Pychowice

Niedawno odkryliśmy wspaniałą miejscówkę na Berkowe spacery. Jak już wielokrotnie wspominałam na blogu, spacery z Berkiem wymagają od nas wyszukiwania miejsc o dość specyficznych warunkach. Jest to głównie potrzebne Berkowi, aby nic złego mu się nie stało, gdy szaleje w galopie. Ale również ja potrzebuję móc osiągnąć magiczny stan, kiedy nie panikuję, bo wiem, że pies nie zrobi sobie krzywdy. Tak więc unikamy:
–  okolic ulic (wyjątkiem są sporadyczne wypady na Błonia,, gdzie Berek zajmuje się zabawą z innymi psami i nie jest w amoku polowania)
– miejskich parków, bo zwykle są one za małe dla Berka, a znudzony Berek to Berek kombinujący i szukający nowych wrażeń, co może się źle skończyć. Berek okłada pole (teren/trawnik/park)  z niesamowitą prędkością i zaangażowaniem. Gdy zaczyna pracować na zbyt małej przestrzeni, która nie pozwala mu tego swobodnie robić, ja zaczynam widzieć masę czyhających na niego niebezpieczeństw, które są dla niego zwykłą przeszkodą w węszeniu.
– lasów, bo tam trzymam Berka na 15-metrowej lince, no co nie zawsze mam ochotę
Nasza nowa miejscówka jest natomiast idealna. Koło uroczyska Górka Pychowicka (mapka) Berek może szaleć wśród wysokich traw i kręcić swoje seterowe kółka ile tylko zamarzy. Na szczęście Berek dobrze się pilnuje i zawsze wie gdzie jestem, więc nie muszę się denerwować, ze zapodzieje się w wysokiej trawie. Niedawno zdałam sobie sprawę, że Berek nigdy nie odbiega ode mnie daleko. Tak więc jeśli odpowiednio wybiorę miejsce spaceru, mogę spokojnie wędrować polami i nie denerwować się, że gdzieś zapodzieje mi się pies. Można tam też spotkać innych psiarzy. Miejsce jest tak fajne, że wiele osób przyjeżdża tam specjalnie ze swoimi pupilami.
Dojazd komunikacją miejską jest stosunkowo prosty: z Mostu Grunwaldzkiego odjeżdżają trzy autobusy – 112, 162 i 412. Należy wysiąśż na przystanku Rodzinna i kierować się w górę ulicą Rodzinną, lub Jemiołową. Natomiast samochodem skręcamy z ulicy Tynieckiej w Rodzinną lub Jemiołową. Na końcu, przy samych polach jest trochę miejsca, żeby zaparkować auto.

Czy powinno być tak, że właściciel dostosowuje miejsce i rodzaj spaceru do psa? Nie wiem. Pewnie niektórzy powiedzą, że nie, bo to pies powinien dostosować swoje zachowanie do nas i tego gdzie chcemy iść na spacer. Może i tak, ale… Pies to nie zabawka i nie musi spełniać naszych zachcianek ani oczekiwań. Berek często mi o tym lubi przypominać :). Ma niezwykły temperament i  jest uparty. Doskonale wiem jakie spacery lubi. Bieganie po polach kocha całym sobą. Wiem, że za każdym razem gdy do mnie wraca gdy go wołam, robi to bo jestem dla niego ważniejsza od wszystkiego innego co jest istotne w jego życiu. Nie uważacie, że to super? I za to wracanie do mnie, za to odwracanie się od zapachów i przerywanie gonitwy za tropem – dostosuje spacery do tego co on potrzebuje.

DSC_0795

DSC_0875

DSC_0878

DSC_0799

DSC_0801

DSC_0803

DSC_0805

DSC_0806

DSC_0807

DSC_0808

DSC_0818

DSC_0828

DSC_0869

DSC_0872

DSC_0834

DSC_0835
Rozpędzanie …
DSC_0836
… i wyhamowanie 🙂

DSC_0843

DSC_0846

DSC_0848

DSC_0849

DSC_0858

DSC_0866

DSC_0867

DSC_0868

DSC_0874
Refleksja pospacerna 🙂

Pies w bibliotece?

Jakiś czas temu na jednym z psich fejsbukowych grup zapytałam czy ktoś zna bibliotekę do której mogłabym wejść z psem. Zostałam wyśmiana za moje pytanie. W mojej bezczelności do tej pory nie rozumiem czemu… Co niby jest dziwnego w tym, że chciałabym móc wejść do biblioteki z psem? Oczywiście mówimy tutaj o psach nieasystujących.

Otóż chciałabym wyjaśnić moje stanowisko, aby jednak uniknąć kpin z moich „dziwnych” pomysłów. Chodzenie do biblioteki jest dla mnie rzeczą normalną, tak samo jak chodzenie z psem na spaceru. Po prostu to robię, muszę i chcę robić i to często. Chciałabym mieć prawo wejść do wypożyczalni z moim psem i wypożyczyć lub oddać książkę przy okazji spaceru z Berkiem. Jest to jednak niemożliwe, bo w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Krakowie na ul. Rajskiej jest zakaz wprowadzania psów. Od razu zaznaczam, że chodzi mi o możliwość wejścia do wypożyczalni, a nie do czytelni. Rozumiem i szanuję fakt iż w czytelni obecność psa mogłaby przeszkadzać innym, szczególnie że przebywa się tam w celu zrobienia badań, pouczenia się w spokoju, a nie każdy psy ma lubić. Jednakże wypożyczalnia to miejsce gdzie się wchodzi, szuka książki i wychodzi. W momencie kiedy ja z Berkiem jestem w jednym kącie wypożyczalni, osoba która nie lubi dużych czarnych psów z długimi uszami, może zaczekać jak się przesunę w inne miejsce , bo ewidentnie w końcu się przemieszczę gdyż jest to tylko wypożyczalnia.
Ale problem został rozwiązany w sposób tradycyjny – jest zakaz … Pies nie wejdzie i koniec. Oczywiście zaraz ktoś powie, że pies może szczekać i być głośno. Ok, zgadzam się, że to się zdarza. Jednakże w takim przypadku czemu nie ma nakazu zachowania ciszy? Wtedy można by właściciela głośno zachowującego się psa wyprosić z powodu zachowania jego podopiecznego, a nie samego faktu, że ma psa i ośmielił się wejść do biblioteki. Ludzie też zachowują się głośno. Ba! – w wypożyczalni można (!) rozmawiać, bo to jest TYLKO wypożyczalnia. Nie do końca jest powód by było tam tak cicho. Jeśli ktoś potrzebuje spokoju może książkę wypożyczyć do domu, lub iść do czytelni.
Zakładam, że pies nie złapie książki, nie zacznie z nią latać po bibliotece i wyszarpywać wszystkie strony po kolei. Ośmielam się też wierzyć w to, że nie będzie szczekał, skakał na ludzi, wskakiwał pani bibliotekarce na kolana i sikał do doniczki z ozdobną paprotką – gigantem. Wychodzę z założenia, że właściciel psa jest człowiekiem świadomym tego, że tego psa ma i że trzeba nad nim panować. Ale też chciałabym, aby inni byli świadomi, że psiarze chcą być tolerowani. Nie widzę powodów dla których mam odbijać się o drzwi miejsc gdzie z psem wejść nie mogę, z powodów nieuzasadnionych. I nie – nigdy nie zostawię psa przed wejściem…
Słyszałam, że istnieją jednak biblioteki do których można z psem wejść. Przejrzałam kilka regulaminów bibliotek w Warszawie i nie znalazłam tam zapisu zabraniającego wejścia z psem. To niestety nie oznacza, że gdzieś na drzwiach nie ma tabliczki, że z psem nie wejdziesz… Napiszcie proszę, jeśli do Waszej biblioteki można wejść z psiakiem. Może są wyjątki i w przyszłości jest nadzieja, że to się zmieni.

portmouthlibrary.org
żródło: portmouthlibrary.org

Berek i jego kobietki ;)

W ostatni weekend znów udało mi się umówić na seterkowy spacer w cudownym gronie. Już wcześniej pisałam o świetnej Vegusi i Suzance z którymi Berek szaleje po nadwiślańskich łąkach pod Warszawą. Szkoda, że nie bywam w stolicy częściej, bo takie spacery to dla mnie terapia i zastrzyk energii na cały tydzień.
Psy wyjątkowo dobrze się bawiły. Zresztą popatrzcie sami na to szaleństwo. Dla seterowych szajbusów zapewnia, że  zdjęcia poniżej będą mieć moc uzdrawiającą 🙂

DSC_0710
Berek podziwia swoje kobietki 🙂
DSC_0700
Widzicie psy? Pełen galop 🙂

DSC_0711

DSC_0730
Berek i Vega
DSC_0732
Berek i Vega

DSC_0744

DSC_0749

DSC_0756

DSC_0775
Zabawa w berka 😉

DSC_0776

To jest dopiero początek

Robercika poznałam pierwszego dnia mojego wolontariatu w Krakowskim Schronisku dla zwierząt. Od razu zdobył moje serce. Podpytałam wolontariuszkę, która zajmowała się nim już od dłuższego czasu o jego historię. Widać było, że psiak ma chore nóżki i kłopoty z chodzeniem. Gorzej było w zimne dni, kiedy kończyny wydawały się jeszcze sztywniejsze, a Robercik był niechętny do wstawania. Wtedy to postanowiłam zrobić wszystko co w mojej mocy, aby znaleźć mu dom i to jeszcze przed zimą. To miał być taki prezent na gwiazdkę, który sama sobie chcę sprawić – dom dla Robercika. Próbowałam, ogłaszałam go i pisałam gdzie mogłam, ale nikt go nie chciał. O tym wszystkim opowiadałam regularnie moim rodzicom, więc Robercik i jego historia były im znane od samego początku.

I to właśnie oni postanowili odmienić życie tego psa i dać mu dom :). Tata zaczął podpytywać mnie o Robercika, konsultować to co wiem o chorobie psa z naszym znajomym weterynarzem. Namyślania było dużo, ale tego typu decyzja nie może być podejmowana pod wpływem impulsu. Efekt jest taki, że w ostatnią sobotę Robercik przejechał 400km z Krakowa do Warszawy, gdzie ma teraz swój dom. Zamętu było dużo, jeżdżenia w nocy pociągami i samochodami na relacji Warszawa- Kraków, Kraków-Warszawa, ale trzeba było. Musiałam z rozsądku spędzić kilka dni bez Berka, aby nie musiał podróżować ze mną tak dużo PKP, i bardzo za nim tęskniłam, a na taką rozłąkę z moim psem nie miałam ochoty. Ale nie dało się tego uniknąć. Kilka intensywnych dni, trzeba było zacisnąć zęby i podopinać wszystko na ostatni guzik. Udało się 🙂

W sobotę rano mój tata przyjechał do Krakowa po Robercika. Beruś był już w Warszawie i na nas czekał. Niestety-stety oba psiaki musiały podróżować za nami, bo tu w Krakowie nie mamy z kim zostawić Berka nawet na chwilę. Chciałam też aby się poznały jak najszybciej. Plan był, że ja jadę z tatą i Robercikiem autem do Warszawy. Robercika wszyscy, ale to wszyscy, żegnali w schronisku – był uwielbiany przez pracowników i wszystkich wolontariuszy. Po podpisaniu umowy adopcyjnej i wizycie u schroniskowego weterynarza Robercik nieśmiało wyszedł poza teren schroniska… Jak już pisałam poprzednio – był wcześniej dwa razy adoptowany, ale zawsze oddawany po kilku dniach. Tak naprawdę nie miał pojęcia na czym polega posiadanie domu, swoich ludzi, którzy głaszczą i zajmują się tylko nim. Do samochodu wsiadał niechętnie. Jednak Robercik jest tak chory, że nie ma nawet możliwości wyrwania się, kręcenia czy pokazywania, że coś mu się nie podoba. Leżał koło mnie cicho na kanapie. Niestety tak jak się spodziewaliśmy, ma chorobę lokomocyjną, więc pierwsze godziny podróży były ciężkie. Z krótkimi postojami dotarliśmy do Warszawy jeszcze przed wieczorem. Robercik wylądował na swoim posłaniu, trochę zdezorientowany i zagubiony. A Berek, który czekał na nas u moich rodziców? Nawet nie za bardzo zainteresował się Robercikiem 🙂 Nowy psiak siedział u siebie przez większość wieczoru, ale cieszył się za każdym razem jak do niego przychodziliśmy i żywo na nas reagował. Wiedzieliśmy, że potrzebuje czasu i musi poznać wszystko w swoim tempie, więc nim mu nie narzucaliśmy. Został nakarmiony, napojony i wygłaskany, a potem zostawiony w spokoju.

W nocy zaglądaliśmy do Robercika regularnie, żeby zobaczyć co tam robi. Gdy zobaczył mnie postanowił pozwiedzać dom. Tak więc o 3.00 w nocy zamiast spać łaziłam po chałupie i pokazywałam psu różne kąty :). W niedzielę rano zabrałam Berka na długi spacer po polach, a Robercik mógł swobodnie pochodzić po ogrodzie i popilnować moją mamę, która szykowała mu jedzenie. Robercik, z powodu swojej choroby, jest właściwie zupełnie bezbronny w kontaktach z innymi psami. Nie ma nawet możliwości uciec, uskoczyć, czy położyć na plecach i pokazać brzuch. Berek go onieśmielał, mimo iz tylko zapraszał go do zabawy. Jednak energia jaką ma mój pies, szybkość i zamaszystość ruchów po prostu przeraża unieruchomionego Robercika. Ich wzajemne kontakty muszą na razie być kontrolowane, bo Robercik nie czuje się jeszcze pewnie i obawia się Berka. Jednak i tak uważam, że mój pies jest cudowny, bo mimo iż Robercik nagle zjawił się na, bądź co bądź, jego terenie, nic mu nie zrobił, tylko machał do niego ogonem. Uważam, że oba psy doskonale wiedzą jaka którego jest pozycja i stanowisko w tej znajomości i Berek doskonale zna swoja przewagę fizyczną. Jednak niesamowite jest, że samiec nie czuje potrzeby tego wykorzystać i jedyne czego chce to wąchać i bawić się z kolegą. Berek jest super :).

W niedzielę popołudniu wróciliśmy z Berkiem do Krakowa. Robercik ma teraz moich rodziców i cały dom dla siebie. Jestem pewna, że już za kilka dni będzie tam królem 🙂 Na razie niechętnie wychodzi do ogrodu, patrzy cały czas na drzwi, jakby bał się, że się zamkną i ciepłe posłanie zniknie na zawsze. Zdarza mu się też nasikać w domu na legowisko, ale to pewnie kwestia dni, żeby zaskoczył, że to tylko jego i trzeba o to dbać, a nie znaczyć. A ja? Nadal nie mogę uwierzyć, że udało mi się znaleźć dla tego psa dom. Parę miesięcy temu obiecałam mu to, gdy tulił się do mnie w boksie i stało się – ma najlepszy dom jaki można sobie wymarzyć dla psiaka. Niedługo czeka go jeszcze wizyta weterynarza i mam nadzieję, że uda się wdrożyć jakieś leczenie, żeby chociaż mu ulżyć. Odkryliśmy, że Robercik oprócz kłopotów z chodzenie – bardzo dużych, bo łapy sztywnieją, wykręcają się, ale też czasem wiotczeją i rozjeżdżają się pod jego ciężarem – ma problemy z oddychanie i przełykaniem. Czasem sztywnieje mu język, co uniemożliwia mu oddychanie. Wtedy pysk robi mu się fioletowy, przez chwile jest cisza, po czym łapczywie nabiera powietrza. Bardzo powoli je i czasem dławi się. Niestety jest bardzo chory i nie wiadomo co mu jest.  Moi rodzice uratowali mu życie, bo w takim stanie w schronisku, gdzie jest wilgotno i zimno, byłoby mu bardzo ciężko przetrwać zimę. A przecież ten psiak ma tylko rok…

DSC_0700

DSC_0727 (2)

DSC_0726

DSC_0719 (2)

DSC_0712 (2)

DSC_0707 (2)

DSC_0714 (2)

DSC_0701 (3)

 

Spacer z seterami

Już nie raz wspominałam, że uważam iż nie ma nic piękniejszego od setera w biegu. A tu były aż trzy setery i to jak najbardziej „w biegu” 🙂 Nie mogłam się wprost napatrzeć na to piękno ruchów, grację i oddanie z jakim te psy potrafią pędzić po polach, zupełnie zatracając się w samej przyjemności jaką z tego mają. Takie spacery relaksują mnie i przypominają mi jakiego wspaniałego mam psa.

Parę tygodni temu, podczas mojej wizyty w Warszawie, spotkałam przemiłych Państwa z seterami. Od razu się dołączyłam do ich grupy, wręcz desperacko mając nadzieję, że Berek się wybiega. Psy dogadały się wspaniale i biegały jak szalone. Oczywiście nie miałam wtedy ze sobą aparatu, czego bardzo żałowałam. Jednak postanowiliśmy umówić się ponownie na wspólny spacer jak tylko znów będę w Warszawie. I udało się ! W ostatni weekend spotkaliśmy się na polach w Dziekanowie Leśnym pod Warszawą.

Setery biegając razem zachowują się inaczej niż w kontaktach z innymi psami. Berek spotykając się z innym psem zwykle próbuje się z nim bawić. Zaprasza go do ganiania, do siłowania się „w pionie”. Jeśli psiak nie jest zainteresowany zabawą, to Berek szybko poddaje się i idzie w swoją stronę. Tymczasem gdy spotkał setery, relacje były zupełnie inne. Psy zaczęły pracować. Ganiały po polach, węszyły i tropiły. Nie było czasu na zapasy, albo podgryzanie :). Zresztą takie zabawy to nudy, jeśli można gonić wiatr i próbować prześcignąć koleżankę. Mój pies był uśmiechnięty 🙂 Vega – wspaniała Gordonka – odbiegała najdalej od nas, ale cały czas kontrolowała gdzie są jej Państwo. Wyraźnie stosowała się do podstawowej zasady u seterów, czyli że „to one mają wiedzieć, gdzie jest właściciel, a nie odwrotnie”. Irlandka Suzanka meldowała się regularnie i raczej trzymała się blisko nas. A Berek?…. Berek próbował kontrolować sytuację – swoje nowe dziewczyny, pola, zapachy i nas. Tak, tak – w takiej kolejności 🙂 Ale był bardzo grzeczny i pilnował się. Jak na nieposkromionego Gordona to wyjątkowe zachowanie w wieku niecałych dwóch lat. Czy mogę być z niego dumna? Na razie nie chcę osiąść na laurach, bo od sarny zdołałam odwołać go w ciągu tych dwóch lat tylko dwa razy…
Uważam, że seter gordon jest bardzo specyficznym psem. Nie mam pojęcia jak setery mogą chodzić na spacery w parku miejskim, albo po osiedlu. Wiem,  że psy mogą przyzwyczaić się do praktycznie wszystkiego i u Berka jest to kwestia tego iż rzadko chodzi po mieście i dlatego „miastowy” nie jest. Jednak patrząc na to jakie rozwija prędkości w galopie i swoim gordonowym kłusie, nie widzę go na miejskich trawnikach. Muszę podporządkowywać rodzaj spaceru pod swojego psa i nie za bardzo mam inne wyjście. Tropienie to jego instynkt, wyjątkowo u niego silny. Ten pies daje z siebie zawsze 100% energii i zaangażowania. Do wypracowania mamy jeszcze bardzo dużo rzeczy, głównie związanych z jego upartą naturą i temperamentem. Ale muszę pamiętać, że te cechy są przecież niezbędne to pracy w polu do jakiej został stworzony. Bez zaciętości i chęci do działania ta rasa do niczego by się nie zdała w polu. Seter Gordon pracuje sam, jest niezależny, ma swoja inicjatywę w działaniu. Ot – cały Berek 🙂

DSC_0597

DSC_0694
Suzanka
DSC_0689
Suzanka, Vega i Berek

DSC_0669

DSC_0650
Suzanka
DSC_0634
Berek zaczepia Vegę 😉
DSC_0618
Vegusia 🙂

DSC_0601

DSC_0620

DSC_0615
Cuda 🙂

DSC_0696

Pies w kagańcu w autobusie – dlaczego?

Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że Berek kiepsko znosi jazdę komunikacją miejską. Często o tym wspominam, ponieważ jest to istotna część mojego życia z psem. Musimy korzystać z komunikacji, bo nie mamy auta.  Berek ma lepsze i gorsze dni jeśli chodzi o podróżowanie i często zastanawiam się co wpływa na jego zachowanie: to podekscytowanie wyprawą czy strach. Nie wiem. Potrafi „zapomnieć”, że ma się denerwować i siedzi spokojnie, żeby następnym razem dać mi tak popalić, że wysiadam z autobusu skatowana. Ale nie chciałam o tym…

Otóż ostatnio  zauważyłam, że dużo psów nadal podróżuje bez kagańca.  I nie są to małe psy, trzymane na rekach. Jeśli chodzi o kaganiec to jestem bardzo zasadnicza – pies w komunikacji miejskiej, jeśli nie podróżuje na rękach cały czas, ma mieć założony kaganiec. Nie trafiają do mnie argumenty w stylu, że pies jest łagodny, nigdy nikomu nic nie zrobił, albo że lubi podróżować autobusem itp. Moje podejście być może jest związane z tym, że mam psa który zrelaksowany w komunikacji nie jest i przez to patrzę na inne psy tylko przez pryzmat Berka. Nie wiem jak to jest, gdy pies siedzi spokojnie w autobusie. Jednak co niby do tego ma kaganiec? Kaganiec moim zdaniem ma być na pysku psa i już. Poniżej wymieniłam argumenty, które przekonują mnie, że nie zdejmę nigdy Berkowi kagańca w autobusie.

Po pierwsze – pies może ZAWSZE czegoś się przestraszyć. Ludzie są dziwni, może wsiąść człowiek, który kopnie  lub popchnie naszego psa, tylko dlatego, że nie lubi zwierząt. Może zdarzyć się wszystko, a my powinniśmy starać się być na wszystko przygotowani.  Pies nie myśli w taki sposób jak człowiek – może przestraszyć się rzeczy, którą widział już milion razy, tylko dlatego że ma inną fakturę, albo porusza się w innym tempie, jak np wózek dziecięcy, albo hałasująca walizka na kółkach. Przestraszony pies może i ma prawa zareagować kłapnięciem zębami – to jest naturalne i instynktowne! Ani mu tego nie wytłumaczymy, ani go nie nauczymy by tego nie robił.

Po drugie – na psa ktoś może nadepnąć. Pies najprawdopodobniej przerazi się i może odwrócić się i kłapnąć odruchowo zębami. Ma to związek z moim pierwszym punktem, jednakże w ogóle nie zależy od psa i jego charakteru. Na Berka kiedyś wlazła pani mimo iż autobus był pusty – nie ma znaczenia czy jedziemy w tłoku czy nie – to może zdarzyć się zawsze. Ludzie nie widzą psa, nie myślą o tym, że on się rusza, ma ogon, łapy. Zawsze może się tak zdarzyć, że na niego wejdą, a my musimy być przygotowani na to, że pies na ból zareaguje w dziwny sposób.

Po trzecie – do autobusu czy tramwaju może w każdej chwili wsiąść inny pies z którym nasz pies się nie dogada. Nawet jeśli będzie to „z winy” tego drugiego psa, czyli nasz będzie przez niego agresywnie zaczepiony, to nie ma to znaczenia. Nie chcemy przecież, żeby psy zaczęły się gryźć w autobusie. Jeśli oba będą mieć kagańce to do niczego nie dojdzie. Mogę warczeć i wyraźnie się nie akceptować, ale nie zaczną się gryźć. Wiele razy jechałam z Berkiem i wsiadali ludzie z drugim psem bez kagańca. Nigdy nie działo się nic dziwnego i psy tylko się wąchały. Jednak dla mnie była to stresująca sytuacja i dziwię się, że ludzie potrafią aż tak nie mieć wyobraźni i w autobusie, w tłumie pozwalają na kontakty z psem, którego nie znają, nie wiedzą co zrobi i nie mają pojęcia co się wydarzy. Będąc w autobusie mamy przecież bardzo ograniczoną możliwość reakcji. Ale mój pies był w kagańcu więc nie mógł nic zrobić ich psiakowi, a ich podopieczny jest przecież słodki i łagodny jak aniołek… (ironia).

Po czwarte – współpasażerowie mogę bać się lub nie lubić psów. Być może to, iż pies podróżuje w kagańcu daje im poczucie, że nic się nie stanie i pomaga im znieść obecność psa w autobusie. Naprawdę my, właściciele psów, musimy pamiętać, że są osoby które reagują na psa strachem. Oczywiście, że mogą się odsunąć od naszego psa i spróbować uspokoić, jednak to nie zawsze jest możliwe. Jeśli nasz pies ma na sobie kaganiec, to dla przerażonego współpasażera może często być jedyny argument, ze to zwierzę nic mu nie zrobi, bo…. po prostu fizycznie nie może. Nie ma powodów do tego, aby przerażony człowiek wierzył w to, że nasz piesek jest łagodny i kocha ludzi. Kaganiec to argument – my nie musimy więcej nic robić, obiecywać i zarzekać się, że będzie dobrze. To jest minimum które możemy dla takiego człowieka zrobić, a też on nie może chcieć od nas więcej. Uczciwe, prawda?

I ostatnie moje uwagi: jeśli jest upał i kaganiec przeszkadza psu oddychać to znaczy że pies ma niedobrze dobrany kaganiec. Są dostępne kagańce fizjologiczne w których zwierze może swobodnie dyszeć. Kolejny argument na upalną pogodę to …. niewsiadanie z psem do komunikacji. W autobusie jest okropnie w upał, więc jeśli mamy możliwość uniknąć jazdy z psem, to z tego zrezygnujmy. Podobnie – nie pchajmy się z psem do środków transportu w których jest tłok, bo tam zawsze będzie i gorąco i niebezpiecznie dla naszego psa. Tłumaczenie zdjęcia kagańca tym „że jest gorąco”, pojawia się zdecydowanie za często i wynika raczej tylko z nieprzygotowania się do podróży.

Ostatnio, gdy wracałam z Berkiem do domu autobusem, byłam świadkiem, gdy chłopak wniósł do autobusu na rękach swojego przerażonego, młodego dobermana. Pies był młodziutki, ale już większy od Berka. Zapierał się i nie chciał wsiąść, więc chłopak wziął go na ręce. pies się szamotał i … oczywiście nie miał kagańca. Dawno nie widziałam czegoś tak nieodpowiedzialnego i głupiego. Nie wiem jak skończyła się ta historia, czy wyproszono go z autobusu, czy pies spanikował czy nie. Zostaliśmy z Berkiem na przystanku w stanie wielkiego szoku i oboje patrzyliśmy tylko za odjeżdżającym autobusem i dobermanem. Nawet Berek oniemiał … 🙂 I przyznam szczerze, mam nadzieję, że ktoś nawrzeszczał na tego człowieka, powiedział mu co robi źle i jak ma wyglądać podróżowanie z psem komunikacją miejską.  Dla dobra tego psa…

DSC_0350

DSC_0354

DSC_0365

DSC_0361

Misja: Dom dla Robercika

Ci którzy śledzą Berkowego Facebook’a zapewne widzieli, że już jakiś czas temu wrzucałam zdjęcia Robercika. Marzy mi się prezent na gwiazdkę – dom dla Robercika. Berek też chce taki prezent… A Robercik? Nie wie co to dom, nie wie co to gwiazdka i nie ma pojęcia jak to jest dostać prezent… Proszę przeczytajcie do końca i pomóżcie jeśli możecie.

Robercik
Trafił do krakowskiego schroniska jako mały szczeniak. Był dwa razy adoptowany i wracał zn o w do schronu. A dlaczego? Bo ma chore stawy tylnych łapek… Na początku schroniskowy weterynarz miał nadzieję, że Robercik z tego wyrośnie. Jednak psiak rósł, a choroba nie znikała. Robercik ma trochę zesztywniałe łapki i nie biega. Czuje się znacznie gorzej, gdy jest zimno. Ma teraz rok i przed nim długo zima, która może znacznie pogorszyć jego stan zdrowia. Psiak musi wydostać się ze schronu i to jak najszybciej!

A jaki jest Robercik? To skarb krakowskiego schroniska – przytulak, spokojny i jakby uśmiechnięty. Robercik jest niesamowity. W ciągu sekundy zdobył moje serce. Gdy zaczęłam go głaskać to pysk rozjechał mu się w psim uśmiechu. Przyznaję, że ma w sobie coś niesamowitego, może dlatego, że żyje z choroba już całe swoje życie i musiał nauczyć się radzić sobie i wyrażać emocje w trochę inny sposób niż inne psiaki.
Jestem pewna, że Robercik całym sercem pokocha człowieka, który da mu szansę i zapewni ciepły kąt i trochę uwagi.

Mam do Was prośbę – jeśli wiecie co mogę zrobić, żeby pomóc Robercikowi znaleźć opiekuna, to piszcie do mnie na maila, albo tu w komentarzach. Zacznę ogłaszać Robercika w fundacjach, w internecie, ale nie wiem czy to wystarczy, bo już wcześniej Robercika promowali inni wolontariusze i bez skutku… Co więcej można zrobić? Czekam na rady i sugestie. Może jest wśród Was ktoś gotowy adoptować Robercika? Zobaczcie jaki jest wspaniały…

IMG_3222

b4,d4,d5 (4)

 

b4,d4,d5 (2)

 

Obroża dla psa – co nowego?

Już nie raz wspominałam, że mam bzika na punkcie psich obroży. Berek wykańcza wszystkie obróżki w tempie ekspresowym, bo codziennie moczy je w błocie, rosie na trawie i kurzu, bawi się z kumplem Lenkiem. Codziennie, bez wyjątku. Mój pies jest pod tym względem wyjątkowy, bo ZAWSZE po spacerze, wygląda jakby wracał z pobojowiska. Zresztą ja też… Tak czy inaczej – już dawno zrozumiałam, że nie ma możliwości, żeby obroża Berka była czysta.

Często muszę prać i suszyć psie obroże, dlatego mamy ich kilka. Jednak i tak mniej niż bym chciała :). Używamy ich w sposób ekstremalny w stopniu w którym wiele osób nie potrafi sobie nawet wyobrazić. Berka mam od prawie dwóch lat i dopiero od niedawna, doświadczając różnych rzeczy z obróżkami, wiem jaka ma być Berkowa obroża, żebym była z niej w miarę zadowolona.

Wiem, że wielu moich czytelników też lubi psie gadżety i wyszukuje oryginalne psie obroże. Dlatego postanowiłam wspomnieć o Manufakturze MiauHau. Niedawno dostałam maila z pytaniem czy zamieszczę na blogu informacje o tej nowej firmie zajmującej się rękodziełem dla zwierząt. Czemu nie? 🙂 Moim zdaniem mają fajne wzory i z chęcią widziałabym Berka w ich obroży. Co mnie zainteresowało w ich ofercie to fakt iż mają obroże taśmowe – od dawna wiem, że materiałowe nie nadają się dla Berka, bo zwykły materiał nie przetrwa ciągłego brudzenia i prania i nie ma w tym nic dziwnego. Natomiast taśma ma szansę wyglądać ok przez dłuższy czas. Od razu mówię, że nie testowałam produktów Manufaktury MiauHau, ale taśmowe obroże w moim mniemaniu to oferta godna uwagi. Zajrzyjcie także w dział Noszą nas – Manufaktura robi uzdy 🙂 Czadowe !!!!

Manufaktura wspomniała także o konkursie, który organizuje z okazji Halloween. Można w nim wygrać obroże w Halloweenowe nietoperze :). Przeczytajcie na ich stronie o zasadach zabawy. Szczegóły są tez opisane na stronie event’u na Facebook’u. Berek też może weźmie udział 🙂

bloglogo

Spacer w Dziekanowie Leśnym, pod Warszawą

Nie wiem, czemu wcześniej nie opisałam na blogu tego miejsca. Może dlatego, że jest dla mnie łatwo dostępne, a spacer nie jest wyprawą. Łatwo zapomnieć i nie doceniać wspaniałych miejscówek, które ma się właściwie pod domem.

Moi rodzice mieszkają w podwarszawskim Dziekanowie Leśnym. Zawsze, gdy jadę do domu na kilka dni, Berek fruwa po polach nad Wisłą. Tereny są ogromne, zdecydowanie spokojniejsze od tych do których mam dostęp w Krakowie.  I co najważniejsze – są blisko od domu i nie muszę do nich iść kilometrami. To ogromne ułatwienie, bo spacer może być krótszy, a bardziej efektywny, bo Berek praktycznie od razu zaczyna szaleć. Co uwielbiam w terenach w Dziekanowie, to fakt iż można tam iść na krótszy, godzinny spacer na najbliżej położone łąki, ale również można zrobić wyprawę kilku-godzinną maszerując wałami wzdłuż Wisły, albo chodząc po polach w kółko. Tereny są otwarte, więc zwierzyna ich unika. Jeśli nawet coś się tam pojawi to Berek jest dla nich widoczny i słyszalny (dzwoneczki na obroży), więc szybko się ewakuują, a ja mam spokój i mniej stresu. Nie denerwuje się, że Berek zniknie mi z oczu, bo pola są duże i najzwyczajniej w świecie, pies nie ma gdzie polecieć. Berek wraca na wołanie w przeciągu kilku minut, nawet jeśli pobiegnie za tropem. Mając ze sobą gwizdek, nie muszę się obawiać, że mnie nie usłyszy, a pola są tak duże, że Berek nie ma za bardzo jak się zawieruszyć, czy stracić orientację w terenie, bo prawie zawsze może mnie zobaczyć.

Spacery z Berkiem bywają stresujące, bo cały czas muszę pilnować, czy gdzieś nie pobiegnie, czegoś nie pogoni. Bardzo brakuje mi dużych, otwartych przestrzeni, gdzie mogłabym aż tak się nie denerwować podczas naszych wypraw. Przyznaję, że właśnie ten stres i napięcie są dla mnie najgorsze jeśli chodzi o wspólne spacery. Nie mam aż tak dużych problemów z codziennym wychodzeniem, bo spacer z psem to jedna ze wspanialszych rzeczy w moim życiu, jednak bardzo chciałabym choć czasem odpocząć i nie „tropić” razem z Berkiem :). Dla mnie spacery z Berkiem to bardzo specyficzna forma relaksu… właściwie za każdym razem bardzo ciężko pracuję. Takie stresy to dla mnie czasem za dużo i jest mi bardzo ciężko. W Dziekanowie mogę względnie odsapnąć, bo jest tam po prostu mniej zagrożeń dla Berka. Bardzo żałuję, że tam gdzie mieszkam w Krakowie, nie mając auta, nie mogę zaserwować sobie takiej wyprawy, choć od czasu do czasu. Ostatnio poczułam się tak wyczerpana tymi spacerowymi stresami, że Beruś pojechał na kilka dni do moich rodziców, a ja próbuję odpocząć psychicznie. Czasem trzeba :D. Jestem wdzięczna losowi, że mam taką możliwość. Mimo iż jest to nasza pierwsza, kilkudniowa rozłąka z psem, to wierzę, że wyjdzie nam na dobre, bo nabiorę sił na jesienne spacery.

Zwykle chodzimy na spacery rano, bo jest wtedy spokój. Bardzo często na polach jest mgła, co naprawdę wygląda pięknie. Okoliczne, nieduże jezioro, tez jest wspaniałym miejscem, gdzie rano nie ma ludzi i psiaki mogą się wykąpać.

Eh, ja już tęsknię…

Gdzie takie tereny?

Każdego chętnego na wspólny spacer serdecznie zapraszam! Pojawiam się z Berkiem co jakiś czas w Warszawie, więc z chęcią umówimy się na wspólną wyprawę. Ale od razu zapowiadam, że nie jest to spacer po parku – psiaki, ze szczęścia, będą szaleć, a widok jest wtedy wspaniały ;).

Poniżej trochę zdjęć ze spacerów w ostatni weekend 🙂

2
nogi w maseczce z błota

3

4

5

6

7

8

9

10
w kałuży

11

12

13

14

15

 

 

 

Wybieg dla psów – Warszawa, Stare Bielany

Weekend spędziłam z Berkiem w Warszawie. Uwielbiam tu wracać, bo mam swoje ścieżki i miejsca do których lubię chodzić, sama ale i z psem. Tym razem spotkałam się z Olą z Dogs’Paths i z Dominiką z Szalony Świat Heleny. Na wybiegu były też inne psiaki z którymi Berek wspaniale się bawił.

O samym wybiegu na Starych Bielanach w Warszawie możecie więcej przeczytać na blogu Oli. Osobiście zaobserwowałam, że wybieg jest nie tylko mały, ale i zaniedbany: kosze na śmieci przepełnione, rozpadające się i metalowe, umieszczone na wysokości psich pysków, psia „piaskownica
wypełniona szarym, brudnym piaskiem, parę wykopanych bardzo dużych i głębokich dziur. Bramka na wybieg oczywiście bez śluzy. Moim zdaniem tragedia, choć i tak ok, bo w ogóle coś jest… Tylko czemu jest to „coś”? No cóż.

Co mnie zafascynowało, to fakt iż podczas 1,5 godziny kiedy nasze psy bawiły się ze sobą na wybiegu, obok przeszło multum innych psiaków i ich właścicieli i nikt do nas nie dołączył…. Psiaki gapiły się na psią „imprezę” na wybiegu, ale musiały iść dalej, bo ich właściciele nawet nie myśleli o tym, żeby do nas dołączyć. Z czego to wynika?
Podejrzewam, że powodów jest kilka. Po pierwsze – pochmurna niedziela. Zauważyłam, że bardzo dużo psów w brzydszą (nie brzydką) pogodę nie chodzi na dłuższe spacery. Po drugie – bawiące się na wybiegu psy były duże, więc właściciele mniejszych psiaków byli przerażeni. Dla mnie niezrozumiałe zachowanie.  Po trzecie – założenie, że mniejszy piesek nie musi przecież biegać, bo jest mniejszy i spokojny. Ale czy ma wybór? Przeważnie nie ma, zna tylko spacery na smyczy, na trawnik przed blok.

Mój mały apel, który wysyłam w sieć – namawiajcie wszystkich znajomych psiarzy na spacery, ciekawe psie wypady do nowych miejsc. Zdaję sobie sprawę z tego, że czytelnicy psich blogów to świadomi właściciele psów, ciekawi tematu, gotowi do nowych psich wyzwań. Ale pawie każdy zna zna kogoś, kto nie do końca wie jak zorganizować sobie czas ze swoim spem. Spróbujmy zaprosić taką osobę na wspólny spacerek, wypad na pola, lub do lasu, może wspólna wyprawa z psami do jakiejś knajpy na obiad, lub kawę. Pokażmy, że spędzanie czasu z psem to odpoczynek i rozrywka. Samemu bywa trudno – osobiście wiele rzeczy z Berkiem muszę robić samotnie i wiem, że czasem  mi ciężko, a zmobilizowanie się jesienią do aktywności to ciężki kawałek chleba. Takie wspólne spacery i spotkania psiarzy bardzo mi pomagają, bo mogę poznać ciekawych ludzi, porozmawiać o psiakach i popatrzeć na prze-szczęśliwego Berka. Może czasem trzeba komuś trzeba dodać sił i pokazać, że pies nie musi być tylko codziennym obowiązkiem.

Tymczasem umieszczam kilka zdjęć z naszego niedzielnego spotkania na Starych Bielanach. Berek usilnie podrywał Teslę, aż sunia miała całe plecy w jego ślinie i piachu. Berkowi bardzo rzadko zdarza się aż tak zainteresować sunią, do tego stopnia jest to nieczęste, że jego popęd nie stanowi dla mnie problemu. Jednak Tesla bardzo mu się spodobała. Chłopak ma dobry gust – co zrobić 🙂

DSC_0120

DSC_0121

DSC_0124

DSC_0129

DSC_0130

DSC_0132

DSC_0135

DSC_0171

DSC_0182

DSC_0161

DSC_0143