Tyniec

Patrząc na słoneczną, ciepłą pogodę, aż ciężko uwierzyć, że jest koniec września. Od paru dni w dzień biegam w szortach. Oczywiście rano i wieczorem trzeba się cieplej ubrać, ale nie ma co narzekać, bo przecież jest już jesień. Słońce sprawia, że aż chce się żyć, a spacery z psem mogłyby trwać nawet cały dzień.

Mieszkamy na Krakowskich Bielanach, niedaleko Wisły. Tereny są naprawdę piękne. Mamy kawałek drogi autobusem do centrum i niestety wieczorami jest problem z dostaniem się do domu, bo komunikacja jeździ dość sporadycznie. Mieszkanka szukaliśmy głóównie „pod psa”; żeby było gdzie iść na spacer. Coś za coś – mamy tereny do spacerów, ale mamy ograniczony dostep do komunikacji miejskiej. Jednak ja jestem zadowolona, bo włąśnie spacery z Berkiem są dla mnie najważniejsze, a i na uczelnię mam blisko, bo jest pomiędzy Bielanami a Krakowem.

Dziś postanowiliśmy przejśc się do Tyńca. Nie liczyliśmy, że uda nam się obejrzeć Opactwo Benedyktyńskie, gdyż zabraliśmy ze sobą Berka, ale chcieliśmy chociaż sprawdzić czy gdzieś uda się usiąść z psem i zrelaksować nad brzegiem Wisły. Musieliśmy przejś dośc spoy kawałek do mostu, a po przekroczeniu rzeki jeszcze iść około 2 kilometrów wałem w stronę Opactwa. Dotarliśmy na miejsce dość szybko, bo droga okazała sie łatwa i bardzo przyjemna.

Tak jak się tego spodziewaliśmy, na teren Opactwa nie można wchodzić z psami. Restauracja  pod murami Tyńca (Tarasy Tynieckie) była jeszcze zamknięta, a kawiarnia na terenie Opactwa była dla nas niedostępna ze względu na Berka. No cóż, wrócimy tam jeszcze kiedyś bez psa i wtedy zwiedzimy wszystko. Jednak wiem, że wędrówka bez Berka nie będzie już taka fajna…

A na niektórych zdjęciach Berek w psim „kantarku” – Master Control/Gentle Leader – o tym w następnym poście…

Absurdy

Ponieważ nie posiadamy samochodu, byłam zmuszona nauczyć Berka jeżdżenia środkami komunikacji miejskiej i pociągiem. Uważam zresztą, że psy mieszkające w mieście powinny być przynajmniej w minimalnym stopniu przyzwyczajone do przemieszczania się komunikacją. Nigdy nic nie wiadomo, a napewno nie zaszkodzi pokazać psu, że to nic strasznego.

Berek wyraźnie chce osiągnąć pozycje psa alfa w naszym stadzie. Jest bardzo uparty i cały czas pragnie kontrolować co się wokół niego dzieje. Nie chce się zrelaksować i poprostu dać pokierować. Szybko to zrozumieliśmy i teraz podchodzimy do niego bardziej stanowczo i często dajemy mu odczuć, że nie on stawia tu warunki. W autobusie i tranwaju Berek szybko stwierdza, że się nudzi i teraz mamy mu zaserwować coś ciekawszego do roboty niż tylko siedzenie i gapienie się przez okno. Zaczyna się kręcić, chce wysiąść za każdym razem jak otwierają się drzwi. Czasem popiskuje i wyrażnie pokazuje, że podróż mu się nie podoba. Jednakże zawsze z wielką ochotą wsiada do autobusu, zawsze spokojnie siedzi na przystanku i obserwuje ludzi, jest podekscytowany każdą większą wyprawą. Wywnioskowaliśmy, że Berek poprostu grymasi, bo wie, że autobus jest ok, ale bieganie i zabawa jest fajniejsza. Jestem cierpliwa i nie zniechęcam się, bo wiem, że jego psie stęki z czasem minął. Jednakże, wiedząc co robi w autobusie już po pierwszych paru minutach podróży, bardzo bałam się jazdy pociągiem. A co będzie jak Beruś stwierdzi, że będzie skomlał przez całą drogę do Krakowa? A jeśli będzie skakał i miotał się jak watriat przez 3 godziny? Na szczęście okazało się, że Berek w pociągu jest aniołem. Bałam się (właściwie nadal trochę się tego obawiam), że Berek znudzi sie również i pociągiem i w końcu zacznie kombinować co można porobic ciekawszego. Jednak jak do tej pory, Beruś ma juz za sobą trzy długie wyprawy pociagiem i nadal jest super :). Narzekać moge tylko na PKP…

Gdy jechaliśmy z Berkiem pierwszy raz ( https://piesberek.wordpress.com/2012/09/11/telep-telep-telep-telep/ ), udało nam sie wywalczyć przedział i super miłych współpasażerów. Za drugim razem, gdy jechałam sama z psem z Warszawy do Krakowa, nie miałam już tyle szcześcia. Pociąg był pełen, a ja z Berkiem wylądowalismy na podłodze na korytarzu. Nie przeszkadza mi brak konfortu, najważniejsze, by pies był spokojny i wszystko pod kontrolą. Siedzenie na podłodze nie było więc aż tak tragiczne, bo Berek zasnął jak tylko ludzie przestali po nim łazić i usiedli w swoich przedziałach.

Jak tylko dojechaliśmy do Krakowa, wsiedliśmy do autobusy, który zawiózł nas bezpośrednio na wybieg dla psów na ul. Strzelców. Wiedziałam, że nie będę mieć siły na długi spacer popołudniu, więc wyprawa na wybieg była najskuteczniejszym sposobem na zmęczenie psiaka. Berek bawił się wspaniale!

Półtorej godziny mineło błyskawicznie i zaczęliśmy się zbierać do domu. Tak czy inaczej wiedzialam, że zajmie nam to minimum godzinę komunikacją miejską, jeśli dobrze wceluję z przesiadkami. Nie wcelowałam…. Podróóż z wybiegu do domu zmęczyła mnie bardziej niż całą wyprawa pociągiem. Berek miał już dość i niecierpliwił się. Trafiłam też na dużo osób ktore zaczepiały go, na co on zawsze reaguje bardzo entuzjastyznie. Niegdy nie pojmę czemu ludzie zaczepiają obce psy… W ostatnim autobusie, z trzech jakimi musieliśmy jechać do domu, trafił nam się niezadowolony z życia kierowca, plus dwóch chłopaków którzy wsiedli z dwoma psami bez kagańców. Zaczęłam od razu mowić do nich, że to nie przejdzie, bo psy nie mają kagańców i żeby nie wsiadali do autobusu. Ich głupi argument, że przejadą tylko jeden przystanek skwitowałam, że mogą sobie go przejść. Kierowca nie zareagował jednak, chłopaki wsiedli, a jeden z ich psów zacząl szczekać na Berka. Kierowca nadal nic nie mówił. Jedyne na co było go stać to mruknięcie do mnie, że ten autobus to teraz jak psiarnia (?), bo Berek zaczął w pewnym momencie stękać popłakując po „psiowemu”.

Gdy wysiadłam pod domem byłam wycieńczona. Cały dzień jakis absurdalnych sytuacji.

 

Pora karmienia

Znów na blogu była długa przerwa. Nie spodziewałam się, że aż tak nie będę mieć czasu aby nawet zajrzeć i czasem coś napisać. Ale nie wszystko zawsze da sie zaplanować.

Czemu mnie nie było na blogu? Otóż odwiedzili miałam wspaniałych gości, którzy przylecieli do Polski, żeby się ze mną zobaczyc i poznać kraj do którego tak bardzo chciałam wrócić, gdy byłam na stypendium w Stanach. Spędzilismy razem kilka wspaniałych dni w Warszawie i w Krakowie. Organizowanie im czasu i zajmowanie sie Berkiem, tak by nie poczuł sie zaniedbany, przyznaje, że była wyzwaniem. Niestety na pisanie postów nie starczyło mi już sił.

Tym postem zaczynam nadrabiać blogowe zaległości :).

Chyba już kiedyś wspominałam, że Berek próbuje rządzić. Także przy jedzeniu… Zauważyłam, że gdy podchodziliśmy do niego jak jadł to się napreżał i próbował uciekać. Parę razy też warknął… Berek uparcie róbuje zostac osobnikiem „Alfa” w naszym stadzie. Zauważyliśmy to jednak odpowiednio wcześnie, aby móc temu zaradzić. Już od jakiegoś czasu karmię Berka z ręki. Chcę, aby kojarzył mnie z jedzeniem, czyli z tym co uwielbia. Czasem, gdy już je, to tylko biorę ciuciusy i podchodzę do niego z czymś smakowitym i dokładam to do miski. W Berka mózgu ma się pojawić komunikat: „człowiek przy misce = więcej żarełka”.

Berek jest bardzo uparty i nie jest łatwo go ustawić w odpowienim miejscu w chierarchi naszej grupy. Dopiero przy Berku zauważyłam jak różne mogą być psy i inaczej trzeba do nich podchodzić. A także jak bardzo istotne są małe szczegoły na które człowiek nie zwraca uwagi, bo sa w „psim języku” i wyraźnie rzekazuja informacje, która by nam się nie spodobała. Wychowanie psa jest trudne, a o popełnienie błędu bardzo łatwo.

Załączam fotki z karmienia. Berek robi syf wokół miski, no ale cóż… Cierpliwie czeka aż brokuła i kalafiorek zamienią sie w kawałki mięska… Widzicie jedzenie poprzyklejane do psich uszu? 🙂

Telep-telep, telep-telep….

Ah, te podróże Polską koleją … Zawsze jakieś niezapomniane przeżycia! Pociągi bardzo lubię, ale przyznaję, że nie miałam za dużo okazji jeździć PKP. Ot, przeciętnie, średnio parę razy w roku, jak dobrze pójdzie. Jednak zawsze, gdy planuję podróż pociągiem, przygotowuję się psychicznie na różne rzeczy, bo co jak co, ale nudno w PKP nie jest…

Pociąg z Krakowa do Warszawy mieliśmy w niedzielę o 8:08. Wyszukaliśmy polączenie na stronie PKP i polecieliśmy w sobotę wieczorem na dworzec kupić wccześniej bilet i opłacić przejazd psa. Poprosiliśmy o bilety na pociąg o 8:08, zapłaciliśmy i zadowolenie wróciliśmy do domu. Wszystko załątwione 😀

Tak myśleliśmy… Otóż, gdy przyszlismy na dworzec w niedzielę rano, okazało się, że nie ma pociągu na który mamy bilety. Ja wpadłam w panike, bo mamy bagaze, psa, a tu pewnie trzeba będzie czekać parę godzin w centrum miasta. Mąż poleciał zapytać w kasie o co chdzi i dowiedział się, że jest wszystko OK i nasz pociąg właśnie został podstawiony na peron piąty. Hmm…. Plecaki na plecy, pies do nogi i idziemy…. Na peronie 5 rzeczywiście stał pociąg, ale na wyświetlaczu była zupełnie inna godzina odjazdu – 8:45… Znów poszlismy sie zapytac, tym razem pana konduktora na peronie. Berek w tym czasie biegał za nami jak szalony i próbowa upolować gołębie… Od pana konduktora dowiedzieliśmy sie ze dziewiątego września pociąg 8:08 Kraków Warszawa rusza później, bo o 8:45. Tylko tego jednego dnia w roku … Jakiś absurd! Jakim sposobem udało nam się kupić dzień wcześniej bilet na pociag który właściwie nie istnieje? My to my – nie robiło nam wiekszej różnicy kiedy będziemy w Warszawie, ale przecież są ludzie, ktorzy są poumawiani, lub maja przeciadkę…

Wzieliśmy psa i wtarabaniliśmy sie do przedziału. W ciagu pierszych pietnastu minut wiele osób zajrzało do nas ale widząc Berka w kagańcu jak z „Milczenia Owiec”, szli dalej. Jednak potem przyszła para młodych ludzi, którzy ucieszyli sie widząc psa i od razu zapytali czy mogą z nami jechać w przedziale. Byli bardzo sympatyczni. Wytrzymali nawet serię Berkowych bąków….

Berek wiekszośc drogi grzecznie spał. Budził się na stacjach i postojach, gdy ludzie zaczynali się kręcić, a pociąg nie bujał do snu. Koniecznie chciał wygladać przez okno. W Warszawie wypadliśmy z wagonu i ja zaczęłam lecieć na dwór, bo Berek dziwnie zwalniał przy ścianach i słukach – wyraźnie chciał coś podsikać. Centrum miasta, jak to centrum – tam nie odpoczniesz mając ośmio-miesięcznego szczeniaka na smyczy. Przeszliśmy jak najszybciej do metra i pojechaliśmy na ostatnią stację, Młociny. Tam musieliśmy zaczekać na autobus do Łomianek, ale na szczęście tam udało się trochę odsapnąc od miejskiego zgiełku. Pobawiłam się chwilę z Berkiem, połaziliśmy po trawnikach i posiedzieliśmy w cieniu.

Po siedmiu godzinach podróży wreszcie dotarliśmy do moich rodziców i Berek mógł pobiegać po ogrodzie.  Było skakanie, aportowanie i pluskanie się w misce z wodą i szczekanie na kota. Wolność i swoboda :).

Oficjalnie stwierdzam, że jestem bardzo dumna z m mojego psa. Znósł podróż wspaniale, był grzeczny i cierpliwy. Już za niecały tydzień znów bedę jechać z nim pociągiem, ale tym razem będę sama z Berkiem, dystans ten sam… Wiem też, że gdy zaczynaliśmy jeździć autobusami, to Beruś siedział cierpliwie i tylko marzył bybyć jak najbliżej mnie. Szybko jednak poznał już jazdę komunikacją miejską i poprostu zaczął się w niej nudzić. Teraz próbuje mi okazac, że mu się już nie podoba, chce wysiąść i biegać, a nie siedzieć cierpliwie. Berek, który ogólnie jest w tym wieku, że testuje jak daleko może się posunąć i na ile mu pozwolimy. To samo robi w czasie podróży. Obawiam się, że pociągi szybciej mu się z nudzą niż on sam wydorośleje , i że mam przed sobą wiele godzin „walki” z niecierpliwym psiakiem.  Wiem, że to z czasem minie, ale Berek jest bardzo uparty i musze przygotowac się nie tylko na rozrywki serwowane przez PKP, ale też na te Berkowe.

 

Z wizytą

Wczoraj pojechałam z Berkiem spotkać się z jego mamusią … Nieźle, prawda? Berek urodził się pod Krakowem, w hodowli Z Ojcowskiej Doliny, Pani Moniki Korneckiej. Jego mama, cudowna sunia o imieniu Berry, jest jednym z pieciu seterów (dwa psy i trzy sunie), które obecnie posiada Pani Monika.

Wizyta u Pani Moniki była wspaniałym doświadczeniem dla mnie i dla Berka. Wspaniale było pogadać o psiakach, posłuchać kogoś tak doświadczonego jak Pani Monika. Przyznaję, że patrzenie na Berka bawiącego sie ze swoją ciotką Lilką –  obecnie najmłodsza sunia  w Ojcowskiej Dolinie – było wspaniałe!

Prawda jest taka, że niestety Berek nie spotkał się ze swoją mamą, ani ze swoją babcią Shantą, bo psiaki raczej by sie nie dogadały. Nie ryzykowałyśmy takiej konfrontacji, szczególnie, że Berek był na ich terytoriam tylko gościem. Natomiast nie było problemu aby bawił się ze swoją ciotką Lilą, która ma niecałe dwa lata i jest wulkanem energii.

Poszłyśmy z Berkiem i Lila na specer po polach, gdzie Berek, przeszczęsliwy, ganiał z Lilą jak szalony. Potem, gdy ja relaksowałam się przy herbatce z Panią Moniką, widziałam przez okno, jak mój psiak fruwa po ogrodzie ze swoją nową koleżanką.  Mogłabym patrzeć na takie psie szczęście caly dzień!

Berek robi zakupy

W związku z tym, że mieszkamy teraz w nowym miejscu, to trzeba znaleść w pobliżu dobry sklep zoologiczny i hurtownie mięsa. Tego drugiego jeszcze nie namierzyłam, ale wczoraj sprawdzilam najbliższy sklep zoologiczny. Niestety/stety nie mieszkam w centrum miasta, więc nie jest łatwo o sklep z artykułammi dla zwierząt. Do najbliższego, znalezionego w internecie, musiałam jecchać 15 minut autobusem a potem iść chyba milion kilometrów … Zafundowałam sobie i Berkowi bez sensu imprezę. Wczoraj popołudniu w Krakowie zrobiło się duszno i było gorąco jak na wyprawy z sem komunikacją miejską. Ale jakoś daliśmy radę.

Niestety sklep zoologiczny do którego się wybraliśmy rozczarował mnie. W internecie znalazlam info, że jest dobrze zaopatrzony, a właściciele służa radą i swoją wiedzą. Stwierdziłam, że super – jadę! Na miejscu okazało się, że sklep może i oferuje dużo artykułów dla wierząt, ale nie jest to  nic wyjątkowego. Pan właściciel służyl pomocą, ale … hmmm… nieproszony o to.  Może jestem jakaś przewrażliwiona w tym temacie, ale nie lubię, gdy obcy ludzie wtrącają się w to co robię z moim psem. Szczególnie jeśli chodzi o jakieś pierdoły, jak np. trzy, małe rzepy powtykane w Berkowe futro na nogach… Wierzę, że ludzie pownni reagować jak dzieje się coś złego (znieczulicy mówie stanowcze NIE!), ale rzepy …? Pan sprzedający zapytał czym czeszę „portki” Berka, a gdy go poinformowałam co z tym robię, usmiechając sie serdecznie, to on i tak rzucił się w pólkę ze szczotkami dla psów i chciał mi coś zaoferować. Eh… Na moje pytanie czy sklep ma swojej ofercie produkty BARF zrobił dziwną minę – wnioskuję, że miał odmienne od mojego zdanie na temat diety BARF. Taka sama reakcja była na moje pytanie o kaganiec fizjologiczny. Pan stwierdził, że z jego doświadczenia wie, że psy łatwo zdejmują kagańce fizjologiczne i raczej należy je zakładać psom które muszą je nosić na dworzu cały czas. Zasugerował opaskę nylonową (!) na podróż autobusem, mówiac, że można ja poluźnić, aby pies swobodnie oddychał. Bez sensu przecież!

Przyznam, że już nie chciało mi się pytać o nic więcej. Nie kwestionuję poziomu wiedzy tego pana, ale raczej tego, że czasem trzeba sie uśmiechnąć do klienta, a nie od razy przystępować do „akcji”. Po wizycie w tym sklepie zoologicznym czułam sie jakbym była oceniona i podsumowana.

A Berek właśnie wyszedł z krzaków, miał parę malutkich, zielonych kulek na nogach, bo nie zdarzyłam go po raz setny tego dnia przeczesać. Berek nie jest psem, który spaceruje po chodnikach i trawnikach, wiec zbiera błoto, rzepy, ma liście przyczepione do brzucha i mokry nos utytłany w ziemi. I uśmiech na psim ryju J.

Las Wolski

W ostatni poniedziałek poszliśmy  z Berkiem do Lasu Wolskiego. Jest to największa, zielona enklawa Krakowa, często zwana „płucami” miasta. Nigdy wcześniej tam nie byłam i nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Weszliśmy od strony  Klasztoru Kamedułów (wjazd od ulicy Księcia Józefa) i troche pokręciliśmy się po najbliższych scieżkach. Nie mieliśmy za dużo czasu na długi spacer, ale tak czy inaczej, Las Wolski mnie zafascynował. Poleciałam tam znowu nastepnego dnia i wspiełam się na jakieś wzniesienie, gdzie znalazłam wspaniałą buczynę. Cudo! Od tamtej pory byłam tam z Berkiem już parę razy i każdego kolejnego dnia stwierdzam, że Lasek podoba mi sie coraz bardziej.

Jak widać na zdjęciach, poniedziałkowy poranek był mglisty i pochmurny. Zastanawialiśmy się czy zdjęcia wyjdą ładne, bo nasze umiejętności są bardzo ograniczone, ale coś tam wyszło. I tak zdjęcia nie oddają tego jak wspaniale prezentował się las  we mgle. I jeszcze na dadatek cisza poranka… Poezja :D.

Niesamowita, Berkowa niedziela

Weekend w pieknym Krakowie. Dużo było zamieszania w sobotę, ale w niedzielę zadbalismy o to by skoncentrować się głównie na Berku i jego psich potrzebach. Trzeba zadbać o psiaka, bo mimo iż, wygląda na szczęśliwego i zadomowionego, to być może w jego małej główce jakias tęsknota się pojawi, a tego bardzo nie chcemy. Kocham tego psa jak nie wiem i cczase, gdy dużo się dzieje w około, to tylko chce z nim na „stare śmieci”, gdzie i ja i on mamy relaks. No ale teraz się tak nie da, więc trzeba trochę się napracować…

W niedzielę wstaliśmy rano i zaraz po sniadaniu poszliśmy do Budzynia, pod Krakowem, gdzie jest Zalew Kryspinów. Jak zwykle Berek ciągnął na smyczy i chciał dowodzić, a że droga tam jest daleka, to dotarliśmy nad wodę lekko poirytowani i zmęczeni. Na szczęście miejsce okazało się świetne i Berek szalał w wodzie i na plaży. Zabawa piłeczką jest niezawodna. Niestety pogoda nie była najlepsza i musieliśmy zwijać się do domciu.

Berek szybko zregenerował siły (oczywiście!) i już po paru godzinach grzania się na kanapie w swoich szmatach i kocykach, był gotowy do nastepnej wycieczki. Od naszej kumpeli z Facebook’a , pieknej Beagelki Bimber, dowiedziałam się niedawono o ogrodzonym wybiegu dla psów na ulicy Strzelców w Krakowie. Postanowiliśmy skorzystać z tego, że Mąż był w Krakowie teraz autem i podjechać szybko na wybieg. Jechaliśmy tam ze trzy dni chyba, bo daleko jak nie wiem, ale było warto! Wybieg jest super! Jest to stosunkowo duzy teraz ogrodzony siatką, w środku jest wielka, psia piaskownico-kuweta (?), pagórek, drzewka i krzaczki. Są też ławki dla właścicieli i masa koszy na psie odchody, więc sprzątanie po pupilu nie jest problemem. Przyjechaliśmy około 14.00, niestety w porze obiadowej, więc nie było dużo psiaków do zabawy. Berek biegał za dwoma huskymi i ślicznym kundelkiem, ale jakoś nie mógł wkręcić się do grupy. Chyba pierwszy raz zobaczyłam u mojego psa coś na kształt smutnej minki – normalnie jak u małego dziecka… Po paru chwilach na wybieg przyszedł nowy piesek – ogromny owczarek niemiecki. Miał kaganiec, biegał od psa do psa i wszystkich ustawiał. Był agresywny i dominujący. Tak naprawdę popsuł cała zabawę, bo wszytkich ganiał i psiaki się pochowały. Berek chciał na kolana! Stwierdziliśmy, że to nie ma sensu i postanowiliśmy pojechać na trochę do centrum i wrócić znów na wybieg za jakiś czas, sprawdzić czy będzie więcej psiaków do wesołego brykania.

W centrum Krakowa była masa ludzi, bo to niedziela i to jeszcze popołudnie. Połaziliśmy chwilę, załatwiliśmy parę sprawunków i zapakowaliśmy sie znów w auto. Berek miał dość łażenia po ulicach na smyczy; ciągnął za gołębiami, chciał biegać, a nie mógł.

Na wybiegu na Strzelców pojawiliśmy sie znów około godziny 17.00. Psóów było bardzo dużo i Berek był w psim raju. Znalazł sobie kumpli do biegania i zabawy. Wszystkie pieski było pokojowo nastawione i nie było żadnych problemów. Posiedzieliśmy z godzinkę i wróciliśmy do domu. Ciekawe, że Berek naprawdę był gotowy do powrotu i chwili spokoju. Myślę, że miał dużo przeżyć jak na jeden dzień. Jednak myślę, że z nie miałby nic przeciwko temu by takie dni to był standard :).

 

A o tej wycieczce już wkrótce…

Pierwszy weekend

Tak więc jesteśmy w Krakowie… Zamieszania z przeprowadzką było oczywiście duzo, ale inaczej chyba się nie da. Całe ostatnie dni spędziłam na planowaniu co i kiedy przewozić do nowego mieszkania i jak to zapakować do auta, żeby wszystko się pomieściło. Stwierdzam, że pakowania nie da się lubić. A już chyba najgorsze jest mieszkanie na zapakowanych do połowy walizkach, ciągłe gapienie się na listę rzeczy do wzięcia, owijanie sprzętów kuchennych w ubrania, żeby nic się nie potłukło i nie zniszczylo. Masakra :/. Oczywiście Berek aktywnie uczestniczył w całym procesie upychania rzeczy w torby i walizki; wyjmował to co już zapakowałam, wyciągał na środek pokoju i gapił się na mnie wymownie. Widziałam, że też uznał całą imprezę za absurdalną.

Ale udało się – jesteśmy w nowym miejscu i jeszcze nie odkrylam, czego zapomniałam zabrać. Przeprowadzka jeszcze się nie skończyła, bo stopniowo będziemy zwozić resztę gratów, ale jak na razie, mamy najpotrzebniejsze sprzęty.

Przyznaję, że byłam w szoku ile to rupków ma mój pies! A to klatka/kojec, pudło zabawek i gryzaków, minimum dwie miski plus miska podróżna,stado małych pudełeczek i słoiczków z witaminami i odżywkami, szczotki i grzebienie do walki z kłakami, zestaw ścierek t ścierania błota i śliny, trzy wielkie narzuty na kanapę i fotel, kliker, zapasowa obroża, cztery różne smucze-każda na inny rodzaj spaceru (!), kaganiec, worki na kupy (muszą być!), butelka wody, smakołyki, aby pies mnie kochał… A w Krakowie obowiązkowo przystanek w sklepie  i zakup żarcia bo przecież Beruś jest na BARF-ie…. A i tak nie zdołaliśmy zmieścić Berkowego posłania… Jakaś mamusiowa paranoja! Oczywiście wiem, że to bylo ekstremalne pakowanie, gdyż mówimy o przeprowadzeniu sie a nie krótkim wyjeździe, ale jednak stwierdzam, że była to zaawansowana strategicznie operacja, a nie byle jakie wrzucanie rupów do auta. Berek siedział na do-połowy złożenej, tylniej kanapie i z politowaniem na nas zerkał. Czułam się jak w scenie ze „Shreka”:  klik  …

Trzeba jednak przyznać, że Berek był grzeczny, jak na jego możliwości. Grzecznie wraca do auta po każdym postoju, nie smędził za dużo. Jestem z niego dumna. Teraz tylko jeszcze musimy przetestować jazdę pociągpiem, ale to dopiero za tydzień.

W nowym miejscu natyczmiast zabraliśmy Berka na spacer, aby rozprosował sie kosci i pobiegał. Berek jest ogólnie wybieganym psem (on tak nie uważa, ale my wiemy swoje), tak więc nawet po pieciu godznach siedzenia na kawałku kanapy, nie fruwał za wiele. Pokrecił sie po polu i zaraz wracał sprawdzać co teraz robimy, bo przecież to nowe miejsce i trzeba mieć wszystko pod kontrolą… Słodziak, nie ? 🙂 🙂

Podobnie jak przy pakowaniu, Berek aktywnie brał udział w rozpakowywaniu… Sprawdzil co gdzie jest, ewentualnie wprowadzał zmiany przenosząc rzeczy w inne kąty. Inwencja twórcza mojego psa jest niesamowita …  I tu, na tym etapie, po całym dniu działania i wytężania psiego umysłu, Berek poległ. Najpierw zasnął w kuchni na dywaniku:

Następnie „odleciał” na kanapie. Chyba chłopak wygląda na zadomowionego…  Przyznaję, że nigdy chyba jeszcze aż tak nie cieszyłam się jego pozą „brzuchem do góry” jak właśnie wczoraj wieczorem. Po całym dniu zamieszania, nasz psiak zrelaksował się kołonas, czując się bezpiecznie i spokojnie. Wspaniałe! 🙂

Plan na niedzielę to piesza wycieczka i, byc może wieczorową porą, wypad na miasto . Wszystko z Berkiem i dla Berka, więc postaram się o relacje :).

300 kilometrów

Od października wracam na studia. W związku z tym,  nasze człowieczo-psiowe stado czeka wiele zmian. Po pierwsze, zmiana miejsca zamieszkania. Teraz będziemy odkrywać tereny spacerowe pod Krakowem. Po drugie, znacznie mniej wesołe, na razie będę tam z Berkiem sama, bo Mój Luby może dojeżdżać tylko na weekendy. Jakoś dam radę, ale przyznaję bez bicia, że mam pewne obawy, czy na pewno mi się uda.  Oj, żeby Beruś podszedł do tej sytuacji na spokojnie! Może jednak jego szczenięcy entuzjazm mi pomoże, nawet w takim momencie? Przecież zawsze pomaga!

Jedziemy już w najbliższą sobotę. Niedługo przyjdzie czas na podróże pociągiem … Będzie się działo :):)