Marzenie

W sobotę pojechaliśmy na moją uczelnię. Pogoda była zniewalająco piękna i stwierdziłam, że chcę połazić po terenach wokól mojej uczelni. Jest tam niedaleko lasek i pola a także wał wzdłuż Wisły. Wyprawa nie do kaćna nam się udała, gdyż okazało się, że właśnie umacniają wał i nie do końca mogliśmy po nim spacerować. Natomiast do lasu niedaleko mojej uczelni nie mogliśmy sie dostać, bo wszystkie drogi prowadziły do terenów prywatnych.

Od października studiuję na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale zajęcia nie odbywają się w centrum Krakowa, a  w okolicach Przegorzały, w tzn. Zameczku. Budynek jest jednym z nielicznych przykadów architektury III Rzeszy i był prywatną rezydencją Otto von Wachtera, który podczas okupacji był starosta dystryktu krakowskiego. Zameczek sąsaduje z nieco starszą willa przypominająca basztę, która byla wybudowana w latach 1928-1929 przez polskiego architekta Adolfa Szyszko-Bohusza. Szyszko-Bohusz został aresztowany przez Wachtera, gdy odmówil zrzeczenia sie praw do Willii Baszty.  Obecnie w Zameczku w w Baszcie mieści się Instytut Europeistyki Uniwersytety Jagiellońskiego, a studenci Centrum Badań Holokaustu maję tam praktycznie wszystkie zajęcia kierunkowe.

Te studia to było moje marzenie, jeszcze jak byłam rok temu na stypendium za granicą. Wyszukałam sobie ten kierunek i wiedziałam, że muszę wracać do kraju i spróbować się dostać na studia w Centrum. Udało się, a moja przygoda zaczęła się parę dni temu, bo 1-go października.

Po więcej informacji i zdjęć odsyłam na strony:

http://histmag.org/?id=3540

http://www.holocaust.uj.edu.pl/

Na polance

W niedzielę pogoda była wspaniała nadal wspaniałą. Rano poszliśmy na spacerek do Lasku Wolskiego, a popołudniu planowaliśmy słodkie lenistwo. Jednak siedzenie w domu w taki dzień byłby grzechem. Postanowiliśmy poszukać jakiejś polanki i posiedzieć w ciepłym, jesiennym słoneczku. To pewnie jedne z ostatnich takich momentów w tym roku, bo niedługo pewnie zrobi się szaro i zimno i spacery staną walką o przetrwanie.

Lasek Wolski w niedzielne popołudnie jest pełen spacerowiczów. Pomimo iż na dole Alei Wędrowców jest ogromny parking, to ludzie tak czy inaczej jadę pod samo wejście, gdzie nie ma jak zaparkować i próbuja tam się zatrzymać. Przez to droga robi się jednokierunkowa, trzeba sie przeciskać pomiędzy samochodami. Postanowiliśmy jak najszybciej uciec od tłumu. Wskoczyliśmy w pierwszą ścieżke w lewo, która zaprowadziła nas na polankę – dokładnie taką jaką mieliśmy nadzieje znaleźć.

Słońce było już nisko, ale nadal mocno świeciło. Było idealnie. Berek był wyjątkowo spokojny i z chęcią położył się na trawie koło nas. Uwielbiam jak on się relaksuje z nami i widać, że jest szczęśliwy i spokojny, bo ma swoich ludzi koło siebie.

Master Control

Wiele razy wspominałam na blogu i na blogowym Facebook’u, że Berek na smyczy ciągnie jak szalony. Od samego początku próbuje go uczyć grzecznego chodzenia. Gdy ciągnie zaczynam się cofać – niech facet wie, że takim sposobem nigdzie nie dojdzie. Jednak Berek szybko rośnie i jest juz bardzo silny. Ja ciągle cofam się z tym spem na smyczy i cofam…. a on coraz silniej ciągnie… Spacery czasem są udręka, bo chodzimy dużo. Spuszczam Berka ze smyczy zawsze (spacer na smyczy u Berka to nie spacer), ale do miejsc, gdzie to jest możliwe musimy dojść. Biorąc również pod uwagę fakt , iż nie mamy auta, wędrówki na smyczy są nieuniknione. Berek zdaje sobie doskonale sprawę ze swojej siły i, mając charakterek, próbuje mną manipulować. Chodzimy tak, często do tyłu… już dobrych kilka miesięcy, a Berek się nie poddaje i ciągnie dalej. Zastanawiałam się, że pewnie to ja robię jakiś błąd i należy pewnie zmienić podejście do problemu. Niestety nie przychodzi mi nic do głowy. Czasem gdy tak łażę z Berkiem tam i z powrotem po ulicy, to psiak uznaje moją wyższość na chwile i zaczyna iść przy nodze. Zdarza się to rzadko, ale jednak i jest to dowód, że Berek doskonale wie o co mi chodzi, tylko uparcie chce postawić na swoim i już…

Ostatnio moja znajoma powiedziała mi, że na swojego młodego psa (wiek około 11 miesięcy) stosuje tzn. Gentle Leader – u nas znane jako Master Control, lub po prostu kantarek. Jest to smycz, którą przymocowuję się do psiego pyska a nie do szyi. Jak wiadomo w przypadku gdy nie chcemy by pies ciągną nie powinniśmy stosować szelek, bo sprawiają, że zwierzęciu jest łatwiej i przyjemniej ciągnąć właściciela na spacerze. Obroża na szyi sprawia, że ciągniecie jest już bardziej problematyczne dla psa, gdyż pies się poddusza. Jednak wielu właścicieli psów zdarzyło już zapewne zauważyć, że wiele czworonogów ciągnie na obroży jak istne zwierzęta pociągowe… Natomiast Master Control jest przymocowany do pyszczka i skutecznie psu przeszkadza w ciągnięciu, gdyż jest mu trudno taką blokadę ignorować. Berek oczywiście próbuje na początku każdego spaceru zdjąć kantarek, ale szybko się poddaje i grzecznie idzie przy nodze. Dodatkowo przypinam Berka do normalnej smyczy, gdyż Master Control jest dość luźny i boję się, że Psi Ryj go ściągnie jakimś sposobem. Prowadzę Berka na smyczy, a gdy pociągnie to natrafia na opór smyczy i dodatkowo kantarka.

Master Control nie rozwiązuje problemu. Mimo iż zauważyłam, że Berek nawet bez niego idzie trochę spokojniej, jednak jest daleki od bycia grzecznym na smyczy. Niestety jestem zmuszona szukać jakiś alternatywnych rozwiązań, bo z psem robię dużo rzeczy sama i często jestem postawiona w sytuacji, kiedy nie mam możliwości wypróbowywania innych opcji – jest coś co muszę zrobić, sytuacja w jakiej jestem z Berkiem i nie ma odwrotu (podróż pociągiem i komunikacją miejską, przejście gdzieś na spacer itd). Tresura tresurą, nauka i tłumaczenie są super i jak najbardziej jestem gotowa to robić, jednakże czasem potrzebna jest szybka akcja i rezultat tu i teraz, bo nie mam możliwości zrobienia czegokolwiek inaczej a potrzebuję ogarnąć psa.

Czy sobie dobrze radzę? Czy to dobre podejście? Nie wiem. Czasem boje się, że popełniam błąd za błędem. Wiem jednak, że bardzo często jedyne co mogłabym zrobić to poddać się, nigdzie nie chodzić z Berkiem i iść po najprostszej linii oporu, bo psiak jest trudny i męczący. Ale czy to rozwiązanie? Nie! Berek jest bardzo młody. Wierzę, że wszystko co robię kiedyś zaprocentuje i psiak się uspokoi i trochę spokornieje. Na grzeczne chodzenie na smyczy też przyjdzie czas. Tymczasem kantarek żebyśmy mogli przeżywać następne przygody wspólnie z Berkiem.

Tyniec

Patrząc na słoneczną, ciepłą pogodę, aż ciężko uwierzyć, że jest koniec września. Od paru dni w dzień biegam w szortach. Oczywiście rano i wieczorem trzeba się cieplej ubrać, ale nie ma co narzekać, bo przecież jest już jesień. Słońce sprawia, że aż chce się żyć, a spacery z psem mogłyby trwać nawet cały dzień.

Mieszkamy na Krakowskich Bielanach, niedaleko Wisły. Tereny są naprawdę piękne. Mamy kawałek drogi autobusem do centrum i niestety wieczorami jest problem z dostaniem się do domu, bo komunikacja jeździ dość sporadycznie. Mieszkanka szukaliśmy głóównie „pod psa”; żeby było gdzie iść na spacer. Coś za coś – mamy tereny do spacerów, ale mamy ograniczony dostep do komunikacji miejskiej. Jednak ja jestem zadowolona, bo włąśnie spacery z Berkiem są dla mnie najważniejsze, a i na uczelnię mam blisko, bo jest pomiędzy Bielanami a Krakowem.

Dziś postanowiliśmy przejśc się do Tyńca. Nie liczyliśmy, że uda nam się obejrzeć Opactwo Benedyktyńskie, gdyż zabraliśmy ze sobą Berka, ale chcieliśmy chociaż sprawdzić czy gdzieś uda się usiąść z psem i zrelaksować nad brzegiem Wisły. Musieliśmy przejś dośc spoy kawałek do mostu, a po przekroczeniu rzeki jeszcze iść około 2 kilometrów wałem w stronę Opactwa. Dotarliśmy na miejsce dość szybko, bo droga okazała sie łatwa i bardzo przyjemna.

Tak jak się tego spodziewaliśmy, na teren Opactwa nie można wchodzić z psami. Restauracja  pod murami Tyńca (Tarasy Tynieckie) była jeszcze zamknięta, a kawiarnia na terenie Opactwa była dla nas niedostępna ze względu na Berka. No cóż, wrócimy tam jeszcze kiedyś bez psa i wtedy zwiedzimy wszystko. Jednak wiem, że wędrówka bez Berka nie będzie już taka fajna…

A na niektórych zdjęciach Berek w psim „kantarku” – Master Control/Gentle Leader – o tym w następnym poście…

Absurdy

Ponieważ nie posiadamy samochodu, byłam zmuszona nauczyć Berka jeżdżenia środkami komunikacji miejskiej i pociągiem. Uważam zresztą, że psy mieszkające w mieście powinny być przynajmniej w minimalnym stopniu przyzwyczajone do przemieszczania się komunikacją. Nigdy nic nie wiadomo, a napewno nie zaszkodzi pokazać psu, że to nic strasznego.

Berek wyraźnie chce osiągnąć pozycje psa alfa w naszym stadzie. Jest bardzo uparty i cały czas pragnie kontrolować co się wokół niego dzieje. Nie chce się zrelaksować i poprostu dać pokierować. Szybko to zrozumieliśmy i teraz podchodzimy do niego bardziej stanowczo i często dajemy mu odczuć, że nie on stawia tu warunki. W autobusie i tranwaju Berek szybko stwierdza, że się nudzi i teraz mamy mu zaserwować coś ciekawszego do roboty niż tylko siedzenie i gapienie się przez okno. Zaczyna się kręcić, chce wysiąść za każdym razem jak otwierają się drzwi. Czasem popiskuje i wyrażnie pokazuje, że podróż mu się nie podoba. Jednakże zawsze z wielką ochotą wsiada do autobusu, zawsze spokojnie siedzi na przystanku i obserwuje ludzi, jest podekscytowany każdą większą wyprawą. Wywnioskowaliśmy, że Berek poprostu grymasi, bo wie, że autobus jest ok, ale bieganie i zabawa jest fajniejsza. Jestem cierpliwa i nie zniechęcam się, bo wiem, że jego psie stęki z czasem minął. Jednakże, wiedząc co robi w autobusie już po pierwszych paru minutach podróży, bardzo bałam się jazdy pociągiem. A co będzie jak Beruś stwierdzi, że będzie skomlał przez całą drogę do Krakowa? A jeśli będzie skakał i miotał się jak watriat przez 3 godziny? Na szczęście okazało się, że Berek w pociągu jest aniołem. Bałam się (właściwie nadal trochę się tego obawiam), że Berek znudzi sie również i pociągiem i w końcu zacznie kombinować co można porobic ciekawszego. Jednak jak do tej pory, Beruś ma juz za sobą trzy długie wyprawy pociagiem i nadal jest super :). Narzekać moge tylko na PKP…

Gdy jechaliśmy z Berkiem pierwszy raz ( https://piesberek.wordpress.com/2012/09/11/telep-telep-telep-telep/ ), udało nam sie wywalczyć przedział i super miłych współpasażerów. Za drugim razem, gdy jechałam sama z psem z Warszawy do Krakowa, nie miałam już tyle szcześcia. Pociąg był pełen, a ja z Berkiem wylądowalismy na podłodze na korytarzu. Nie przeszkadza mi brak konfortu, najważniejsze, by pies był spokojny i wszystko pod kontrolą. Siedzenie na podłodze nie było więc aż tak tragiczne, bo Berek zasnął jak tylko ludzie przestali po nim łazić i usiedli w swoich przedziałach.

Jak tylko dojechaliśmy do Krakowa, wsiedliśmy do autobusy, który zawiózł nas bezpośrednio na wybieg dla psów na ul. Strzelców. Wiedziałam, że nie będę mieć siły na długi spacer popołudniu, więc wyprawa na wybieg była najskuteczniejszym sposobem na zmęczenie psiaka. Berek bawił się wspaniale!

Półtorej godziny mineło błyskawicznie i zaczęliśmy się zbierać do domu. Tak czy inaczej wiedzialam, że zajmie nam to minimum godzinę komunikacją miejską, jeśli dobrze wceluję z przesiadkami. Nie wcelowałam…. Podróóż z wybiegu do domu zmęczyła mnie bardziej niż całą wyprawa pociągiem. Berek miał już dość i niecierpliwił się. Trafiłam też na dużo osób ktore zaczepiały go, na co on zawsze reaguje bardzo entuzjastyznie. Niegdy nie pojmę czemu ludzie zaczepiają obce psy… W ostatnim autobusie, z trzech jakimi musieliśmy jechać do domu, trafił nam się niezadowolony z życia kierowca, plus dwóch chłopaków którzy wsiedli z dwoma psami bez kagańców. Zaczęłam od razu mowić do nich, że to nie przejdzie, bo psy nie mają kagańców i żeby nie wsiadali do autobusu. Ich głupi argument, że przejadą tylko jeden przystanek skwitowałam, że mogą sobie go przejść. Kierowca nie zareagował jednak, chłopaki wsiedli, a jeden z ich psów zacząl szczekać na Berka. Kierowca nadal nic nie mówił. Jedyne na co było go stać to mruknięcie do mnie, że ten autobus to teraz jak psiarnia (?), bo Berek zaczął w pewnym momencie stękać popłakując po „psiowemu”.

Gdy wysiadłam pod domem byłam wycieńczona. Cały dzień jakis absurdalnych sytuacji.

 

Pora karmienia

Znów na blogu była długa przerwa. Nie spodziewałam się, że aż tak nie będę mieć czasu aby nawet zajrzeć i czasem coś napisać. Ale nie wszystko zawsze da sie zaplanować.

Czemu mnie nie było na blogu? Otóż odwiedzili miałam wspaniałych gości, którzy przylecieli do Polski, żeby się ze mną zobaczyc i poznać kraj do którego tak bardzo chciałam wrócić, gdy byłam na stypendium w Stanach. Spędzilismy razem kilka wspaniałych dni w Warszawie i w Krakowie. Organizowanie im czasu i zajmowanie sie Berkiem, tak by nie poczuł sie zaniedbany, przyznaje, że była wyzwaniem. Niestety na pisanie postów nie starczyło mi już sił.

Tym postem zaczynam nadrabiać blogowe zaległości :).

Chyba już kiedyś wspominałam, że Berek próbuje rządzić. Także przy jedzeniu… Zauważyłam, że gdy podchodziliśmy do niego jak jadł to się napreżał i próbował uciekać. Parę razy też warknął… Berek uparcie róbuje zostac osobnikiem „Alfa” w naszym stadzie. Zauważyliśmy to jednak odpowiednio wcześnie, aby móc temu zaradzić. Już od jakiegoś czasu karmię Berka z ręki. Chcę, aby kojarzył mnie z jedzeniem, czyli z tym co uwielbia. Czasem, gdy już je, to tylko biorę ciuciusy i podchodzę do niego z czymś smakowitym i dokładam to do miski. W Berka mózgu ma się pojawić komunikat: „człowiek przy misce = więcej żarełka”.

Berek jest bardzo uparty i nie jest łatwo go ustawić w odpowienim miejscu w chierarchi naszej grupy. Dopiero przy Berku zauważyłam jak różne mogą być psy i inaczej trzeba do nich podchodzić. A także jak bardzo istotne są małe szczegoły na które człowiek nie zwraca uwagi, bo sa w „psim języku” i wyraźnie rzekazuja informacje, która by nam się nie spodobała. Wychowanie psa jest trudne, a o popełnienie błędu bardzo łatwo.

Załączam fotki z karmienia. Berek robi syf wokół miski, no ale cóż… Cierpliwie czeka aż brokuła i kalafiorek zamienią sie w kawałki mięska… Widzicie jedzenie poprzyklejane do psich uszu? 🙂

Telep-telep, telep-telep….

Ah, te podróże Polską koleją … Zawsze jakieś niezapomniane przeżycia! Pociągi bardzo lubię, ale przyznaję, że nie miałam za dużo okazji jeździć PKP. Ot, przeciętnie, średnio parę razy w roku, jak dobrze pójdzie. Jednak zawsze, gdy planuję podróż pociągiem, przygotowuję się psychicznie na różne rzeczy, bo co jak co, ale nudno w PKP nie jest…

Pociąg z Krakowa do Warszawy mieliśmy w niedzielę o 8:08. Wyszukaliśmy polączenie na stronie PKP i polecieliśmy w sobotę wieczorem na dworzec kupić wccześniej bilet i opłacić przejazd psa. Poprosiliśmy o bilety na pociąg o 8:08, zapłaciliśmy i zadowolenie wróciliśmy do domu. Wszystko załątwione 😀

Tak myśleliśmy… Otóż, gdy przyszlismy na dworzec w niedzielę rano, okazało się, że nie ma pociągu na który mamy bilety. Ja wpadłam w panike, bo mamy bagaze, psa, a tu pewnie trzeba będzie czekać parę godzin w centrum miasta. Mąż poleciał zapytać w kasie o co chdzi i dowiedział się, że jest wszystko OK i nasz pociąg właśnie został podstawiony na peron piąty. Hmm…. Plecaki na plecy, pies do nogi i idziemy…. Na peronie 5 rzeczywiście stał pociąg, ale na wyświetlaczu była zupełnie inna godzina odjazdu – 8:45… Znów poszlismy sie zapytac, tym razem pana konduktora na peronie. Berek w tym czasie biegał za nami jak szalony i próbowa upolować gołębie… Od pana konduktora dowiedzieliśmy sie ze dziewiątego września pociąg 8:08 Kraków Warszawa rusza później, bo o 8:45. Tylko tego jednego dnia w roku … Jakiś absurd! Jakim sposobem udało nam się kupić dzień wcześniej bilet na pociag który właściwie nie istnieje? My to my – nie robiło nam wiekszej różnicy kiedy będziemy w Warszawie, ale przecież są ludzie, ktorzy są poumawiani, lub maja przeciadkę…

Wzieliśmy psa i wtarabaniliśmy sie do przedziału. W ciagu pierszych pietnastu minut wiele osób zajrzało do nas ale widząc Berka w kagańcu jak z „Milczenia Owiec”, szli dalej. Jednak potem przyszła para młodych ludzi, którzy ucieszyli sie widząc psa i od razu zapytali czy mogą z nami jechać w przedziale. Byli bardzo sympatyczni. Wytrzymali nawet serię Berkowych bąków….

Berek wiekszośc drogi grzecznie spał. Budził się na stacjach i postojach, gdy ludzie zaczynali się kręcić, a pociąg nie bujał do snu. Koniecznie chciał wygladać przez okno. W Warszawie wypadliśmy z wagonu i ja zaczęłam lecieć na dwór, bo Berek dziwnie zwalniał przy ścianach i słukach – wyraźnie chciał coś podsikać. Centrum miasta, jak to centrum – tam nie odpoczniesz mając ośmio-miesięcznego szczeniaka na smyczy. Przeszliśmy jak najszybciej do metra i pojechaliśmy na ostatnią stację, Młociny. Tam musieliśmy zaczekać na autobus do Łomianek, ale na szczęście tam udało się trochę odsapnąc od miejskiego zgiełku. Pobawiłam się chwilę z Berkiem, połaziliśmy po trawnikach i posiedzieliśmy w cieniu.

Po siedmiu godzinach podróży wreszcie dotarliśmy do moich rodziców i Berek mógł pobiegać po ogrodzie.  Było skakanie, aportowanie i pluskanie się w misce z wodą i szczekanie na kota. Wolność i swoboda :).

Oficjalnie stwierdzam, że jestem bardzo dumna z m mojego psa. Znósł podróż wspaniale, był grzeczny i cierpliwy. Już za niecały tydzień znów bedę jechać z nim pociągiem, ale tym razem będę sama z Berkiem, dystans ten sam… Wiem też, że gdy zaczynaliśmy jeździć autobusami, to Beruś siedział cierpliwie i tylko marzył bybyć jak najbliżej mnie. Szybko jednak poznał już jazdę komunikacją miejską i poprostu zaczął się w niej nudzić. Teraz próbuje mi okazac, że mu się już nie podoba, chce wysiąść i biegać, a nie siedzieć cierpliwie. Berek, który ogólnie jest w tym wieku, że testuje jak daleko może się posunąć i na ile mu pozwolimy. To samo robi w czasie podróży. Obawiam się, że pociągi szybciej mu się z nudzą niż on sam wydorośleje , i że mam przed sobą wiele godzin „walki” z niecierpliwym psiakiem.  Wiem, że to z czasem minie, ale Berek jest bardzo uparty i musze przygotowac się nie tylko na rozrywki serwowane przez PKP, ale też na te Berkowe.

 

Z wizytą

Wczoraj pojechałam z Berkiem spotkać się z jego mamusią … Nieźle, prawda? Berek urodził się pod Krakowem, w hodowli Z Ojcowskiej Doliny, Pani Moniki Korneckiej. Jego mama, cudowna sunia o imieniu Berry, jest jednym z pieciu seterów (dwa psy i trzy sunie), które obecnie posiada Pani Monika.

Wizyta u Pani Moniki była wspaniałym doświadczeniem dla mnie i dla Berka. Wspaniale było pogadać o psiakach, posłuchać kogoś tak doświadczonego jak Pani Monika. Przyznaję, że patrzenie na Berka bawiącego sie ze swoją ciotką Lilką –  obecnie najmłodsza sunia  w Ojcowskiej Dolinie – było wspaniałe!

Prawda jest taka, że niestety Berek nie spotkał się ze swoją mamą, ani ze swoją babcią Shantą, bo psiaki raczej by sie nie dogadały. Nie ryzykowałyśmy takiej konfrontacji, szczególnie, że Berek był na ich terytoriam tylko gościem. Natomiast nie było problemu aby bawił się ze swoją ciotką Lilą, która ma niecałe dwa lata i jest wulkanem energii.

Poszłyśmy z Berkiem i Lila na specer po polach, gdzie Berek, przeszczęsliwy, ganiał z Lilą jak szalony. Potem, gdy ja relaksowałam się przy herbatce z Panią Moniką, widziałam przez okno, jak mój psiak fruwa po ogrodzie ze swoją nową koleżanką.  Mogłabym patrzeć na takie psie szczęście caly dzień!

Berek robi zakupy

W związku z tym, że mieszkamy teraz w nowym miejscu, to trzeba znaleść w pobliżu dobry sklep zoologiczny i hurtownie mięsa. Tego drugiego jeszcze nie namierzyłam, ale wczoraj sprawdzilam najbliższy sklep zoologiczny. Niestety/stety nie mieszkam w centrum miasta, więc nie jest łatwo o sklep z artykułammi dla zwierząt. Do najbliższego, znalezionego w internecie, musiałam jecchać 15 minut autobusem a potem iść chyba milion kilometrów … Zafundowałam sobie i Berkowi bez sensu imprezę. Wczoraj popołudniu w Krakowie zrobiło się duszno i było gorąco jak na wyprawy z sem komunikacją miejską. Ale jakoś daliśmy radę.

Niestety sklep zoologiczny do którego się wybraliśmy rozczarował mnie. W internecie znalazlam info, że jest dobrze zaopatrzony, a właściciele służa radą i swoją wiedzą. Stwierdziłam, że super – jadę! Na miejscu okazało się, że sklep może i oferuje dużo artykułów dla wierząt, ale nie jest to  nic wyjątkowego. Pan właściciel służyl pomocą, ale … hmmm… nieproszony o to.  Może jestem jakaś przewrażliwiona w tym temacie, ale nie lubię, gdy obcy ludzie wtrącają się w to co robię z moim psem. Szczególnie jeśli chodzi o jakieś pierdoły, jak np. trzy, małe rzepy powtykane w Berkowe futro na nogach… Wierzę, że ludzie pownni reagować jak dzieje się coś złego (znieczulicy mówie stanowcze NIE!), ale rzepy …? Pan sprzedający zapytał czym czeszę „portki” Berka, a gdy go poinformowałam co z tym robię, usmiechając sie serdecznie, to on i tak rzucił się w pólkę ze szczotkami dla psów i chciał mi coś zaoferować. Eh… Na moje pytanie czy sklep ma swojej ofercie produkty BARF zrobił dziwną minę – wnioskuję, że miał odmienne od mojego zdanie na temat diety BARF. Taka sama reakcja była na moje pytanie o kaganiec fizjologiczny. Pan stwierdził, że z jego doświadczenia wie, że psy łatwo zdejmują kagańce fizjologiczne i raczej należy je zakładać psom które muszą je nosić na dworzu cały czas. Zasugerował opaskę nylonową (!) na podróż autobusem, mówiac, że można ja poluźnić, aby pies swobodnie oddychał. Bez sensu przecież!

Przyznam, że już nie chciało mi się pytać o nic więcej. Nie kwestionuję poziomu wiedzy tego pana, ale raczej tego, że czasem trzeba sie uśmiechnąć do klienta, a nie od razy przystępować do „akcji”. Po wizycie w tym sklepie zoologicznym czułam sie jakbym była oceniona i podsumowana.

A Berek właśnie wyszedł z krzaków, miał parę malutkich, zielonych kulek na nogach, bo nie zdarzyłam go po raz setny tego dnia przeczesać. Berek nie jest psem, który spaceruje po chodnikach i trawnikach, wiec zbiera błoto, rzepy, ma liście przyczepione do brzucha i mokry nos utytłany w ziemi. I uśmiech na psim ryju J.

Las Wolski

W ostatni poniedziałek poszliśmy  z Berkiem do Lasu Wolskiego. Jest to największa, zielona enklawa Krakowa, często zwana „płucami” miasta. Nigdy wcześniej tam nie byłam i nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Weszliśmy od strony  Klasztoru Kamedułów (wjazd od ulicy Księcia Józefa) i troche pokręciliśmy się po najbliższych scieżkach. Nie mieliśmy za dużo czasu na długi spacer, ale tak czy inaczej, Las Wolski mnie zafascynował. Poleciałam tam znowu nastepnego dnia i wspiełam się na jakieś wzniesienie, gdzie znalazłam wspaniałą buczynę. Cudo! Od tamtej pory byłam tam z Berkiem już parę razy i każdego kolejnego dnia stwierdzam, że Lasek podoba mi sie coraz bardziej.

Jak widać na zdjęciach, poniedziałkowy poranek był mglisty i pochmurny. Zastanawialiśmy się czy zdjęcia wyjdą ładne, bo nasze umiejętności są bardzo ograniczone, ale coś tam wyszło. I tak zdjęcia nie oddają tego jak wspaniale prezentował się las  we mgle. I jeszcze na dadatek cisza poranka… Poezja :D.