Pies w kagańcu w autobusie – dlaczego?

Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że Berek kiepsko znosi jazdę komunikacją miejską. Często o tym wspominam, ponieważ jest to istotna część mojego życia z psem. Musimy korzystać z komunikacji, bo nie mamy auta.  Berek ma lepsze i gorsze dni jeśli chodzi o podróżowanie i często zastanawiam się co wpływa na jego zachowanie: to podekscytowanie wyprawą czy strach. Nie wiem. Potrafi „zapomnieć”, że ma się denerwować i siedzi spokojnie, żeby następnym razem dać mi tak popalić, że wysiadam z autobusu skatowana. Ale nie chciałam o tym…

Otóż ostatnio  zauważyłam, że dużo psów nadal podróżuje bez kagańca.  I nie są to małe psy, trzymane na rekach. Jeśli chodzi o kaganiec to jestem bardzo zasadnicza – pies w komunikacji miejskiej, jeśli nie podróżuje na rękach cały czas, ma mieć założony kaganiec. Nie trafiają do mnie argumenty w stylu, że pies jest łagodny, nigdy nikomu nic nie zrobił, albo że lubi podróżować autobusem itp. Moje podejście być może jest związane z tym, że mam psa który zrelaksowany w komunikacji nie jest i przez to patrzę na inne psy tylko przez pryzmat Berka. Nie wiem jak to jest, gdy pies siedzi spokojnie w autobusie. Jednak co niby do tego ma kaganiec? Kaganiec moim zdaniem ma być na pysku psa i już. Poniżej wymieniłam argumenty, które przekonują mnie, że nie zdejmę nigdy Berkowi kagańca w autobusie.

Po pierwsze – pies może ZAWSZE czegoś się przestraszyć. Ludzie są dziwni, może wsiąść człowiek, który kopnie  lub popchnie naszego psa, tylko dlatego, że nie lubi zwierząt. Może zdarzyć się wszystko, a my powinniśmy starać się być na wszystko przygotowani.  Pies nie myśli w taki sposób jak człowiek – może przestraszyć się rzeczy, którą widział już milion razy, tylko dlatego że ma inną fakturę, albo porusza się w innym tempie, jak np wózek dziecięcy, albo hałasująca walizka na kółkach. Przestraszony pies może i ma prawa zareagować kłapnięciem zębami – to jest naturalne i instynktowne! Ani mu tego nie wytłumaczymy, ani go nie nauczymy by tego nie robił.

Po drugie – na psa ktoś może nadepnąć. Pies najprawdopodobniej przerazi się i może odwrócić się i kłapnąć odruchowo zębami. Ma to związek z moim pierwszym punktem, jednakże w ogóle nie zależy od psa i jego charakteru. Na Berka kiedyś wlazła pani mimo iż autobus był pusty – nie ma znaczenia czy jedziemy w tłoku czy nie – to może zdarzyć się zawsze. Ludzie nie widzą psa, nie myślą o tym, że on się rusza, ma ogon, łapy. Zawsze może się tak zdarzyć, że na niego wejdą, a my musimy być przygotowani na to, że pies na ból zareaguje w dziwny sposób.

Po trzecie – do autobusu czy tramwaju może w każdej chwili wsiąść inny pies z którym nasz pies się nie dogada. Nawet jeśli będzie to „z winy” tego drugiego psa, czyli nasz będzie przez niego agresywnie zaczepiony, to nie ma to znaczenia. Nie chcemy przecież, żeby psy zaczęły się gryźć w autobusie. Jeśli oba będą mieć kagańce to do niczego nie dojdzie. Mogę warczeć i wyraźnie się nie akceptować, ale nie zaczną się gryźć. Wiele razy jechałam z Berkiem i wsiadali ludzie z drugim psem bez kagańca. Nigdy nie działo się nic dziwnego i psy tylko się wąchały. Jednak dla mnie była to stresująca sytuacja i dziwię się, że ludzie potrafią aż tak nie mieć wyobraźni i w autobusie, w tłumie pozwalają na kontakty z psem, którego nie znają, nie wiedzą co zrobi i nie mają pojęcia co się wydarzy. Będąc w autobusie mamy przecież bardzo ograniczoną możliwość reakcji. Ale mój pies był w kagańcu więc nie mógł nic zrobić ich psiakowi, a ich podopieczny jest przecież słodki i łagodny jak aniołek… (ironia).

Po czwarte – współpasażerowie mogę bać się lub nie lubić psów. Być może to, iż pies podróżuje w kagańcu daje im poczucie, że nic się nie stanie i pomaga im znieść obecność psa w autobusie. Naprawdę my, właściciele psów, musimy pamiętać, że są osoby które reagują na psa strachem. Oczywiście, że mogą się odsunąć od naszego psa i spróbować uspokoić, jednak to nie zawsze jest możliwe. Jeśli nasz pies ma na sobie kaganiec, to dla przerażonego współpasażera może często być jedyny argument, ze to zwierzę nic mu nie zrobi, bo…. po prostu fizycznie nie może. Nie ma powodów do tego, aby przerażony człowiek wierzył w to, że nasz piesek jest łagodny i kocha ludzi. Kaganiec to argument – my nie musimy więcej nic robić, obiecywać i zarzekać się, że będzie dobrze. To jest minimum które możemy dla takiego człowieka zrobić, a też on nie może chcieć od nas więcej. Uczciwe, prawda?

I ostatnie moje uwagi: jeśli jest upał i kaganiec przeszkadza psu oddychać to znaczy że pies ma niedobrze dobrany kaganiec. Są dostępne kagańce fizjologiczne w których zwierze może swobodnie dyszeć. Kolejny argument na upalną pogodę to …. niewsiadanie z psem do komunikacji. W autobusie jest okropnie w upał, więc jeśli mamy możliwość uniknąć jazdy z psem, to z tego zrezygnujmy. Podobnie – nie pchajmy się z psem do środków transportu w których jest tłok, bo tam zawsze będzie i gorąco i niebezpiecznie dla naszego psa. Tłumaczenie zdjęcia kagańca tym „że jest gorąco”, pojawia się zdecydowanie za często i wynika raczej tylko z nieprzygotowania się do podróży.

Ostatnio, gdy wracałam z Berkiem do domu autobusem, byłam świadkiem, gdy chłopak wniósł do autobusu na rękach swojego przerażonego, młodego dobermana. Pies był młodziutki, ale już większy od Berka. Zapierał się i nie chciał wsiąść, więc chłopak wziął go na ręce. pies się szamotał i … oczywiście nie miał kagańca. Dawno nie widziałam czegoś tak nieodpowiedzialnego i głupiego. Nie wiem jak skończyła się ta historia, czy wyproszono go z autobusu, czy pies spanikował czy nie. Zostaliśmy z Berkiem na przystanku w stanie wielkiego szoku i oboje patrzyliśmy tylko za odjeżdżającym autobusem i dobermanem. Nawet Berek oniemiał … 🙂 I przyznam szczerze, mam nadzieję, że ktoś nawrzeszczał na tego człowieka, powiedział mu co robi źle i jak ma wyglądać podróżowanie z psem komunikacją miejską.  Dla dobra tego psa…

DSC_0350

DSC_0354

DSC_0365

DSC_0361

Obroża dla psa – co nowego?

Już nie raz wspominałam, że mam bzika na punkcie psich obroży. Berek wykańcza wszystkie obróżki w tempie ekspresowym, bo codziennie moczy je w błocie, rosie na trawie i kurzu, bawi się z kumplem Lenkiem. Codziennie, bez wyjątku. Mój pies jest pod tym względem wyjątkowy, bo ZAWSZE po spacerze, wygląda jakby wracał z pobojowiska. Zresztą ja też… Tak czy inaczej – już dawno zrozumiałam, że nie ma możliwości, żeby obroża Berka była czysta.

Często muszę prać i suszyć psie obroże, dlatego mamy ich kilka. Jednak i tak mniej niż bym chciała :). Używamy ich w sposób ekstremalny w stopniu w którym wiele osób nie potrafi sobie nawet wyobrazić. Berka mam od prawie dwóch lat i dopiero od niedawna, doświadczając różnych rzeczy z obróżkami, wiem jaka ma być Berkowa obroża, żebym była z niej w miarę zadowolona.

Wiem, że wielu moich czytelników też lubi psie gadżety i wyszukuje oryginalne psie obroże. Dlatego postanowiłam wspomnieć o Manufakturze MiauHau. Niedawno dostałam maila z pytaniem czy zamieszczę na blogu informacje o tej nowej firmie zajmującej się rękodziełem dla zwierząt. Czemu nie? 🙂 Moim zdaniem mają fajne wzory i z chęcią widziałabym Berka w ich obroży. Co mnie zainteresowało w ich ofercie to fakt iż mają obroże taśmowe – od dawna wiem, że materiałowe nie nadają się dla Berka, bo zwykły materiał nie przetrwa ciągłego brudzenia i prania i nie ma w tym nic dziwnego. Natomiast taśma ma szansę wyglądać ok przez dłuższy czas. Od razu mówię, że nie testowałam produktów Manufaktury MiauHau, ale taśmowe obroże w moim mniemaniu to oferta godna uwagi. Zajrzyjcie także w dział Noszą nas – Manufaktura robi uzdy 🙂 Czadowe !!!!

Manufaktura wspomniała także o konkursie, który organizuje z okazji Halloween. Można w nim wygrać obroże w Halloweenowe nietoperze :). Przeczytajcie na ich stronie o zasadach zabawy. Szczegóły są tez opisane na stronie event’u na Facebook’u. Berek też może weźmie udział 🙂

bloglogo

Spacer w Dziekanowie Leśnym, pod Warszawą

Nie wiem, czemu wcześniej nie opisałam na blogu tego miejsca. Może dlatego, że jest dla mnie łatwo dostępne, a spacer nie jest wyprawą. Łatwo zapomnieć i nie doceniać wspaniałych miejscówek, które ma się właściwie pod domem.

Moi rodzice mieszkają w podwarszawskim Dziekanowie Leśnym. Zawsze, gdy jadę do domu na kilka dni, Berek fruwa po polach nad Wisłą. Tereny są ogromne, zdecydowanie spokojniejsze od tych do których mam dostęp w Krakowie.  I co najważniejsze – są blisko od domu i nie muszę do nich iść kilometrami. To ogromne ułatwienie, bo spacer może być krótszy, a bardziej efektywny, bo Berek praktycznie od razu zaczyna szaleć. Co uwielbiam w terenach w Dziekanowie, to fakt iż można tam iść na krótszy, godzinny spacer na najbliżej położone łąki, ale również można zrobić wyprawę kilku-godzinną maszerując wałami wzdłuż Wisły, albo chodząc po polach w kółko. Tereny są otwarte, więc zwierzyna ich unika. Jeśli nawet coś się tam pojawi to Berek jest dla nich widoczny i słyszalny (dzwoneczki na obroży), więc szybko się ewakuują, a ja mam spokój i mniej stresu. Nie denerwuje się, że Berek zniknie mi z oczu, bo pola są duże i najzwyczajniej w świecie, pies nie ma gdzie polecieć. Berek wraca na wołanie w przeciągu kilku minut, nawet jeśli pobiegnie za tropem. Mając ze sobą gwizdek, nie muszę się obawiać, że mnie nie usłyszy, a pola są tak duże, że Berek nie ma za bardzo jak się zawieruszyć, czy stracić orientację w terenie, bo prawie zawsze może mnie zobaczyć.

Spacery z Berkiem bywają stresujące, bo cały czas muszę pilnować, czy gdzieś nie pobiegnie, czegoś nie pogoni. Bardzo brakuje mi dużych, otwartych przestrzeni, gdzie mogłabym aż tak się nie denerwować podczas naszych wypraw. Przyznaję, że właśnie ten stres i napięcie są dla mnie najgorsze jeśli chodzi o wspólne spacery. Nie mam aż tak dużych problemów z codziennym wychodzeniem, bo spacer z psem to jedna ze wspanialszych rzeczy w moim życiu, jednak bardzo chciałabym choć czasem odpocząć i nie „tropić” razem z Berkiem :). Dla mnie spacery z Berkiem to bardzo specyficzna forma relaksu… właściwie za każdym razem bardzo ciężko pracuję. Takie stresy to dla mnie czasem za dużo i jest mi bardzo ciężko. W Dziekanowie mogę względnie odsapnąć, bo jest tam po prostu mniej zagrożeń dla Berka. Bardzo żałuję, że tam gdzie mieszkam w Krakowie, nie mając auta, nie mogę zaserwować sobie takiej wyprawy, choć od czasu do czasu. Ostatnio poczułam się tak wyczerpana tymi spacerowymi stresami, że Beruś pojechał na kilka dni do moich rodziców, a ja próbuję odpocząć psychicznie. Czasem trzeba :D. Jestem wdzięczna losowi, że mam taką możliwość. Mimo iż jest to nasza pierwsza, kilkudniowa rozłąka z psem, to wierzę, że wyjdzie nam na dobre, bo nabiorę sił na jesienne spacery.

Zwykle chodzimy na spacery rano, bo jest wtedy spokój. Bardzo często na polach jest mgła, co naprawdę wygląda pięknie. Okoliczne, nieduże jezioro, tez jest wspaniałym miejscem, gdzie rano nie ma ludzi i psiaki mogą się wykąpać.

Eh, ja już tęsknię…

Gdzie takie tereny?

Każdego chętnego na wspólny spacer serdecznie zapraszam! Pojawiam się z Berkiem co jakiś czas w Warszawie, więc z chęcią umówimy się na wspólną wyprawę. Ale od razu zapowiadam, że nie jest to spacer po parku – psiaki, ze szczęścia, będą szaleć, a widok jest wtedy wspaniały ;).

Poniżej trochę zdjęć ze spacerów w ostatni weekend 🙂

2
nogi w maseczce z błota

3

4

5

6

7

8

9

10
w kałuży

11

12

13

14

15

 

 

 

Wybieg dla psów – Warszawa, Stare Bielany

Weekend spędziłam z Berkiem w Warszawie. Uwielbiam tu wracać, bo mam swoje ścieżki i miejsca do których lubię chodzić, sama ale i z psem. Tym razem spotkałam się z Olą z Dogs’Paths i z Dominiką z Szalony Świat Heleny. Na wybiegu były też inne psiaki z którymi Berek wspaniale się bawił.

O samym wybiegu na Starych Bielanach w Warszawie możecie więcej przeczytać na blogu Oli. Osobiście zaobserwowałam, że wybieg jest nie tylko mały, ale i zaniedbany: kosze na śmieci przepełnione, rozpadające się i metalowe, umieszczone na wysokości psich pysków, psia „piaskownica
wypełniona szarym, brudnym piaskiem, parę wykopanych bardzo dużych i głębokich dziur. Bramka na wybieg oczywiście bez śluzy. Moim zdaniem tragedia, choć i tak ok, bo w ogóle coś jest… Tylko czemu jest to „coś”? No cóż.

Co mnie zafascynowało, to fakt iż podczas 1,5 godziny kiedy nasze psy bawiły się ze sobą na wybiegu, obok przeszło multum innych psiaków i ich właścicieli i nikt do nas nie dołączył…. Psiaki gapiły się na psią „imprezę” na wybiegu, ale musiały iść dalej, bo ich właściciele nawet nie myśleli o tym, żeby do nas dołączyć. Z czego to wynika?
Podejrzewam, że powodów jest kilka. Po pierwsze – pochmurna niedziela. Zauważyłam, że bardzo dużo psów w brzydszą (nie brzydką) pogodę nie chodzi na dłuższe spacery. Po drugie – bawiące się na wybiegu psy były duże, więc właściciele mniejszych psiaków byli przerażeni. Dla mnie niezrozumiałe zachowanie.  Po trzecie – założenie, że mniejszy piesek nie musi przecież biegać, bo jest mniejszy i spokojny. Ale czy ma wybór? Przeważnie nie ma, zna tylko spacery na smyczy, na trawnik przed blok.

Mój mały apel, który wysyłam w sieć – namawiajcie wszystkich znajomych psiarzy na spacery, ciekawe psie wypady do nowych miejsc. Zdaję sobie sprawę z tego, że czytelnicy psich blogów to świadomi właściciele psów, ciekawi tematu, gotowi do nowych psich wyzwań. Ale pawie każdy zna zna kogoś, kto nie do końca wie jak zorganizować sobie czas ze swoim spem. Spróbujmy zaprosić taką osobę na wspólny spacerek, wypad na pola, lub do lasu, może wspólna wyprawa z psami do jakiejś knajpy na obiad, lub kawę. Pokażmy, że spędzanie czasu z psem to odpoczynek i rozrywka. Samemu bywa trudno – osobiście wiele rzeczy z Berkiem muszę robić samotnie i wiem, że czasem  mi ciężko, a zmobilizowanie się jesienią do aktywności to ciężki kawałek chleba. Takie wspólne spacery i spotkania psiarzy bardzo mi pomagają, bo mogę poznać ciekawych ludzi, porozmawiać o psiakach i popatrzeć na prze-szczęśliwego Berka. Może czasem trzeba komuś trzeba dodać sił i pokazać, że pies nie musi być tylko codziennym obowiązkiem.

Tymczasem umieszczam kilka zdjęć z naszego niedzielnego spotkania na Starych Bielanach. Berek usilnie podrywał Teslę, aż sunia miała całe plecy w jego ślinie i piachu. Berkowi bardzo rzadko zdarza się aż tak zainteresować sunią, do tego stopnia jest to nieczęste, że jego popęd nie stanowi dla mnie problemu. Jednak Tesla bardzo mu się spodobała. Chłopak ma dobry gust – co zrobić 🙂

DSC_0120

DSC_0121

DSC_0124

DSC_0129

DSC_0130

DSC_0132

DSC_0135

DSC_0171

DSC_0182

DSC_0161

DSC_0143

Pies w autobusie

Dawno nie pisałam o Berku i jego zachowaniu w autobusie. Już wcześniej wspominałam na blogu o tym, że Berek nie przepada za jazdą autobusem i tramwajem i do tego stopnia źle się zachowuje, że przemieszczanie się komunikacją stało się dla mnie bardzo uciążliwe. Ponieważ nie posiadamy auta i jesteśmy zmuszeni do poruszania się autobusami, gdziekolwiek byśmy nie zabierali psa, problemu tego nie mogłam po prostu zignorować.
Konsultowałam się z behawiorystką  i zastosowałam do jej rad. Siedziałam z nim na przystankach, łaziłam po pustych autobusach, potem jeździłam tylko kilka przystanków i wracałam do domu. Niestety nie mając auta nawet tego typu „terapio-szkolenie” jest utrudnione, ponieważ każda, nawet drobna wizyta u weterynarza równoznaczna jest z koniecznością przejechania się autobusem. podobnie z naszymi, sporadycznymi ale jednak, wypadami do Warszawy do rodziców. Byłam sfrustrowana, ale robiłam co do mnie należy. Zaczęło być trochę lepiej. Szczęśliwa zaczęłam jeździć z Berkiem więcej i dalej. W końcu popołudniami zaczęłam zabierać go na spacery z innymi psami na Błonia lub na wybieg na ul. Strzelców. I to był błąd taktyczny…. A dlaczego? Otóż Berek szybko skojarzył sobie jazdę autobusem tylko i wyłącznie z ogromną frajdą jaka następowała praktycznie zawsze jak wysiadaliśmy. Nie ma nic fajniejszego niż hasanie z psimi kumplami, nie? 🙂 Tak więc Berek zaczął znów szaleć w komunikacji. Nie od razu skojarzyłam z czego to może wynikać. Najpierw zaczęłam się martwić, ze znów wracamy do punktu wyjścia, że jazdy autobusem było dla Berka za dużo i że zaczął się znów czegoś bać. Ręce mi opadały, gdy widziałam jak z każdą następną minutą jazdy autobusem Berek zaczyna coraz bardziej się miotać. Ale zauważyłam też, ze jest znacznie spokojniejszy, gdy wracamy do domu. To dało mi do myślenia… Szybko skonsultowałam moje spostrzeżenia z behawiorystką i okazało się że tak! – najprawdopodobniej Berek nie przepada za autobusami, ALE bardziej na jego zachowanie wpływa fakt, że nie może się doczekać jak już dojedzie i będzie impreza … 🙂
Berek ma niesamowity temperament, jest bardzo żywiołowy i zawsze chętny do biegania. Te cechy sprawiają, że nie jest cierpliwy i nie jest dla niego naturalne spokojne czekanie i nie kombinowanie. Jazda autobusem to dla niego moment kiedy wie, że zaraz coś się wydarzy, pewnie będzie mega fajnie. Najzwyczajniej w świecie mój pies nie może usiedzieć na tyłku. A że jest psem to inaczej mi nie potrafi tego pokazać jak poprzez kręcenie się i stękanie i ciągnięcie do drzwi.

Ale co z tym zrobić?  Muszę pokazać Berkowi, że jazda autobusem nie równa się super spacerowi i spotkaniu z kumplami. Po prostu muszę zmienić psie skojarzenie, co łatwe nie jest :/. Tak więc od jakiegoś czasu jeżdżę z Berkiem na spacery po mieście na smyczy. Przy okazji ćwiczymy nieciągnięcie i różne komendy w rozproszeniach. Czasem spędzam dwie godziny na kręceniu się w kółko po mieście z psem. Nie powiem żeby było to ciekawe :P. A że nic się nie da załatwić mając ze sobą psa, są to zwykle godziny spędzone na niczym. Nie pójdę do biblioteki, nie wejdę do większości sklepów. Powoli robi się zimno, więc tułaczka bez celu po mieście nie jest za przyjemna. Berek nadal jest niecierpliwy, więc umówienie się ze znajomą na kawę i przyprowadzenie Berka nie gwarantuje, że uda nam się posiedzieć i pogadać, bo a nóż Berek nie wytrzyma spokojnie więcej niż 15 min. Ciężko też zaryzykować, bo jak mam znajomej powiedzieć, że sorry, ale ja muszę iść, bo pies stwierdził, że będzie się miotać i musimy wyjść z lokalu :(. Bywa ciężko, najgorzej, żeby się nakręcić na działanie. Ale pocieszam się tym, że wiem co robić dalej. Może będzie lepiej i z moim nastrojem. Raptem po paru takich spacerach zauważyłam poprawę w zachowaniu Berka. Gdy wracaliśmy ostatnio do domu autobusem, to moje „szczenię” wlazło mi na kolana i zasnęło przytulone. Nie było pasażera który by się na nas nie patrzył 😉

A teraz trochę zdjęć z naszych spacerów po polach. Berek chyba uwielbia obecną pogodę, bo jest chłodno, ale nie zimno i błoto nie jest zamarznięte… Ja się nie wypowiem.

DSC_0109

DSC_0106

DSC_0115

DSC_0116

DSC_0118

DSC_0128

DSC_0132

DSC_0105

Dwa setery

Przyjechałąm z Berkiem na kilka dni do Warszawy, do moich rodziców.  Już zreanimowałam sie po podróży PKP, udało mi się przeziębić siedząc na korytarzu w pociągu, ale jestem w stanie skupić się na tyle, żeby zrobić nowy post.

W piątek w pociągu relacji Kraków – Warszawa było OK – dla mnie najorsze jest dotarcie do pociągu komunikacją miejską, gdyż Berek właśnie w autobusach i tramwajach dostaje często bzika. W pociągu zasypia zanim wytoczymy się ze stacji. Na szczęście w drodze na dworzec był spokojny, w pociągu to anioł. Jadąc w Warszawie z Centralnego do Łomianek – metrem i autobusem, też nie było tragicznie, choć Berek był zdenerwowany, ciągnął i kręcił się. Mam wyjątkowo trudnego psa jeśli chodzi o podróżowanie, a ponieważ nie mamy auta, jest to nieuniknione. W trochę zarozumiały sposób powiem, że jeśli psiarz nie jeździ ze swoim pupilem komunikacją miejską , to dużo jeszcze nie wie o swoim psie… NIc nie wiecie o życiu ;)… I chociażby ten fakt jest najlepszym argumentem do tego, że pies w komunikacji miejskiej, czy łagodny czy nie,  mały czy duży, MUSI mieć kaganiec. A ostatnio widziałam w metrze psiaka większego od Berka bez kagańca…

Ale udało się 🙂 i jestem z Berka i siebie dumna, że daliśmy radę :). Za to w sobotę umówieni byliśmy z Pepe – seterem Irlandzik z bloga Living with Pepe. Było super, choć psiaki nie szalały w zabawie. Jednakże, osobiście podejrzewałam, zę tak będzie gdzyż Pepe jest dorosłym samcem, a Berek podrostkiem, któy jest już w tym wieku, że nie jest zawsze przez samce akceptowany. Normalne. Pepe delikatnie, ale też bardzo jednoznacznie, pokazał Berkowi kto tu rządzi na tym spacerze. Berek to zaakceptował i psy uprzejmie się tolerowały przez resztę wycieczki :). Zauważyłam, że Berek nie biegał tylko szedł, przeważnie z boku albo z przodu. Unikał kontaktu i wyglądał na trochę przygaszonego. Myślę, że w taki sposób pokazywł Pepe, że nie będzie mu wchodzić w drogę. Przyznaję, że trochę zaskoczyło mnie Berkowe zachowanie, bo wiem jak szaleje na tych polach i biega w prędkością wiatru, niezależnie od pogody i pory dnia. Jednak psy mają swoje sposoby porozumiewania się i nie ma co w to integrować. Psy dogadały się tak, a nie inaczej, ustaliły taką a nie inną hierarchię i musieliśmy to uszanować. Ciężko było złapać oba psiaki w jeden kard do zdjęcia 🙂

Osobiście byłam zachwycona spacerem 😀 Mam nadzieję, że to powtorzymy i być może Pepe i Berek powoli się do siebie bardzie przekonają. A jeśli nie? Berek musi umieć odnaleźć się i w takiej sytuacji, a Pepe jest wspaniałym kompanem do tego aby pokazać młodszemu, że nie zawsze może robić co mu się podoba 🙂

P.S Na spacer wybraliśmy się na pola nad Wisłą, na wysokości Dziekanowa Leśnego, pod Warszawą.

DSC_0122
Piekny, mahoniowy Pape

DSC_0127

DSC_0161

DSC_0154

DSC_0133

DSC_0140
Ta czarna plana to Berek – coś właśnie upolował w trawie 🙂

DSC_0141

DSC_0155

DSC_0173

Fafle

Fafle – najpiękniejsza część psiego pyska. Uwielbiam psy z faflami! Setery szkockie mają imponujące fafelki, a Berek to już w ogóle ma fafle idealne 🙂 Fafle Berka żyją własnym życiem – latają, łopoczą, czasem są nad oczami, czasem zwisają nisko pod brodą. Gdy Berek leży, fafle leżą koło niego i zajmują sporo miejsca. Pod faflami Berek chowa sobie na później jedzenie, a marcheweczka znaleziona po godzinie podczas drzemki jest ogromną radością dla psa :). Pod faflem jest też miejsce na trochę lasu, bukiet trawy i kilogram piachu z plaży. Berek faflem potrafi przytulić się do mojej ręki. Czasem także coś skutecznie faflami nakrywa i nagle zwinięte w kulkę skarpetki znikają… Faflem Berek też „smyra” – widać na gifie poniżej 🙂

DSC_1031-MOTION
posmyrać piłeczkę faflami 🙂

Tak więc fafle mają dużo walorów praktycznych. Natomiast te wizualne najlepiej podziwiać na filmach „slow motion” albo zdjęciach. Berkowe fafle maja masę fotek. Ostatnio, podczas spaceru z Hixem, zauważyłam jak kosmicznie wygląda mój pies przy innym psiaku, szczególnie mniej faflastym. Kontrast pomiędzy minami normalnego psa, a szaleństwem Berkowych fafli był zaskakujący. Dodatkowo mój Psi Ryj wyjątkowo się miota, skacze, wprost lata jak jakiś przedziwny potwór, gdy tymczasem Hix sobie stoi i jest psem 🙂 A to przecież szczeniak i jego właścicielka Ania sama dobrze wie ile przedziwnych rzeczy potrafi wymyślić jej pies ;).
Ale to taka natura setera – zawsze w ruchu, zawsze bardzo zaangażowany we wszystko co robi. Ostatnio zrozumiałam, jak bardzo już się do tego przyzwyczaiłam i przestałam zauważać jak charakterystyczne jest zachowanie Berka. Dopiero w kontaktach z innymi psami, plus na fotkach, widać jaki to żywioł. Dużo osób patrząc na Berka pyta mnie ile on ma. Gdy mówię, że 20 miesięcy, są zaskoczeni, bo przed nimi kręci się wielki szczeniak, któremu drga w radości każdy mięsień, a ogon chodzi we wszystkich kierunkach.

DSC_1076
Hix – tollerhix.blogspot.com

DSC_1030

DSC_1052

DSC_1061

DSC_1062

DSC_1066

DSC_1071

DSC_1074

DSC_1081

Nad Świder !

W długi weekend z jednego miasta pojechaliśmy wypoczywać do innego miasta…  Kraków zamieniliśmy na Warszawę. Miałam ogromną ochotę na jakieś „psie spacery” i gdy tylko pojawiła się możliwość ponownego spotkania z Hixem byłam zachwycona, że będę mogła zobaczyć jak urósł.

Ania, właścicielka Hixa, zaproponowała sobotni wypad nad Świder. Propozycja wydawała się kusząca, szczególnie, że pogoda zapowiadała się piękna i miało być gorąco. Siedzenie nad wodą kusiło 🙂

Wyruszyłyśmy wcześnie rano w sobotę. Mieszkam za Łomiankami, pod Warszawą, więc wsiadłam do autobusu już po 6.00, aby być przed 8.00 w centrum i spotkać się z Ania i Hixem. Obecnie metro w Warszawie jest w części zamknięte więc nasza podróż była dość skomplikowana – musiałyśmy jechać autobusem z Pragi, zamiast wskoczyć w centrum z SKM na Otwock. Tak więc ja i mój szalony, unoszący się pod sufitem pies, jechaliśmy najpierw z Łomianek do metra, potem kawałek metrem, potem doszliśmy do centrum i już razem z Anią tramwajem na Pragę. Tam spotkałyśmy się z Kasią i jej pięknym Foxtrotem, który, podobnie jak Hix, jest rasy Nova Scotia Duck Tolling Retriever. Zaopatrzyłyśmy się klasycznie w jagodzianki i ciacha i pognałyśmy na autobus 702, który miał nas dowieść nad Świder.

Co do podróży … Berek był SPOKOJNY !!! Nie było idealnie, nie był zrelaksowany, ale dało się wytrzymać. Nie szarpał i nie darł się rozpaczliwie, mimo iż widać było, że jest napięty i bardzo czujny. Gdy tylko pojawili się Hix i Fox, Berek żywo się nimi zainteresował i zapomniał o panikowaniu…

Wysiadłyśmy na przystanku Świdry Wielkie skąd jest dość proste dojście nad rzekę. Postanowiłyśmy przejść kawałek dalej, aby uniknąć ewentualnego tłumu plażowiczów. Szybko udało nam się znaleźć  łagodne zejście do wody. Niestety brzeg rzeki jest pokryty śmieciami, ale nie jest źle – można znaleźć milsze fragmenty, gdzie nie ma syfu. Woda w rzece jest czysta i przejrzysta. Bez problemu można przejść na drugą stronę rzeki, gdyż Świder jest płytki, a dno przyjemnie piaszczyste.

Nad rzeką siedziałyśmy ponad 3 godziny. Foxtrot pięknie aportował piłeczkę, a Berek cały czas za nim biegał i mu przeszkadzał. Natomiast Hix nieśmiało właził do wody.  Poruszał się w swoim powolnym, szczeniakowym tempie i gapił na wszystko dookoła :). Psy naprawdę szalały i cudownie było widzieć ich uśmiechnięte ryjki. Dla mnie to bezcenny widok.

Uważam, że wycieczka była wspaniała – bawiłam się świetnie w przemiłym towarzystwie (dziękuję dziewczyny :), a Berek w domu padł  🙂

A z sensacji w stylu mojego Psiego Ryja? Przecież nie mogło być przeciętnie, normalnie i nudno – w końcu moim psem jest Berek 😀   Otóż jak tylko dotarłyśmy nad rzekę Berek wskoczył do wody, zanurzył się chłopak do połowy, wypiął kuper i … zaczął robić co trzeba. Z prądem – mądra psina 🙂 I nie tam, że tylko stopy były w wodzie, o nie! Cały Berek był w rzece – wystawała tylko klatka piersiowa i skupiona minka psiego czubka 🙂 Cudak 🙂

DSC_1113

DSC_1128

DSC_1183
Hix płynie 🙂

DSC_1132

DSC_1139

DSC_1143

DSC_1165

DSC_1166

DSC_1167

DSC_1170

DSC_1176

Dolina Chochołowska z psem

W ostatni weekend spontanicznie pojechaliśmy do Zakopanego. Chcieliśmy jakoś wykorzystać fakt, iż pożyczyliśmy od rodziców auto i jesteśmy „mobilni”. Pociąg Kraków – Zakopane jedzie prawie 4 godziny i pchanie się z psem w tłumie tylko na dwu-dniowy pobyt nie mam moim zdaniem sensu. Samochodem podróż zajmuje około 2 godzin i przebiega w komfortowych warunkach. Warto!

Do Tatrzańskiego Parku Narodowego nie wolno wprowadzać psów. Jedynym wyjątkiem jest Dolina Chochołowska, gdzie psiaka można zabrać, pod warunkiem, że jest prowadzony na smyczy. W kasie przy wejściu do Parku dowiedziałam się, że nie ma dodatkowych opłat za psa (jak to pan sprzedający bilety powiedział: „Jeszcze nie ma…” 🙂 ) Początkowo planowaliśmy, że Berek będzie iść na długiej lince, ale szybko okazało się to niemożliwe. W dolinie było dużo turystów i ciągle musieliśmy zbierać linkę i przywoływać psa. Trzeba także uważać na rowerzystów (w Dolinie Chochołowskiej można poruszać się na rowerze) i na traktor przebrany za małą, hałaśliwą ciuchcię, który co jakiś czas wwozi  turystów na górę. Natomiast Berek był oszołomiony ilością zapachów i miotał się nieprzeciętnie… Linka okazała się kłopotliwa, mimo iż Berek szedł ścieżką, nie wskakiwał w las i nie plątał się między drzewami.

Do schroniska dotarliśmy dość szybko. Mimo iż wyszliśmy stosunkowo późno, bo dopiero po 8.00 ruszyliśmy doliną, to już około 11.00 siedzieliśmy w cieniu na polanie opodal schroniska. Berek był wyraźnie podekscytowany i nie do końca wiedział co się dzieje. „Bronił” nas przed ludźmi z plecakami, co zmuszało go do nadmiernej aktywności, bo większość ludzi w górach ma plecaki…  Brzęczał na wlokące się w dziwnym tempie grupki ludzi. Nam udało się odpocząć pod schroniskiem, ale pies cały czas czuwał :).

Gdy schodziliśmy, Berek musiał być na krótkiej smyczy, gdyż większość ludzi szła w przeciwnym kierunki niż my, dopiero wspinając się na górę. Przewiązałam sobie naszą krótką Berkową smycz przez ramię i dzięki temu miałam wolne ręce. Przyznaje, że podczas naszej wycieczki pomyślałam o pasie do dog – trekkingu. Nigdy nie miałam okazji go wypróbować, ale wydaje mi się, że mógłby się dobrze spisać podczas takiej wycieczce.  Takiego pasa nie posiadamy, gdyż zawsze miałam obawy, że nie dam rady prowadzić na nim Berka, głównie ze względu na to iż nie ważę nawet dwa razy więcej od niego i bałam się, że mnie przewróci. Dodatkowo Berek jest bardzo silny jak na swój niepozorny wygląd :). Jednakże, gdy wlekliśmy się Doliną Chochołowską, a plan z długą linką legł w gruzach, zaczęłam marzyc o takim pasie 🙂

Schodząc doliną, około południa, spotkaliśmy parę piesków. Minęliśmy dwa Hovawarty, parę Yorków i buldożki francuskie. Moim zdaniem pogoda była ekstremalna jak na wyprawy z psem, a szczególnie dziwne wydało mi się zaczynanie wycieczki koło południa, w największy upał, kiedy nie ma prawie w ogóle cienia, a wszystko powoli zaczyna się gotować. No cóż … może przesadzam :/. Na dole Doliny Chochołowskiej jest asfaltowa nawierzchnia – dotknęłam ją ręką i paliła! Szliśmy z Berkiem poboczem, żeby mógł iść po trawie. Parę razy zamoczyliśmy psiaka w strumieniu. Niestety sądzę, że jest to zabronione, ale nie widziałam nigdzie znaków, a ludzi brodzących w wodzie było multum.

Do Krakowa wracaliśmy w niedzielę popołudniu. Berek w samochodzie spał jak kamień i tylko słychać było jego ciche chrapanie. Weekendowy wypad był super i dał mi dużo pozytywnej energii. Mam nadzieje, że Berkowi też się podobało 🙂

DSC_0947

DSC_0956

DSC_0964

DSC_0968

DSC_0978

DSC_0924
spacer pod Gubałówką

DSC_0908

DSC_0937

Psy są wyjątkowe

Żeby miło wypocząc to najpierw trzeba się naprawdę zmęczyć. Nic-nie-robienie wykańcza, a odpoczywanie od nic-nie-robienia nie ma do końca sensu. Uważam, że  psychicznie najlepiej odpoczywamy, gdy jest to odpoczynek aktywny. Natomiast po wysiłku fizycznym warto chwilę posiedzieć w bezruchu. W ostatnią środę mieliśmy z Berkiem bardzo intensywny dzień. Wyszliśmy z domu chwilę po 8.00, a wrociliśmy po 20.00. Czego byśmy nie robili przez dwanaście godzin, to pies będzie zmęczony samym byciem poza domem. I Berek był zmęczony i fizycznie i psychicznie, bo zaserwowałam mu masę wrażeń :).

Rano pojechaliśmy z wizytą w okolice Ojcowa, gdzie Berek spotkał 4 przecudne ośmiotygodniowe Gordonki i piękną prawie półroczną sunię z którymi spędził większą część dnia. Po południu natomiast poszliśmy na nasz trening agility. Jednak nie o tym chcę mówić. Chcę wspomnieć o przymusowej przerwie, pomiędzy wypadem do Ojcowa a treningiem agility, którą spędziłam z Berkiem „na mieście”. Byliśmy zmęczeni i wiedziałam, że muszę znaleźć spokojne miejsce, gdzie Berek zaśnie, a ja wypiję kawę. Takie miejsce szybko znalazłam i przez tą godzinę byłam w siódmym niebie :D…

Przedpołudnie było wspaniałe, bo wizyta u szczeniaczków mnie zachwyciła. Berek zachowywał się wyjątkowo dobrze w autobusie i nie płakał mimo iż jechaliśmy prawie 1,5 godziny w jedną stronę. Pogoda była wspaniała, a dla mnie cały dzień był jak małe wakacje. I teraz miałam jeszcze w perspektywie  trening agility, które polubiłam i zawsze na nie czekam z niecierpliwością. I tą przysłowiową wysienką na torcie była owa przerwa na kawę w towarzystwie mojego kochanego psa, w mojej ukochanej kawiarni. Nie chcę aby to był wpis o psiej miejscówce, bo nie o to mi tutaj chodzi. Chcę tylko zaznaczyć, że czas spędzony z moim psem jest dla mnie wyjątkowy, a ta godzina nad kawą, gdy mój psiak lezał mi u stóp, była idealna!

Dlaczego to dla mnie takie wyjątkowe? Otóż zanim miałam psa to myślałam sobie, że kiedyś mój psiak będzie ze mną chodzić w różne miejsca i będziemy oboje mieć z tego frajdę. Takie były moje proste marzenia i założenia, ale rzeczywistość okazała się trochę inna. Berek chętnie ze mną chodzi i wiem, że lubi spędzać ze mną czas. Jednak przyzwyczaiłam go do długich spacerów po polach i stosunkowo rzadkich wizyt w mieście. Mieszkam daleko od centrum i siłą rzeczy nie mam za dużo okazji by spacerować z psem po ulicach i łaźić po kawiarniach. Naturalne jest, że Berek woli biegać po łakach a nie zwiedzać Rynek. Okazało się też, że nie lubi poruszać się komunikacją miejską i wyraźnie nie sprawia mu to przyjemności. Pracujemy nad tym powoli, jeździmy do miasta gdy mam energię i dużo spokoju, aby cierpliwie pracować z Berkiem nad jego lękami i rozładowywać jego irytację. Na razie muszę zapomnieć o zabieraniu psa ze sobą gdzie tylko chcę i kiedy chcę, gdyż wiem, że on przeżywa to zdecydowanie za bardzo, żeby mógł to po prostu bez oporów akceptować. Co za dużo to nie zdrowo, a ja muszę uszanować to co jemu odpowiada.

Ale ta godzina w kawiarni, kiedy Berek był spokojny i rzeczywiście też potrzebował tego odpoczynku, a ja mogłam siedzieć i patrzeć na jego uśmiechniety ryj, była wspaniała! Dała mi dużo energii na dalszą z nim pracę. Ten czas jaki z nim spędziłam był dla mnie magiczny i nie zamieniłabym tego na nic w świecie. Mam nadzieję, że kiedyś dogadam się z Berkiem w kwestii naszych wspólnych wypadów na kawę, do cywilizacji :).

Warto od czasu do czasu spróbować zrobić coś innego ze swoim psem. Może długa wycieczka w nowe miejsce, albo jakaś nowa zabawa lub inna forma integracji ze zwierzakiem? To nakręca na więcej, przypomina jak wspaniałym zwierzęciem jest pies. Nie pozwólny, aby nasz pies stał się dla nas rutyną!

DSC_0860