To jest dopiero początek

Robercika poznałam pierwszego dnia mojego wolontariatu w Krakowskim Schronisku dla zwierząt. Od razu zdobył moje serce. Podpytałam wolontariuszkę, która zajmowała się nim już od dłuższego czasu o jego historię. Widać było, że psiak ma chore nóżki i kłopoty z chodzeniem. Gorzej było w zimne dni, kiedy kończyny wydawały się jeszcze sztywniejsze, a Robercik był niechętny do wstawania. Wtedy to postanowiłam zrobić wszystko co w mojej mocy, aby znaleźć mu dom i to jeszcze przed zimą. To miał być taki prezent na gwiazdkę, który sama sobie chcę sprawić – dom dla Robercika. Próbowałam, ogłaszałam go i pisałam gdzie mogłam, ale nikt go nie chciał. O tym wszystkim opowiadałam regularnie moim rodzicom, więc Robercik i jego historia były im znane od samego początku.

I to właśnie oni postanowili odmienić życie tego psa i dać mu dom :). Tata zaczął podpytywać mnie o Robercika, konsultować to co wiem o chorobie psa z naszym znajomym weterynarzem. Namyślania było dużo, ale tego typu decyzja nie może być podejmowana pod wpływem impulsu. Efekt jest taki, że w ostatnią sobotę Robercik przejechał 400km z Krakowa do Warszawy, gdzie ma teraz swój dom. Zamętu było dużo, jeżdżenia w nocy pociągami i samochodami na relacji Warszawa- Kraków, Kraków-Warszawa, ale trzeba było. Musiałam z rozsądku spędzić kilka dni bez Berka, aby nie musiał podróżować ze mną tak dużo PKP, i bardzo za nim tęskniłam, a na taką rozłąkę z moim psem nie miałam ochoty. Ale nie dało się tego uniknąć. Kilka intensywnych dni, trzeba było zacisnąć zęby i podopinać wszystko na ostatni guzik. Udało się 🙂

W sobotę rano mój tata przyjechał do Krakowa po Robercika. Beruś był już w Warszawie i na nas czekał. Niestety-stety oba psiaki musiały podróżować za nami, bo tu w Krakowie nie mamy z kim zostawić Berka nawet na chwilę. Chciałam też aby się poznały jak najszybciej. Plan był, że ja jadę z tatą i Robercikiem autem do Warszawy. Robercika wszyscy, ale to wszyscy, żegnali w schronisku – był uwielbiany przez pracowników i wszystkich wolontariuszy. Po podpisaniu umowy adopcyjnej i wizycie u schroniskowego weterynarza Robercik nieśmiało wyszedł poza teren schroniska… Jak już pisałam poprzednio – był wcześniej dwa razy adoptowany, ale zawsze oddawany po kilku dniach. Tak naprawdę nie miał pojęcia na czym polega posiadanie domu, swoich ludzi, którzy głaszczą i zajmują się tylko nim. Do samochodu wsiadał niechętnie. Jednak Robercik jest tak chory, że nie ma nawet możliwości wyrwania się, kręcenia czy pokazywania, że coś mu się nie podoba. Leżał koło mnie cicho na kanapie. Niestety tak jak się spodziewaliśmy, ma chorobę lokomocyjną, więc pierwsze godziny podróży były ciężkie. Z krótkimi postojami dotarliśmy do Warszawy jeszcze przed wieczorem. Robercik wylądował na swoim posłaniu, trochę zdezorientowany i zagubiony. A Berek, który czekał na nas u moich rodziców? Nawet nie za bardzo zainteresował się Robercikiem 🙂 Nowy psiak siedział u siebie przez większość wieczoru, ale cieszył się za każdym razem jak do niego przychodziliśmy i żywo na nas reagował. Wiedzieliśmy, że potrzebuje czasu i musi poznać wszystko w swoim tempie, więc nim mu nie narzucaliśmy. Został nakarmiony, napojony i wygłaskany, a potem zostawiony w spokoju.

W nocy zaglądaliśmy do Robercika regularnie, żeby zobaczyć co tam robi. Gdy zobaczył mnie postanowił pozwiedzać dom. Tak więc o 3.00 w nocy zamiast spać łaziłam po chałupie i pokazywałam psu różne kąty :). W niedzielę rano zabrałam Berka na długi spacer po polach, a Robercik mógł swobodnie pochodzić po ogrodzie i popilnować moją mamę, która szykowała mu jedzenie. Robercik, z powodu swojej choroby, jest właściwie zupełnie bezbronny w kontaktach z innymi psami. Nie ma nawet możliwości uciec, uskoczyć, czy położyć na plecach i pokazać brzuch. Berek go onieśmielał, mimo iz tylko zapraszał go do zabawy. Jednak energia jaką ma mój pies, szybkość i zamaszystość ruchów po prostu przeraża unieruchomionego Robercika. Ich wzajemne kontakty muszą na razie być kontrolowane, bo Robercik nie czuje się jeszcze pewnie i obawia się Berka. Jednak i tak uważam, że mój pies jest cudowny, bo mimo iż Robercik nagle zjawił się na, bądź co bądź, jego terenie, nic mu nie zrobił, tylko machał do niego ogonem. Uważam, że oba psy doskonale wiedzą jaka którego jest pozycja i stanowisko w tej znajomości i Berek doskonale zna swoja przewagę fizyczną. Jednak niesamowite jest, że samiec nie czuje potrzeby tego wykorzystać i jedyne czego chce to wąchać i bawić się z kolegą. Berek jest super :).

W niedzielę popołudniu wróciliśmy z Berkiem do Krakowa. Robercik ma teraz moich rodziców i cały dom dla siebie. Jestem pewna, że już za kilka dni będzie tam królem 🙂 Na razie niechętnie wychodzi do ogrodu, patrzy cały czas na drzwi, jakby bał się, że się zamkną i ciepłe posłanie zniknie na zawsze. Zdarza mu się też nasikać w domu na legowisko, ale to pewnie kwestia dni, żeby zaskoczył, że to tylko jego i trzeba o to dbać, a nie znaczyć. A ja? Nadal nie mogę uwierzyć, że udało mi się znaleźć dla tego psa dom. Parę miesięcy temu obiecałam mu to, gdy tulił się do mnie w boksie i stało się – ma najlepszy dom jaki można sobie wymarzyć dla psiaka. Niedługo czeka go jeszcze wizyta weterynarza i mam nadzieję, że uda się wdrożyć jakieś leczenie, żeby chociaż mu ulżyć. Odkryliśmy, że Robercik oprócz kłopotów z chodzenie – bardzo dużych, bo łapy sztywnieją, wykręcają się, ale też czasem wiotczeją i rozjeżdżają się pod jego ciężarem – ma problemy z oddychanie i przełykaniem. Czasem sztywnieje mu język, co uniemożliwia mu oddychanie. Wtedy pysk robi mu się fioletowy, przez chwile jest cisza, po czym łapczywie nabiera powietrza. Bardzo powoli je i czasem dławi się. Niestety jest bardzo chory i nie wiadomo co mu jest.  Moi rodzice uratowali mu życie, bo w takim stanie w schronisku, gdzie jest wilgotno i zimno, byłoby mu bardzo ciężko przetrwać zimę. A przecież ten psiak ma tylko rok…

DSC_0700

DSC_0727 (2)

DSC_0726

DSC_0719 (2)

DSC_0712 (2)

DSC_0707 (2)

DSC_0714 (2)

DSC_0701 (3)

 

Pies w kagańcu w autobusie – dlaczego?

Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że Berek kiepsko znosi jazdę komunikacją miejską. Często o tym wspominam, ponieważ jest to istotna część mojego życia z psem. Musimy korzystać z komunikacji, bo nie mamy auta.  Berek ma lepsze i gorsze dni jeśli chodzi o podróżowanie i często zastanawiam się co wpływa na jego zachowanie: to podekscytowanie wyprawą czy strach. Nie wiem. Potrafi „zapomnieć”, że ma się denerwować i siedzi spokojnie, żeby następnym razem dać mi tak popalić, że wysiadam z autobusu skatowana. Ale nie chciałam o tym…

Otóż ostatnio  zauważyłam, że dużo psów nadal podróżuje bez kagańca.  I nie są to małe psy, trzymane na rekach. Jeśli chodzi o kaganiec to jestem bardzo zasadnicza – pies w komunikacji miejskiej, jeśli nie podróżuje na rękach cały czas, ma mieć założony kaganiec. Nie trafiają do mnie argumenty w stylu, że pies jest łagodny, nigdy nikomu nic nie zrobił, albo że lubi podróżować autobusem itp. Moje podejście być może jest związane z tym, że mam psa który zrelaksowany w komunikacji nie jest i przez to patrzę na inne psy tylko przez pryzmat Berka. Nie wiem jak to jest, gdy pies siedzi spokojnie w autobusie. Jednak co niby do tego ma kaganiec? Kaganiec moim zdaniem ma być na pysku psa i już. Poniżej wymieniłam argumenty, które przekonują mnie, że nie zdejmę nigdy Berkowi kagańca w autobusie.

Po pierwsze – pies może ZAWSZE czegoś się przestraszyć. Ludzie są dziwni, może wsiąść człowiek, który kopnie  lub popchnie naszego psa, tylko dlatego, że nie lubi zwierząt. Może zdarzyć się wszystko, a my powinniśmy starać się być na wszystko przygotowani.  Pies nie myśli w taki sposób jak człowiek – może przestraszyć się rzeczy, którą widział już milion razy, tylko dlatego że ma inną fakturę, albo porusza się w innym tempie, jak np wózek dziecięcy, albo hałasująca walizka na kółkach. Przestraszony pies może i ma prawa zareagować kłapnięciem zębami – to jest naturalne i instynktowne! Ani mu tego nie wytłumaczymy, ani go nie nauczymy by tego nie robił.

Po drugie – na psa ktoś może nadepnąć. Pies najprawdopodobniej przerazi się i może odwrócić się i kłapnąć odruchowo zębami. Ma to związek z moim pierwszym punktem, jednakże w ogóle nie zależy od psa i jego charakteru. Na Berka kiedyś wlazła pani mimo iż autobus był pusty – nie ma znaczenia czy jedziemy w tłoku czy nie – to może zdarzyć się zawsze. Ludzie nie widzą psa, nie myślą o tym, że on się rusza, ma ogon, łapy. Zawsze może się tak zdarzyć, że na niego wejdą, a my musimy być przygotowani na to, że pies na ból zareaguje w dziwny sposób.

Po trzecie – do autobusu czy tramwaju może w każdej chwili wsiąść inny pies z którym nasz pies się nie dogada. Nawet jeśli będzie to „z winy” tego drugiego psa, czyli nasz będzie przez niego agresywnie zaczepiony, to nie ma to znaczenia. Nie chcemy przecież, żeby psy zaczęły się gryźć w autobusie. Jeśli oba będą mieć kagańce to do niczego nie dojdzie. Mogę warczeć i wyraźnie się nie akceptować, ale nie zaczną się gryźć. Wiele razy jechałam z Berkiem i wsiadali ludzie z drugim psem bez kagańca. Nigdy nie działo się nic dziwnego i psy tylko się wąchały. Jednak dla mnie była to stresująca sytuacja i dziwię się, że ludzie potrafią aż tak nie mieć wyobraźni i w autobusie, w tłumie pozwalają na kontakty z psem, którego nie znają, nie wiedzą co zrobi i nie mają pojęcia co się wydarzy. Będąc w autobusie mamy przecież bardzo ograniczoną możliwość reakcji. Ale mój pies był w kagańcu więc nie mógł nic zrobić ich psiakowi, a ich podopieczny jest przecież słodki i łagodny jak aniołek… (ironia).

Po czwarte – współpasażerowie mogę bać się lub nie lubić psów. Być może to, iż pies podróżuje w kagańcu daje im poczucie, że nic się nie stanie i pomaga im znieść obecność psa w autobusie. Naprawdę my, właściciele psów, musimy pamiętać, że są osoby które reagują na psa strachem. Oczywiście, że mogą się odsunąć od naszego psa i spróbować uspokoić, jednak to nie zawsze jest możliwe. Jeśli nasz pies ma na sobie kaganiec, to dla przerażonego współpasażera może często być jedyny argument, ze to zwierzę nic mu nie zrobi, bo…. po prostu fizycznie nie może. Nie ma powodów do tego, aby przerażony człowiek wierzył w to, że nasz piesek jest łagodny i kocha ludzi. Kaganiec to argument – my nie musimy więcej nic robić, obiecywać i zarzekać się, że będzie dobrze. To jest minimum które możemy dla takiego człowieka zrobić, a też on nie może chcieć od nas więcej. Uczciwe, prawda?

I ostatnie moje uwagi: jeśli jest upał i kaganiec przeszkadza psu oddychać to znaczy że pies ma niedobrze dobrany kaganiec. Są dostępne kagańce fizjologiczne w których zwierze może swobodnie dyszeć. Kolejny argument na upalną pogodę to …. niewsiadanie z psem do komunikacji. W autobusie jest okropnie w upał, więc jeśli mamy możliwość uniknąć jazdy z psem, to z tego zrezygnujmy. Podobnie – nie pchajmy się z psem do środków transportu w których jest tłok, bo tam zawsze będzie i gorąco i niebezpiecznie dla naszego psa. Tłumaczenie zdjęcia kagańca tym „że jest gorąco”, pojawia się zdecydowanie za często i wynika raczej tylko z nieprzygotowania się do podróży.

Ostatnio, gdy wracałam z Berkiem do domu autobusem, byłam świadkiem, gdy chłopak wniósł do autobusu na rękach swojego przerażonego, młodego dobermana. Pies był młodziutki, ale już większy od Berka. Zapierał się i nie chciał wsiąść, więc chłopak wziął go na ręce. pies się szamotał i … oczywiście nie miał kagańca. Dawno nie widziałam czegoś tak nieodpowiedzialnego i głupiego. Nie wiem jak skończyła się ta historia, czy wyproszono go z autobusu, czy pies spanikował czy nie. Zostaliśmy z Berkiem na przystanku w stanie wielkiego szoku i oboje patrzyliśmy tylko za odjeżdżającym autobusem i dobermanem. Nawet Berek oniemiał … 🙂 I przyznam szczerze, mam nadzieję, że ktoś nawrzeszczał na tego człowieka, powiedział mu co robi źle i jak ma wyglądać podróżowanie z psem komunikacją miejską.  Dla dobra tego psa…

DSC_0350

DSC_0354

DSC_0365

DSC_0361

Obroża dla psa – co nowego?

Już nie raz wspominałam, że mam bzika na punkcie psich obroży. Berek wykańcza wszystkie obróżki w tempie ekspresowym, bo codziennie moczy je w błocie, rosie na trawie i kurzu, bawi się z kumplem Lenkiem. Codziennie, bez wyjątku. Mój pies jest pod tym względem wyjątkowy, bo ZAWSZE po spacerze, wygląda jakby wracał z pobojowiska. Zresztą ja też… Tak czy inaczej – już dawno zrozumiałam, że nie ma możliwości, żeby obroża Berka była czysta.

Często muszę prać i suszyć psie obroże, dlatego mamy ich kilka. Jednak i tak mniej niż bym chciała :). Używamy ich w sposób ekstremalny w stopniu w którym wiele osób nie potrafi sobie nawet wyobrazić. Berka mam od prawie dwóch lat i dopiero od niedawna, doświadczając różnych rzeczy z obróżkami, wiem jaka ma być Berkowa obroża, żebym była z niej w miarę zadowolona.

Wiem, że wielu moich czytelników też lubi psie gadżety i wyszukuje oryginalne psie obroże. Dlatego postanowiłam wspomnieć o Manufakturze MiauHau. Niedawno dostałam maila z pytaniem czy zamieszczę na blogu informacje o tej nowej firmie zajmującej się rękodziełem dla zwierząt. Czemu nie? 🙂 Moim zdaniem mają fajne wzory i z chęcią widziałabym Berka w ich obroży. Co mnie zainteresowało w ich ofercie to fakt iż mają obroże taśmowe – od dawna wiem, że materiałowe nie nadają się dla Berka, bo zwykły materiał nie przetrwa ciągłego brudzenia i prania i nie ma w tym nic dziwnego. Natomiast taśma ma szansę wyglądać ok przez dłuższy czas. Od razu mówię, że nie testowałam produktów Manufaktury MiauHau, ale taśmowe obroże w moim mniemaniu to oferta godna uwagi. Zajrzyjcie także w dział Noszą nas – Manufaktura robi uzdy 🙂 Czadowe !!!!

Manufaktura wspomniała także o konkursie, który organizuje z okazji Halloween. Można w nim wygrać obroże w Halloweenowe nietoperze :). Przeczytajcie na ich stronie o zasadach zabawy. Szczegóły są tez opisane na stronie event’u na Facebook’u. Berek też może weźmie udział 🙂

bloglogo

Spacer w Dziekanowie Leśnym, pod Warszawą

Nie wiem, czemu wcześniej nie opisałam na blogu tego miejsca. Może dlatego, że jest dla mnie łatwo dostępne, a spacer nie jest wyprawą. Łatwo zapomnieć i nie doceniać wspaniałych miejscówek, które ma się właściwie pod domem.

Moi rodzice mieszkają w podwarszawskim Dziekanowie Leśnym. Zawsze, gdy jadę do domu na kilka dni, Berek fruwa po polach nad Wisłą. Tereny są ogromne, zdecydowanie spokojniejsze od tych do których mam dostęp w Krakowie.  I co najważniejsze – są blisko od domu i nie muszę do nich iść kilometrami. To ogromne ułatwienie, bo spacer może być krótszy, a bardziej efektywny, bo Berek praktycznie od razu zaczyna szaleć. Co uwielbiam w terenach w Dziekanowie, to fakt iż można tam iść na krótszy, godzinny spacer na najbliżej położone łąki, ale również można zrobić wyprawę kilku-godzinną maszerując wałami wzdłuż Wisły, albo chodząc po polach w kółko. Tereny są otwarte, więc zwierzyna ich unika. Jeśli nawet coś się tam pojawi to Berek jest dla nich widoczny i słyszalny (dzwoneczki na obroży), więc szybko się ewakuują, a ja mam spokój i mniej stresu. Nie denerwuje się, że Berek zniknie mi z oczu, bo pola są duże i najzwyczajniej w świecie, pies nie ma gdzie polecieć. Berek wraca na wołanie w przeciągu kilku minut, nawet jeśli pobiegnie za tropem. Mając ze sobą gwizdek, nie muszę się obawiać, że mnie nie usłyszy, a pola są tak duże, że Berek nie ma za bardzo jak się zawieruszyć, czy stracić orientację w terenie, bo prawie zawsze może mnie zobaczyć.

Spacery z Berkiem bywają stresujące, bo cały czas muszę pilnować, czy gdzieś nie pobiegnie, czegoś nie pogoni. Bardzo brakuje mi dużych, otwartych przestrzeni, gdzie mogłabym aż tak się nie denerwować podczas naszych wypraw. Przyznaję, że właśnie ten stres i napięcie są dla mnie najgorsze jeśli chodzi o wspólne spacery. Nie mam aż tak dużych problemów z codziennym wychodzeniem, bo spacer z psem to jedna ze wspanialszych rzeczy w moim życiu, jednak bardzo chciałabym choć czasem odpocząć i nie „tropić” razem z Berkiem :). Dla mnie spacery z Berkiem to bardzo specyficzna forma relaksu… właściwie za każdym razem bardzo ciężko pracuję. Takie stresy to dla mnie czasem za dużo i jest mi bardzo ciężko. W Dziekanowie mogę względnie odsapnąć, bo jest tam po prostu mniej zagrożeń dla Berka. Bardzo żałuję, że tam gdzie mieszkam w Krakowie, nie mając auta, nie mogę zaserwować sobie takiej wyprawy, choć od czasu do czasu. Ostatnio poczułam się tak wyczerpana tymi spacerowymi stresami, że Beruś pojechał na kilka dni do moich rodziców, a ja próbuję odpocząć psychicznie. Czasem trzeba :D. Jestem wdzięczna losowi, że mam taką możliwość. Mimo iż jest to nasza pierwsza, kilkudniowa rozłąka z psem, to wierzę, że wyjdzie nam na dobre, bo nabiorę sił na jesienne spacery.

Zwykle chodzimy na spacery rano, bo jest wtedy spokój. Bardzo często na polach jest mgła, co naprawdę wygląda pięknie. Okoliczne, nieduże jezioro, tez jest wspaniałym miejscem, gdzie rano nie ma ludzi i psiaki mogą się wykąpać.

Eh, ja już tęsknię…

Gdzie takie tereny?

Każdego chętnego na wspólny spacer serdecznie zapraszam! Pojawiam się z Berkiem co jakiś czas w Warszawie, więc z chęcią umówimy się na wspólną wyprawę. Ale od razu zapowiadam, że nie jest to spacer po parku – psiaki, ze szczęścia, będą szaleć, a widok jest wtedy wspaniały ;).

Poniżej trochę zdjęć ze spacerów w ostatni weekend 🙂

2
nogi w maseczce z błota

3

4

5

6

7

8

9

10
w kałuży

11

12

13

14

15

 

 

 

Wybieg dla psów – Warszawa, Stare Bielany

Weekend spędziłam z Berkiem w Warszawie. Uwielbiam tu wracać, bo mam swoje ścieżki i miejsca do których lubię chodzić, sama ale i z psem. Tym razem spotkałam się z Olą z Dogs’Paths i z Dominiką z Szalony Świat Heleny. Na wybiegu były też inne psiaki z którymi Berek wspaniale się bawił.

O samym wybiegu na Starych Bielanach w Warszawie możecie więcej przeczytać na blogu Oli. Osobiście zaobserwowałam, że wybieg jest nie tylko mały, ale i zaniedbany: kosze na śmieci przepełnione, rozpadające się i metalowe, umieszczone na wysokości psich pysków, psia „piaskownica
wypełniona szarym, brudnym piaskiem, parę wykopanych bardzo dużych i głębokich dziur. Bramka na wybieg oczywiście bez śluzy. Moim zdaniem tragedia, choć i tak ok, bo w ogóle coś jest… Tylko czemu jest to „coś”? No cóż.

Co mnie zafascynowało, to fakt iż podczas 1,5 godziny kiedy nasze psy bawiły się ze sobą na wybiegu, obok przeszło multum innych psiaków i ich właścicieli i nikt do nas nie dołączył…. Psiaki gapiły się na psią „imprezę” na wybiegu, ale musiały iść dalej, bo ich właściciele nawet nie myśleli o tym, żeby do nas dołączyć. Z czego to wynika?
Podejrzewam, że powodów jest kilka. Po pierwsze – pochmurna niedziela. Zauważyłam, że bardzo dużo psów w brzydszą (nie brzydką) pogodę nie chodzi na dłuższe spacery. Po drugie – bawiące się na wybiegu psy były duże, więc właściciele mniejszych psiaków byli przerażeni. Dla mnie niezrozumiałe zachowanie.  Po trzecie – założenie, że mniejszy piesek nie musi przecież biegać, bo jest mniejszy i spokojny. Ale czy ma wybór? Przeważnie nie ma, zna tylko spacery na smyczy, na trawnik przed blok.

Mój mały apel, który wysyłam w sieć – namawiajcie wszystkich znajomych psiarzy na spacery, ciekawe psie wypady do nowych miejsc. Zdaję sobie sprawę z tego, że czytelnicy psich blogów to świadomi właściciele psów, ciekawi tematu, gotowi do nowych psich wyzwań. Ale pawie każdy zna zna kogoś, kto nie do końca wie jak zorganizować sobie czas ze swoim spem. Spróbujmy zaprosić taką osobę na wspólny spacerek, wypad na pola, lub do lasu, może wspólna wyprawa z psami do jakiejś knajpy na obiad, lub kawę. Pokażmy, że spędzanie czasu z psem to odpoczynek i rozrywka. Samemu bywa trudno – osobiście wiele rzeczy z Berkiem muszę robić samotnie i wiem, że czasem  mi ciężko, a zmobilizowanie się jesienią do aktywności to ciężki kawałek chleba. Takie wspólne spacery i spotkania psiarzy bardzo mi pomagają, bo mogę poznać ciekawych ludzi, porozmawiać o psiakach i popatrzeć na prze-szczęśliwego Berka. Może czasem trzeba komuś trzeba dodać sił i pokazać, że pies nie musi być tylko codziennym obowiązkiem.

Tymczasem umieszczam kilka zdjęć z naszego niedzielnego spotkania na Starych Bielanach. Berek usilnie podrywał Teslę, aż sunia miała całe plecy w jego ślinie i piachu. Berkowi bardzo rzadko zdarza się aż tak zainteresować sunią, do tego stopnia jest to nieczęste, że jego popęd nie stanowi dla mnie problemu. Jednak Tesla bardzo mu się spodobała. Chłopak ma dobry gust – co zrobić 🙂

DSC_0120

DSC_0121

DSC_0124

DSC_0129

DSC_0130

DSC_0132

DSC_0135

DSC_0171

DSC_0182

DSC_0161

DSC_0143

Komenda „Ryjek!”

Nauczyłam Berka tej sztuczki w dwa „posiedzenia”. Mam naprawdę mądrego psiaka :). Teraz tylko utrwalanie i jeszcze raz utrwalanie.
Do filmiku zrobiliśmy „Ryjek!” tylko trzy razy, ale myślę, że Berek dałby radę więcej, choć już raczej z rozpędu i trochę bezmyślnie, więc nie ciągnęłam tego dłużej.
Jak go tego nauczyłam? Bardzo prosto – posadziłam Berka i przytrzymałam jego zabawkę- kółeczko przed jego pyskiem. Potem wzięłam smaczek i drugą ręką trzymałam za kółeczkiem.. Gdy Berek wciskał ryj w kółko, mówiłam komendę. Za jakiś czas planuję oddalać kółeczko od jego pyska i umieszczać na różnych wysokościach.

Pies w autobusie

Dawno nie pisałam o Berku i jego zachowaniu w autobusie. Już wcześniej wspominałam na blogu o tym, że Berek nie przepada za jazdą autobusem i tramwajem i do tego stopnia źle się zachowuje, że przemieszczanie się komunikacją stało się dla mnie bardzo uciążliwe. Ponieważ nie posiadamy auta i jesteśmy zmuszeni do poruszania się autobusami, gdziekolwiek byśmy nie zabierali psa, problemu tego nie mogłam po prostu zignorować.
Konsultowałam się z behawiorystką  i zastosowałam do jej rad. Siedziałam z nim na przystankach, łaziłam po pustych autobusach, potem jeździłam tylko kilka przystanków i wracałam do domu. Niestety nie mając auta nawet tego typu „terapio-szkolenie” jest utrudnione, ponieważ każda, nawet drobna wizyta u weterynarza równoznaczna jest z koniecznością przejechania się autobusem. podobnie z naszymi, sporadycznymi ale jednak, wypadami do Warszawy do rodziców. Byłam sfrustrowana, ale robiłam co do mnie należy. Zaczęło być trochę lepiej. Szczęśliwa zaczęłam jeździć z Berkiem więcej i dalej. W końcu popołudniami zaczęłam zabierać go na spacery z innymi psami na Błonia lub na wybieg na ul. Strzelców. I to był błąd taktyczny…. A dlaczego? Otóż Berek szybko skojarzył sobie jazdę autobusem tylko i wyłącznie z ogromną frajdą jaka następowała praktycznie zawsze jak wysiadaliśmy. Nie ma nic fajniejszego niż hasanie z psimi kumplami, nie? 🙂 Tak więc Berek zaczął znów szaleć w komunikacji. Nie od razu skojarzyłam z czego to może wynikać. Najpierw zaczęłam się martwić, ze znów wracamy do punktu wyjścia, że jazdy autobusem było dla Berka za dużo i że zaczął się znów czegoś bać. Ręce mi opadały, gdy widziałam jak z każdą następną minutą jazdy autobusem Berek zaczyna coraz bardziej się miotać. Ale zauważyłam też, ze jest znacznie spokojniejszy, gdy wracamy do domu. To dało mi do myślenia… Szybko skonsultowałam moje spostrzeżenia z behawiorystką i okazało się że tak! – najprawdopodobniej Berek nie przepada za autobusami, ALE bardziej na jego zachowanie wpływa fakt, że nie może się doczekać jak już dojedzie i będzie impreza … 🙂
Berek ma niesamowity temperament, jest bardzo żywiołowy i zawsze chętny do biegania. Te cechy sprawiają, że nie jest cierpliwy i nie jest dla niego naturalne spokojne czekanie i nie kombinowanie. Jazda autobusem to dla niego moment kiedy wie, że zaraz coś się wydarzy, pewnie będzie mega fajnie. Najzwyczajniej w świecie mój pies nie może usiedzieć na tyłku. A że jest psem to inaczej mi nie potrafi tego pokazać jak poprzez kręcenie się i stękanie i ciągnięcie do drzwi.

Ale co z tym zrobić?  Muszę pokazać Berkowi, że jazda autobusem nie równa się super spacerowi i spotkaniu z kumplami. Po prostu muszę zmienić psie skojarzenie, co łatwe nie jest :/. Tak więc od jakiegoś czasu jeżdżę z Berkiem na spacery po mieście na smyczy. Przy okazji ćwiczymy nieciągnięcie i różne komendy w rozproszeniach. Czasem spędzam dwie godziny na kręceniu się w kółko po mieście z psem. Nie powiem żeby było to ciekawe :P. A że nic się nie da załatwić mając ze sobą psa, są to zwykle godziny spędzone na niczym. Nie pójdę do biblioteki, nie wejdę do większości sklepów. Powoli robi się zimno, więc tułaczka bez celu po mieście nie jest za przyjemna. Berek nadal jest niecierpliwy, więc umówienie się ze znajomą na kawę i przyprowadzenie Berka nie gwarantuje, że uda nam się posiedzieć i pogadać, bo a nóż Berek nie wytrzyma spokojnie więcej niż 15 min. Ciężko też zaryzykować, bo jak mam znajomej powiedzieć, że sorry, ale ja muszę iść, bo pies stwierdził, że będzie się miotać i musimy wyjść z lokalu :(. Bywa ciężko, najgorzej, żeby się nakręcić na działanie. Ale pocieszam się tym, że wiem co robić dalej. Może będzie lepiej i z moim nastrojem. Raptem po paru takich spacerach zauważyłam poprawę w zachowaniu Berka. Gdy wracaliśmy ostatnio do domu autobusem, to moje „szczenię” wlazło mi na kolana i zasnęło przytulone. Nie było pasażera który by się na nas nie patrzył 😉

A teraz trochę zdjęć z naszych spacerów po polach. Berek chyba uwielbia obecną pogodę, bo jest chłodno, ale nie zimno i błoto nie jest zamarznięte… Ja się nie wypowiem.

DSC_0109

DSC_0106

DSC_0115

DSC_0116

DSC_0118

DSC_0128

DSC_0132

DSC_0105

Dwa setery

Przyjechałąm z Berkiem na kilka dni do Warszawy, do moich rodziców.  Już zreanimowałam sie po podróży PKP, udało mi się przeziębić siedząc na korytarzu w pociągu, ale jestem w stanie skupić się na tyle, żeby zrobić nowy post.

W piątek w pociągu relacji Kraków – Warszawa było OK – dla mnie najorsze jest dotarcie do pociągu komunikacją miejską, gdyż Berek właśnie w autobusach i tramwajach dostaje często bzika. W pociągu zasypia zanim wytoczymy się ze stacji. Na szczęście w drodze na dworzec był spokojny, w pociągu to anioł. Jadąc w Warszawie z Centralnego do Łomianek – metrem i autobusem, też nie było tragicznie, choć Berek był zdenerwowany, ciągnął i kręcił się. Mam wyjątkowo trudnego psa jeśli chodzi o podróżowanie, a ponieważ nie mamy auta, jest to nieuniknione. W trochę zarozumiały sposób powiem, że jeśli psiarz nie jeździ ze swoim pupilem komunikacją miejską , to dużo jeszcze nie wie o swoim psie… NIc nie wiecie o życiu ;)… I chociażby ten fakt jest najlepszym argumentem do tego, że pies w komunikacji miejskiej, czy łagodny czy nie,  mały czy duży, MUSI mieć kaganiec. A ostatnio widziałam w metrze psiaka większego od Berka bez kagańca…

Ale udało się 🙂 i jestem z Berka i siebie dumna, że daliśmy radę :). Za to w sobotę umówieni byliśmy z Pepe – seterem Irlandzik z bloga Living with Pepe. Było super, choć psiaki nie szalały w zabawie. Jednakże, osobiście podejrzewałam, zę tak będzie gdzyż Pepe jest dorosłym samcem, a Berek podrostkiem, któy jest już w tym wieku, że nie jest zawsze przez samce akceptowany. Normalne. Pepe delikatnie, ale też bardzo jednoznacznie, pokazał Berkowi kto tu rządzi na tym spacerze. Berek to zaakceptował i psy uprzejmie się tolerowały przez resztę wycieczki :). Zauważyłam, że Berek nie biegał tylko szedł, przeważnie z boku albo z przodu. Unikał kontaktu i wyglądał na trochę przygaszonego. Myślę, że w taki sposób pokazywł Pepe, że nie będzie mu wchodzić w drogę. Przyznaję, że trochę zaskoczyło mnie Berkowe zachowanie, bo wiem jak szaleje na tych polach i biega w prędkością wiatru, niezależnie od pogody i pory dnia. Jednak psy mają swoje sposoby porozumiewania się i nie ma co w to integrować. Psy dogadały się tak, a nie inaczej, ustaliły taką a nie inną hierarchię i musieliśmy to uszanować. Ciężko było złapać oba psiaki w jeden kard do zdjęcia 🙂

Osobiście byłam zachwycona spacerem 😀 Mam nadzieję, że to powtorzymy i być może Pepe i Berek powoli się do siebie bardzie przekonają. A jeśli nie? Berek musi umieć odnaleźć się i w takiej sytuacji, a Pepe jest wspaniałym kompanem do tego aby pokazać młodszemu, że nie zawsze może robić co mu się podoba 🙂

P.S Na spacer wybraliśmy się na pola nad Wisłą, na wysokości Dziekanowa Leśnego, pod Warszawą.

DSC_0122
Piekny, mahoniowy Pape

DSC_0127

DSC_0161

DSC_0154

DSC_0133

DSC_0140
Ta czarna plana to Berek – coś właśnie upolował w trawie 🙂

DSC_0141

DSC_0155

DSC_0173

Psie poczucie godności i dumy – opis rasy

Decydując się na psa rasowego decydujemy się na zwierzę o danym charakterze, konkretnej użytkowości i, oczywiście, wyglądzie. Szukając odpowiedniej dla siebie rasy psa powinniśmy zapoznać się z tzn. opisem rasy, gdzie znajdziemy podstawowe informacje, które MUSI znać przyszły właściciel zwierzaka. Jednakże należy pamiętać, że żadnej opinii nie powinniśmy traktować jak wyroczni – wszystko co znajdziemy w internecie, bądź od kogoś usłyszymy należy zweryfikować z innym źródłem, bo ludzie są różni (my też!), psy również. Najlepiej jednak zacząć od samokrytyki.

Moim zdaniem samokrytyka jest kluczowym elementem przy wyborze psa. Jeśli już zdobędziemy, naszym zdaniem, rzetelna wiedzę na temat rasy, tzn poczytamy w książkach, przeszukamy internet, zapoznamy się z opinia hodowców i osób, które takie psy mają, należy pomyśleć o tym jacy jesteśmy my i jaki jest NASZ OPIS :).

Zastanówmy się jak najchętniej spędzamy czas, co sprawia nam największą radość i o czym marzymy. Czy widzimy w naszych planach na przyszłość psa? Co będzie za 5, 10 lat? Warto podchodzić do psa ambitnie, czyli mieć konkretny plan związany ze zwierzakiem, jak np. chęć zmobilizowania się do porannego wstawania, regularnego biegania, czy ciekawych wyjazdów. Ale musimy pamiętać, że ten „plan” to plan na wiele lat, plus jest to plan który nie tylko zależy od nas. Pies ma swoje potrzeby i pomysły, i wszystko, ale to WSZYSTKO co sobie zaplanowaliśmy może być niemożliwe do zrealizowania.  Warto mieć trochę pokory i bardzo dużo szacunku dla zwierzaka. On ma prawo nie spełniać naszych zachcianek i nie być takim jakim go sobie wymyśliliśmy. Nawet psy konkretnej rasy bywają różne i nie jest to skserowany produkt.

Często z ciekawości zaglądam na różne strony w internecie i czytam opisy rasy Gordon seter, gdyż jest to właściwie jedyna rasa na temat której mogę się w jakiś sposób wypowiedzieć, a informacje zweryfikować. Ostatnio zszokowała mnie informacja zamieszczona na jednej ze stronek o Gordonach, mianowicie, że seter szkocki ma niesamowite poczucie dumy i swojej godności. Dalej można przeczytać, że jeśli pies będzie nieposłuszny, to jest to nasza wina, a nie setera. Nie należy stosować kar fizycznych, krzyczeć itp, gdyż seter źle reaguje na brak sprawiedliwości i przestanie na nas reagować. Po pierwsze – to odnosi się do KAŻDEGO PSA! Jak można uważać inaczej? Każdy pies ma swoja dumę, swój świat i wie kiedy jest źle traktowany. Każda żywa istota jest w stanie dostosować się do najgorszego traktowania i znosić je z pokorą jeśli chce przetrwać (człowiek też!), ale zawsze będzie wiedzieć, że to nie jest sprawiedliwe i dobre. Żaden pies, żądna rasa nie jest trudniejsza lub łatwiejsza od innych, jeśli tylko odpowiednio do niej podejdziemy i uszanujemy to jaki ten pies jest i jacy jesteśmy my. I co najważniejsze – jacy będziemy i my i nasz zwierzak za 10 lat kiedy nie będziemy mieć już tyle siły, doba będzie coraz krótsza, będziemy mieć więcej obowiązków, a nasz pies nie da rady rano wstać z posłania, bo tylne łapy odmówią mu posłuszeństwa…

Jeśli pewnego dnia uderzy nas myśl, że nasz pies jest nudny, albo, że właściwie nic nas z nim już nie łączy, bo jest gruby, nieciekawy, albo po prostu nie taki jak był kiedyś – to pamiętajmy, że on już dawno poczuł co my o nim sądzimy i jego duma powoli zaczęła gasnąć… To jest niesprawiedliwość.

DSC_0116

DSC_0132
W tych krzakach nic nie ma

DSC_0134

DSC_0096
praca

 

DSC_0144

DSC_0151
relaks na spacerze

 

Fafle

Fafle – najpiękniejsza część psiego pyska. Uwielbiam psy z faflami! Setery szkockie mają imponujące fafelki, a Berek to już w ogóle ma fafle idealne 🙂 Fafle Berka żyją własnym życiem – latają, łopoczą, czasem są nad oczami, czasem zwisają nisko pod brodą. Gdy Berek leży, fafle leżą koło niego i zajmują sporo miejsca. Pod faflami Berek chowa sobie na później jedzenie, a marcheweczka znaleziona po godzinie podczas drzemki jest ogromną radością dla psa :). Pod faflem jest też miejsce na trochę lasu, bukiet trawy i kilogram piachu z plaży. Berek faflem potrafi przytulić się do mojej ręki. Czasem także coś skutecznie faflami nakrywa i nagle zwinięte w kulkę skarpetki znikają… Faflem Berek też „smyra” – widać na gifie poniżej 🙂

DSC_1031-MOTION
posmyrać piłeczkę faflami 🙂

Tak więc fafle mają dużo walorów praktycznych. Natomiast te wizualne najlepiej podziwiać na filmach „slow motion” albo zdjęciach. Berkowe fafle maja masę fotek. Ostatnio, podczas spaceru z Hixem, zauważyłam jak kosmicznie wygląda mój pies przy innym psiaku, szczególnie mniej faflastym. Kontrast pomiędzy minami normalnego psa, a szaleństwem Berkowych fafli był zaskakujący. Dodatkowo mój Psi Ryj wyjątkowo się miota, skacze, wprost lata jak jakiś przedziwny potwór, gdy tymczasem Hix sobie stoi i jest psem 🙂 A to przecież szczeniak i jego właścicielka Ania sama dobrze wie ile przedziwnych rzeczy potrafi wymyślić jej pies ;).
Ale to taka natura setera – zawsze w ruchu, zawsze bardzo zaangażowany we wszystko co robi. Ostatnio zrozumiałam, jak bardzo już się do tego przyzwyczaiłam i przestałam zauważać jak charakterystyczne jest zachowanie Berka. Dopiero w kontaktach z innymi psami, plus na fotkach, widać jaki to żywioł. Dużo osób patrząc na Berka pyta mnie ile on ma. Gdy mówię, że 20 miesięcy, są zaskoczeni, bo przed nimi kręci się wielki szczeniak, któremu drga w radości każdy mięsień, a ogon chodzi we wszystkich kierunkach.

DSC_1076
Hix – tollerhix.blogspot.com

DSC_1030

DSC_1052

DSC_1061

DSC_1062

DSC_1066

DSC_1071

DSC_1074

DSC_1081