Klasy komunikacji z Talking Dogs

U nas ostatnio cisza na blogu, co nie znaczy, że nic się nie dzieje. Trochę się dzieje i działo: dokształcam się na kursie na trenera psów, pracuję i łapię każdą wolną chwilę by odsapnąć w sposób kontrolowany. W międzyczasie też przeziębiałam się przewlekle, potem hodowałam półpasiec (ah, to jest menda!), bo mój organizm nie dał rady. Do tej pory odczuwam osłabienie i trochę czołgam się przez dni. Myślę o wakacjach, nawet takich króciótkich, byle wakacjach z moim A. i Psim Ryjem. Czytaj dalej

Reklamy

Symbioza

SAM_0768

 Mój Gordon. Żywioł. Kocham go jak nie wiem, im szybciej biegnie tym szybciej goni za nim moje uwielbienie dla jego szaleństwa.  Zawsze uważałam, że nie może być nic fajniejszego od Berka – szczeniaka, ale myliłam się – i to jak bardzo! Fajniejszy jest duży, wyrośniety, dojrzalszy Berek. Ten który włązi mi na kolana mimo iż już dawno się na nich nie mieści. Ten który biegnie do mnie jak go zawołam mimo iż ma inne psie sprawy do załątwienia podczas spaceru. Ten, który przychodzi, bo słyszy, że płączę. Berek, który świadomie, podczas 1,5 roku swojego  życia, stwierdził, że to właśnie mnie będzie kochał i do mnie biegł, gdy dzieje się coś nie tak. Taki Berek jest najlepszy, wspaniały i ukochany.

Oczywiście zachowanie Berka pozostawia wiele do życzenia. Podobnie ja, jako opiekun Psiego Ryja, mogłabym zapewne lepiej się spisywać. Jednak widzę, że jest dużo lepiej niż było, fajniej, ale też spokojniej.

Ale o co mi w tym wpisie właściwie chodzi? Otóż… uważam, że koegzystencja człowieka z jego psem powinna przebiegać w miarę spokojnie. Gdy spokojnie nie jest, gdy pojawia się wiele emocji – należy iść do lekarza. Ze sobą, albo z psem. Tak, tak… ze sobą też :). I chodzi mi tutaj o różne problemy. Pies nam nie powie, że jest niespokojny, bo boli go brzuch. Pies też nie powie nam, że jest niewybiegany, albo znudzony i dlatego zjada nasze mieszkanie. Jeśli właściciel widzi, że coś po prostu nie gra, to warto udać się do psiego specjalisty i poprosić o pomoc. Weterynarz psa zbada i pomoże wyeliminować problemy zdrowotne. Natomiast behawiorysta ma szanse pomóc nam zrozumieć potrzeby naszego psa i zidentyfikować problem wychowawczy. W przypadku mnie i Berka weterynarz zdiagnozował uczulenie, pomógł mi zapanowac nad Berkowym brzuchem i dzięki temu Berek uspokoił się, jest zdrowy i szczęśliwy. Teraz znacznie lepiej i łatwiej jest mi się z nim dogadać.

Czasem warto też iść do specjalisty ze sobą. Pies doskonale wyczuje, że coś jest z nami nie tak – gdy mamy obniżony nastrój, gdy ciężko jest nam zwlec sie z łóżka i wyjść z psem na spacer. Warto zastanowić się czemu parę tygodni temu ta czynność nie sprawiała dla nas problemu, a teraz ledwo dajemy radę zrobić rundkę z psem po osiedlu. Duet „pies i człowiek” to swoisty barometr – wszelkie anomalie szybko wychodzą na światło dzienne. Komunikacja z psem nie jest łatwa, ale przez to zmusza nas do uważnego obserwowania jego i nas samych. I to jest SUPER :D. Szanujmy to i korzystajmy z tego mądrze.

SAM_0777

SAM_0794

SAM_0792

SAM_0776
nasze okolice

A tu na zdjęciu nasze okolice, czyli gdzie chodzimy na nasze codzienne spacery. Na zdjęciu są pola niedaleko ulicy Orlej w Krakowie, na wysokości Lasku Wolskiego. Lasek Wolski to niestety trochę spalona miejscówka (ale o tym w innym poście),  natomiast te pola Berek i ja uwielbiamy 🙂 Niestety zdjęcie nie oddaje urody tego miejsca. Daleko widać góry 🙂

SAM_0775

Konsultacje z behawiorystką

Wiosna przyszła, pogoda jest wspaniała. A ja mam coraz mniej czasu na wszystko 🙂 A ostatnio doszła mi jeszcze jedna rzecz, którą muszę robić z Berkiem… Ale po kolei…

Ci co czytają mojego bloga wiedzą, że Berek nie lubi jeździć autobusem. Nie mam auta i taka sytuacja stała się ostatnio dla mnie dużym problemem, bo strach Berka ciągle się wzmagał. Ostatnia moja podróż z psem skończyła się na tym, że wysiadłam z autobusu z łzami w oczach, totalnie załamana i wykończona fizycznie. Nasze podróże komunikacją miejską nie cieszyły również Berka… Zwróciłam się o pomoc do behawiorystki, bo, przyznaję, nie radziłam sobie i nie miałam już siły. Oczywiście w swojej desperacji liczyłam, że rozwiązanie problemu ze strachem Berka będzie proste i szybkie, ale oczywiście nie jest i nie będzie…

Behawiorystka spędziła ze mną i Berkiem prawie dwie godziny. Przepytała mnie dokładnie o psa i o to jak ja się czuje podczas naszych podróży autobusem. Szybko stwierdziła, że autobus wywołuje u Berka panikę (głośne ziewanie, skowyt, piszczenie, „miauczenie”, skakanie, szarpanie, wyłączenie się na bodźce). Fakt i stan Berka stopniowo pogarszał się wytłumaczyła tym, że coś musiało się kiedyś wydarzyć w autobusie, lub ciągle ma miejsce (np. dziwne dźwięki, drgania) z czego nie zdaję sobie sprawy, a jest to dla Berka bardo stresujące. W związku z tym muszę od początku pokazać mu, że autobus nie jest straszny i spróbować pomóc mu skojarzyć to z czymś przyjemnym. „Terapia” którą poleciła mi behawiorystka, była mi już znana. Widać nie ma szybkiego lekarstwa i wszystko jest ciężką pracą 🙂

Na razie przez minimum 2 tygodnie mam codziennie chodzić z Berkiem na przystanek i tam po prostu siedzieć. Mam doczekać na moment, gdy Berek będzie wręcz znudzony przystankiem, bliskością ulicy i przejeżdżającymi autobusami… Potem, przez następne tygodnie, mam spędzić  na pętli autobusowej ( na szczęście jeden autobus ma pętlę niedaleko mnie) i łazić po pustym autobusie, gdy ten nie ma włączonego silnika. Następnie mam przejeżdżać  z Berkiem tylko jeden przystanek, najlepiej pustym autobusem. Każdy z tych etapów ma na celu pokazanie Berkowi, że autobus jest wręcz nudny i nic się w nim nie dzieje, ani złego, ani ciekawego.

Najgorsze jednak jest to ( zarazem dziękuję pani behawiorystce za szczerość), że może się okazać, że nigdy nie uda mi się wyprowadzić Berka z tej paniki. Jest też wiece prawdopodobne, że nigdy nie będzie fanem jazdy komunikacją miejską. Czuję się mega samotna z tym „problemem”, bo jedyne co przytrafia mi się w autobusie, gdy jadę z przerażonym i szalejącym psem, to dziwne spojrzenia ludzi, „dziudzianie” do psa i dawanie mi rad w stylu, że psu przeszkadza kaganiec, albo że nie powinnam wozić go autobusem… I tak, mam ochotę wykrzyczeć, że nie mam auta, a muszę się przemieszczać z psem, że Berek ma gdzieś kaganiec, i że jeśli ktoś zaczepia mojego psa to niech się nie dziwi, że ten go obślinia. Fakt faktem – nie widuje się w autobusach aż tak szalejących psów, bo nikt z takimi nie jeździ – najzwyczajniej w świecie ludzie poddają się, bo się nie da.

Tak więc jestem trochę uziemiona z Berkiem. Krakowscy psiarze organizują bardzo dużo psich spacerów i wspólnych wypadów… na które nie mam jak dotrzeć. A pogoda teraz jest taka wspaniała… Pozostają nam nasze okoliczne łąki, które są wspaniałe, ale oboje z Berkiem potrzebujemy czasem odmiany. Mam nadzieję, że jakoś uda mi się pomóc Berkowi pokonać jego lęk.

DSC_0347 DSC_0370

Temat tabu?

Kiedyś, po mojej weekendowej wyprawie PKP , koleżanka zapytała jak mi i Berkowi minęła podróż. Ot, takie zwykłe poniedziałkowe pytanie. Zażartowałam, że było ok, choć ciasno, ale ludzie w przedziale akurat mili. No i Berek był grzeczny, spał i nie puszczał bąków, więc super, bo nie było ofiar… Koleżanka dziwnie na mnie spojrzała i nic nie powiedziała… Potem zaczęłam zastanawiać się, czy ja jednak jestem normalna, że biednej dziewczynie sprzedaję takie dowcipy, a ona zupełnie na to nieprzygotowana pewnie już nigdy nie zapyta o mój weekend. Co zrobić jeśli Berek serwuje bąki? No serwuje. Śmiejemy się z tego z mężem, bo to idiotyczne, gdy biedny pies zrywa się z posłania przerażony swoim bąkiem. Problem w tym, że tak totalnie zgłupiałam na punkcie Berka, że nie kontroluje już swojego wariactwa i tego co mówię publicznie.

 Gadam do ludzi o psich bąkach. 

Co następne? Czy będzie ze mną gorzej? Oby ! 😀 Berek czasem mnie wykańcza. Czasem czuję, że już nie mogę na niego patrzeć, a nie mam wyboru, bo cały czas coś chce, zaczepia, zagląda w oczy, liże w rękę, męczy o 100% uwagi. Przyznaję, że tak czasem jest.  Ale Berek to wyzwanie, które  nieświadomie mi stawia. Jego szczęśliwy ryj to nagroda za moją ciężką pracę. Niczego więcej od niego nie oczekuję.* A psie bąki? Cóż – zaliczam to do Berkowego repertuaru. Czasem mają występ, a czasem nie. Ale dziecko trzeba docenić, więc bijemy z mężem brawo i śmiejemy ile się da, co od razu wywołuje Berkowy merdający ogon. A przecież o to chodzi :D. Koło się zamyka, moje wariactwo pogłębia się o jednego psiego bąka więcej.

* No może jeszcze marzy mi się, aby wracał jak go wołam, bez analizowania czy mu się to opłaca. To dla jego bezpieczeństwa. Pracujemy nad tym – trzymajcie kciuki!

Na dobry początek

Kto śledzi Berkowego bloga, zapewne zauważył, że ostatnio coraz więcej tutaj mojego stękania i panikowania. Otóż Berek wkroczył w wiek buntowniczy i próbuje rządzić, a ja próbuje się nie dać. Wspominałam już, że postanowiłam iść z Berkiem na szkolenie indywidualne i spróbować wszystko jakoś ponaprawiać póki nie jest za późno.

Poszliśmy do szkoły tresury Hitt Dog na krakowskich Błoniach. Rozmawiałam z wieloma psiarzami, których spotykam na spacerach, i wszyscy polecali ta szkołę. Dodatkowo, mam stosunkowo prosty dojazd na Błonie i nie muszę tracić pół dnia na sama podróż.

Zajęcia zaczynaliśmy o 9.00. Oczywiście jak tylko doszłam na placyk na którym mieliśmy spotkać pana trenera Jacka Lewkowicza, zaczął siąpić deszcz. Ale w końcu mamy listopad :). Pan Jacek przepytał mnie o Berka – gdzie wychodzi na dwór, jak często, jaki jest problem (ale tego szybko się domyślił), czym karmię psiaka i kiedy. Potem powiedział, że zgadza się ze mną i sugeruje, tak jak zresztą sądziłam, zajęcia indywidualne. Po jakimś czasie Berek będzie dołączany do innych piesków, ale na razie musimy popracować we dwójkę. Kurs składa się z 12 spotkań, minimum 2 razy w tygodniu. Sesja trwa około 30-40 minut, nie więcej, gdyż psiak dłużej raczej nie będzie w stanie się skoncentrować. Pan Jacek jest bardzo spokojny, uśmiechnięty, nie podchodzi do właściciela psa krytycznie i wydaje mi się, że cieszy się, że człowiek po prostu chce pracować ze swoim psem. Przyznaje, że swobodnie wykonywałam jego polecenia, ganiałam z Berkiem po placyku głośno śmiejąc się, gdy oboje ślizgaliśmy się po błocie. Była masa zabawy, a ja, pomimo iż pewnie nadal popełniałam masę błędów, czułam się, że Berek lepiej ze mną pracuje niż z doświadczonym trenerem. Dlaczego? Nie dlatego, że pan Jacek miał z nim zły kontakt, ale dlatego, że to właśnie mnie stawiał w centrum uwagi psa. Pokazywał wiele rzeczy „na sucho”, gdy pies swobodnie biegał wokół nas, a ja byłam praktycznie jedyna osobą, która poruzumiewała się z psem. Super 😀

Na razie ćwiczyliśmy podstawy. Była komenda „do mnie” i „siad”. Zaczęliśmy też robić wstęp do komendy „do nogi”. Ale najważniejsza moim zdaniem byłą sugestia pana Jacka, że muszę chodzić z Berkiem na spacery do miasta, znacznie częściej niż to robię, gdyż psiak jest za bardzo podekscytowany wszystkimi bodźcami i nie potrafi wyciszyć się, a tym samym skoncentrować się na mnie. Byłam trochę zaskoczona, bo przecież zabieram Berka w wiele miejsc – nie robię tego bardzo często, ale  nie jest z tym aż tak źle… Okazało się jednak, że Berek potrzebuje znacznie więcej takich wypraw, a ja powinnam spróbować ignorować jego ekscytację na ulicy i w komunikacji miejskiej. Chyba dziś popołudniu pojadę z Berkiem zwiedzać Kraków…

Następne zajęcia mamy już jutro :). A dziś na spacerze czeka nas dużo pracy :):)

Z racji tego, że na treningu byłam sama z Berkiem, nie mamy fotek. Dodaję zdjęcia ze spaceru, które zrobiłam kilka dni temu. Berek w pełnej krasie 🙂