy inaczej, w południe porwaliśmy Berka na zajęcia w psim przedszkolu. To już drugi weekend kiedy mamy przedszkolaka :). Kiedyś stworzę o tym osobny wpis, ale, tak samo jak Berek, potrzebuję trochę więcej tresury, aby wiedzieć dokładniej co się dzieje. Ale idzie nam super :). Poza tym, okazało się, że przed psim przedszkolem są zajęcia z PT (pies towarzyszący) na które chodzi piękna Tesla z http://dogspaths.blogspot.com/ Jaki świat mały 🙂 !
Ale wracając do paskudnej pogody. W przedszkolu zmokliśmy okropnie, a ja zmarzłam. Berek patrzył na nas z wyrzutem, że to niby co my tacy głupi jesteśmy i karzemy mu biegać za smakołykami w takim deszczu. I przyznaję, że zaczynałam już kwestionować chyba wszystko gdy buty mi nasiąkły, dłonie zmarzły, spodnie miałam do kolan mokre od wysokiej trawy… Ale daliśmy radę i jutro będzie lepiej bo ubiorę się chyba w zimową kurtkę :P, a dla Berka wezmę ręcznik.
Na poprawę humoru zamieszczam parę zdjęć konwaliowych pól, na które trafiłam już jakiś czas temu z Berkiem podczas naszych spacerów po Lasku Młocińskim. Na razie jeszcze rozkwitły tylko niektóre, ale i tak już cudnie pachną. Berek jednak wolał inne leśne smrodki i przełaził po konwaliach zupełnie niewzruszony. No jak Perszeron … 🙂
Miało „części II” wpisu o frustracjach nie być. Naprawdę wierzyłam, że takiego wpisu nie będzie. No ale muszę się wygadać, wystękać, wyżalić bo mi ciężko.
Berek poszedł do psiego przedszkola. Dawał nam w kość i decyzja zapadła by jednak zapytać specjalisty. Okazało się, że dość często naprawdę robiłam dobrze większość ćwiczeń z Berkiem. Moje założenia i ich uzasadnienia były prawidłowe, nie wymagam od psa za mało ani za dużo. Moim problemem jest brak cierpliwości. Staram się nie okazywać tego psu, ale zdaję sobie sprawę, że Berek doskonale wie, że zaczynam się wewnątrz gotować. Najgorsze, że brak cierpliwości nie tylko spowalnia efekt ćwiczeń z psem, ale najzwyczajniej w świecie mnie męczy moja słabość… Przykład? Daleko nie muszę szukać: uczę Berka grzecznego chodzenia na smyczy. Stosując się do rad pana instruktora w psim przedszkolu, gry psiak pociągnie (napręży smycz) to zatrzymuję się i czekam jak ją sam poluzuje. Na razie Berek nic nie łapie. Powroty ze spacerów zajmują nam całe wieki… Berek ciągnie, a ja stoję i czekam. Nie odzywam się, nie patrzę na niego. Sterczę tak jak głupek. Berek zaczyna się oczywiście irytować, ale właśnie tego chcę go oduczyć: pies nie może mi dyktować co mam robić i w jakim tempie, nie może się irytować, że nie dostaje tego co chce i okazywać swojego niezadowolenia. To ja mam rządzić i decydować co robimy. Takie jest założenie…. moje. Berek jak na razie myśli inaczej… Wiem, że uczenie psa posłuszeństwa to długotrwały proces i wiem, że dam radę. Potrzebuję czasem trochę się wyżalić…
Dziś wracając ze spaceru gdy mijała 30 minuta „idziemy-stoimy, idziemy-stoimy” mała łezka bezsilności spłynęła mi po twarzy. Berek jej nie widział.
Jest ciepło, oj jest! Na spacer do lasu śmigamy najpóźniej po 7.00, bo potem Berek zaczyna smażenie w upale. W życiu bym go nie wyciągała na bieganie w tak wysoką temperaturę. Berusław 🙂 nie grzeszy zdrowym rozsądkiem (tłumacze to jego wiekiem, ale powoli zaczyna do mnie docierać, że mu to już tak zostanie…), więc biegałby w tym słońcu w najlepsze, aż by go upał powalił. Tak więc rygorystycznie wyznaczam mu kiedy ma się delektować spacerem a kiedy udawać byczka Fernando i wąchać kwiatki w ogródku w cieniu pod drzewem.
Ale zabawa z wężem ogrodowym musi być! Najfajniej to falują jego fafle, gdy podstawi obwisłą mordę pod strumień wody. Co za ciapa! 🙂