Kiszona kapusta

Dziś przypomniała mi się pierwsza Berkowa kapusta kiszona… A o co chodzi? Już wyjaśniam. Setery mają to do siebie, że … dużo się ślinią. Wiszą im takie gluty ciągle i dyndają na wietrze, przyklejają się do spodni gości i płaszczy napotkanych na ulicy osób. W przypadku seterów kaganiec nie tylko służy zachowaniu bezpieczeństwa w środkach komunikacji publicznej, ale też wyłapuje ich ślinotok.

Ale wracając do kapusty… Jak byłam mała to mieliśmy pięknego gordona. Odkąd pamiętam to nazywałam jego obwisły ślinotok „kapustą kiszoną”. Określenie bardzo trafne, bo nie da się ukryć, że widać pewne podobieństwo :). Parę tygodni temu Berek miał swoja pierwszą „kapustę kiszoną” – obślinił się klasycznie i stracił panowanie nad ślinotokiem który okręcił mu się wokół pyska :). Oj jak żałuję, że tego nie uwieczniłam na zdjęciu 🙂

Myślę, że z mojej anegdotki będą się śmiać jedynie psiarze 🙂

Mała frustracja, frustracyjka….

Eh, kiedy mój psiak pojmie, że ze mną nie wygra? Tak, tak – wiem – jestem naiwna, że naprawdę wierzę iż zwycięzcą będę ja i tylko JA. Czasem jest ciężko się nie poddać. Praca z psem to codziennie nowe, a zarazem bardzo do siebie podobne…, wyzwania. W poniedziałek Berek przestał zjadać sarnie kupy w lesie. Ale już we wtorek łapał je w gębę jakby nigdy nic i uciekał glamiąc mordką. Okazało się, że we wtorek komenda „zostaw!” już nie działała. W środę za to Berek prawie cała drogę do lasu wspaniale szedł przy nodze. Cud! Nie, żaden tam cud, bo już dziś ciągną jak oszalały.

Nie poddaję się, choć mam czasem wielką ochotę to zrobić. Jak piesek teraz mały to jak pociągnie to przecież tylko łatwiej iść… Nie, nie nie! Piesek urośnie i wtedy go nie opanuję. Spacery stanął się dla niego i dla mnie po prostu nieprzyjemne, albo co gorsza, niebezpieczne. Tak więc mozolnie go ściągam do siebie i koryguję jak zaczyna ciągnąć. I tylko aby nie okazać zniecierpliwienia…

Tak więc nie poddaję się. Zatrzymuje go przed każdą ulica komenda „stój!”, nawet jak nic nie jedzie i jest 6:30 rano i nie ma żywej duszy na ulicy. Nagradzam i idziemy. Niech nauczy się, że bezmyślnie nie ma co wbiegać na ulicę bo nie dostanie ciuciusa… Wycieram mu nogi z błota zanim jeszcze wbiegnie do salonu. Nawet gdy jest piękna pogoda, świeci słońce i pies jest czyściutki. On nie musi wiedzieć co ja robię, a jak będzie cały w błocie to się przyda by stał jak osiołek w przedpokoju i czekał na ciuciusa gdy tymczasem ja  postaram się doprowadzić go do względnej suchości. Gdy go karmię to stawiam jego miskę na naszym stole i udaję, że z niej wyjadam. Niech wie kto je pierwszy, kto jest szefem i kto komu oddaje łaskawie „resztki”. Na spacerach wołam go nawet gdy nic się nie dzieje i daję ciuciusa… Oj czego to ja nie robię … I wciąż mało i wciąż Berek próbuje mnie ustawiać i testuje jak bardzo tym razem mu się to uda.

Ale walczę i nie zamierzam się poddać. Co ciekawe to ta „walka” jest głównie z samą sobą i moimi własnymi słabościami, a nie z psem 🙂

Scenka rodzajowa

Staram się powoli przyzwyczajać Berka do jazdy autobusem. Wiem, że nam się to przyda bo samochodu na razie nie mamy a spacery ciągle w te same miejsca są najzwyczajniej nudne. Nasza pierwsza podróż to było raptem parę przystanków. Wysiedliśmy i od razu wpadliśmy w las na super spacerek. Same dobre wrażenia 🙂 Ale w autobusie Berek siedział mi na kolanach. Tak chciał i mu nie broniłam, szczególnie że była to pierwsza nasza autobusowa wycieczka. Oczywiście Beruś trochę się kręcił i rozglądał co przyciągnęło uwagę „pomocnej babci”.

– „Pieskowi się nudzi.”

– „To nasza pierwsza podróż autobusem” – mój uśmiech i nadzieja że rozmowa przejdzie na kurs „o jaki dzielny!”. Ale jednak się przeliczyłam bo „pomocna babcia mówiła dalej:

– „No ale tutaj jest tyle ścieżek, że nie trzeba jechać autobusem”

– „Ale ja go chcę przyzwyczaić do jazdy autobusem”

-„No ale wie pani, ludzie różnie reagują na psy w autobusie…”

– „Wiem, ale pies ma kaganiec i mam prawo jechać z nim autobusem” – mój uśmiech

– „O! A ile on ma?”

– „Cztery miesiące.”

– „O to duży będzie!”

A ja na to,że ogromny … I jechaliśmy dalej. W kagańcu, najgrzeczniej na świecie. I zastanawiam się czemu ludzie zawsze muszą gadać? Ja wiem że komuś pies może przeszkadzać w autobusie. Wiem i to rozumiem. Ale po co gadać o tym innym. Będzie taka sytuacja to będę się zastanawiać jak nie sprawiać co robić, a takie zrzędzenie doprowadza mnie do szału :/.

Weekend był słoneczny

Oj jak długo czekałam na taki naprawdę słoneczny dzień! Ostatni weekend był bardzo ładny, ale w sobotę musieliśmy podrzucić Berka rodzicom a sami spędziliśmy cały prawie dzień w samochodzie. Niestety tak wyszło – według mojej definicji był to piękny dzień ale okazje do „berkowania” zmarnowane. Jednak niedziela… cudnie było! Rano przed 7.00 spacerek w trójkę. Nie ma nic lepszego! Berek już nie jest słodkim szczeniaczkiem: biega i „łapie smrodki” jak prawdziwy pies myśliwski. Nadal jednak dajemy radę odwołać go od pogoni za zającem bądź sarną, ale do czasu…. Po spacerku pojechaliśmy na psi i koci piknik przed kawiarnia Kafka na Powiślu. Impreza dopiero się rozkręcała, tłumów nie było więc z łatwością znaleźliśmy wolne leżaki i zalegliśmy na trawce z kawusią. Berek oglądał, wąchał, ciężko pracował. Oblizał paluszki synka mojej przyjaciółki, a Berkowy ogonek merdał intensywnie za każdym razem jak Mały Człowiek wyciągał do niego rączki.

Dzień skończyliśmy wizytą u moich Rodziców i harcami po ogródku. Nie miałam wątpliwości, że Berek padnie w domu. Ale okazało się, że pies może uśmiechać się przez sen :D. Więcej takich weekendów!! 🙂

…bo nam wiosna na chwilę uciekła…

Dawno nie pisałam. Pogoda była okropna przez parę tygodni. Padało, wiało i było zimno. Wiosna postanowiła nam zrobić psikusa, bo przyszła szybciutko i nas rozpieściła słońcem, a potem stwierdziła, że jeszcze zniknie na chwilę. Teraz miejmy nadzieję, że przyjdzie i z nami zostanie.

Ale my spacerowaliśmy dzielnie, nawet w wiatr i deszcz :). W ostatni weekend było wciąż zimno, ale wyszło słońce i znów pojawiła się chęć na zdjęcia. Zdjęcia Berka i nie tylko…. Wciągu dwóch dni widziałam 3 razy łosia :). Niesamowite zwierzę!  Bardzo żałuję,że nie miałam aparatu na poprzednim spacerze po lasku Młocińskim, gdyż łoś leżał sobie na łące, niedaleko drogi i nic sobie nie robił z naszej obecności. Był tak blisko, że Berek (oczywiście na smyczy) patrzył na niego i merdał ogonkiem.

Poniżej zamieszczam zdjęcie łosia zrobione bladym świtem na polanie pod Puszczą Kampinowską, niedaleko Młocin. To pewnie ten sam łoś bo też zupełnie nas zignorował.