Czy ze swoim psem czujesz się bezpieczniej?

Ostatnio zaczęłam się nad tym zastanawiać. Nie wiem czemu akurat moje myśli zaczęły krążyć wokół tego pytania. Nie wydarzyło się nic wielkiego, żeby Berek musiał mnie ratować, albo żebym jakoś specjalnie wystraszyła się na spacerze.*  Regularnie spotykam dziwne osoby na spacerach, ale nic nie wyszło poza skalę tego czego mogę spodziewać się na spacerach po polach i zaroślach. Skąd zatem moje pytanie?

Otóż zauważyłam, że mimo iż jestem stosunkowo ostrożna, to jednak dzięki temu że idę z Berkiem, na niektóre sytuacje praktycznie nie reaguję, bo obecność mojego psa daje mi względne poczucie bezpieczeństwa. Po prostu wiem, że fakt iż idzie obok mnie pies ma w takich sytuacjach znaczenie. Wczoraj, gdy na środku łąki, z dala od domów mieszkalnych, mijaliśmy jakiegoś człowieka, który nie wiadomo skąd się tam wziął, stwierdziłam, że Berek nie wygląda na przyjaznego psa. I ucieszyłam się, że mam go przy sobie. A co Berek robi na spacerze po polu, gdy zbliża się obca osoba?

– Berek na spacerze nie macha ogonem do obcych: albo na nich nie reaguje, albo zwalnia i obserwuje. Raczej nie wygląda na wesołego, ani miłego. Jest czujny.
– Jest czarnym i większym psem, a to, o dziwo!, ma ogromne znaczenie.
– Zwykle jest brudny, mokry, wygląda na łąkowego szaleńca, a nie kanapowca. Właściwie nikt nie ma ochoty żeby taki pies do niego podchodził.
– Niepewny co się dzieje? Okazuje to, ale nie ucieka, czyli ładuje się całym swoim jestestwem między mnie a Coś Nowego, wtyka głowę, czasem nawet szczeknie, najeży się. Jest.

Nie do końca są to zachowania z których powinnam być dumna. Być może to brak psiej ogłady, za mało socjalizacji, strachliwość. Jednak, gdy idę sama wśród krzaczorów i nagle spotykam Wczorajszego Pana, bełkoczącego coś niewyraźnie w moim kierunku, cieszę się, że Berek jest obok i że wcale nie ma ochoty na zabawę z Panem Żulem.
A Wy czujecie się pewniej idąc z psem? I dlaczego?

* Berek tylko raz stanął „w mojej obronie” bucząc na ludzi, którzy nagle podeszli do mnie w Lasku Wolskim, aby spytać o drogę. Moje i Berka spacery w Lasku były praktycznie zawsze samotne, więc Berek był szoku, gdy nagle podeszło do mnie dwóch mężczyzn. Ten jeden jedyny raz, stanął pomiędzy mną a obcymi i ostrzegawczo warknął.

DSC_1068

 

DSC_1052

DSC_1048
I jak się go nie przestraszyć ? 🙂 Przecież to nie wygląda normalnie

DSC_1034

 

 

Ile swobody potrzebuje pies?

Według słownika języka polskiego PWN swoboda to poczucie braku skrępowania i możliwość postępowania bez ulegania przymusowi lub ograniczeniom. Synonimem swobody jest wolność, naturalność, ale także arogancja i przeciętność :).

Ile tej swobody?
Jako właścicielka setera mogę mieć dość ekstremalne poglądy na temat tego ile swobody potrzebuje pies. Setery muszą czuć się wolne, bo to uczucie jest dla nich naturalne i zrozumiałe. W swobodnym bieganiu, nieskrępowanym szaleństwie, seter realizuje się. Czuje, że imponuje światu, właścicielowi i jest sobą. Oczywiste jest, że każdy pies potrzebuje swobody. Nie da się jednak zaprzeczyć, że psy wyrażają siebie w różny sposób i w różnym też stopniu potrzebują do tego niezależności. Są też psiaki , które z różnych powodów po prostu trzeba prowadzać na smyczy.Jeśli wszystkie spacery odbywają się na smyczy, to należy znaleźć sposób, żeby pies miał okazję poczuć się swobodnie i miał szansę zając się swoimi sprawami, gdy my – właściciele- nie będziemy mu w tym przeszkadzać.

Czy pies może mieć za dużo swobody?
Myślę, że tak :). Czasem mam podejrzenia, że Berek ma właśnie za dużo swobody, ale w jego przypadku to nie jest takie proste. Biorąc setera wiedziałam jaki to pies i od razu założyłam, że jako właściciel gordona, zapewnię mu praktycznie codzienne spacery po polach. Nie brałam pod uwagę innej opcji. Berek jest taki jaki miał być – seterowy :), a swobodne bieganie to jego największa miłość. Tu mnie nie zaskoczył. Berek bywa bezczelny – dopomina się takich a nie innych spacerów i doskonale wie czego chce. No cóż – nie mam pojęcia jak miałby stłumić w sobie tą pasję jaką wykazuje do fruwania po polach 🙂

A co jeśli pies ma za mało swobody?
Hmmm….. to oczywiście zależy od psa i od tego do czego jest przyzwyczajony i jak zdefiniowana jest dla niego owa „swoboda”. Berek nie ucieka, nie biega jak wariat w kółko, nigdy nie wygląda na niewybieganego czy kiedykolwiek skrępowanego psa. Po prostu, gdy go spuszczam ze smyczy, rozluźnia się. Analogicznie, gdy wędrujemy na smyczy, Berek wygląda na lekko zagubionego. Z czasem, gdy spacer się wydłuża, próbuje się buntować, po czym przygasa i czeka na rozwój wydarzeń. Uważam, że psy które nie mają szansy realizować swoich potrzeb mogą na własną rękę próbować znaleźć sposób, aby to zmienić, choć nie musi to być regułą. Myślę, że Berek by próbował, bo jest impulsywny, entuzjastyczny i pełen energii, której poskromienie nie jest w jego naturze.

berek1
relaks na spacerze
berek2
obserwacja

Jesienny Berek

Jesień którą mamy od kilku dni zapiera dech w piersiach – jest ciepło i słonecznie. Chciałabym, żeby tak było cały czas! Kolory na drzewach są niesamowite, a dzięki słonecznej pogodzie tak łatwo iść na spacer i po prostu odpoczywać podziwiając uroki tej pory roku.

Nie wiem czy Berek podziela mój zachwyt, bo ewidentnie jest mu gorąco i każdy spacer kończy zanurzeniem w kanałku. Intensywnie biega tylko wczesnym rankiem, kiedy jest mgła i intensywne zapachy na trawie pokrytej rosą. Reszta dnia to raczej wygrzewanie się na słońcu niż bieganie. Ale co tam – deszcz jeszcze przyjdzie i Berek będzie zachwycony. Tymczasem ta JA napawam się chwilą i wywlekam psa na spacer kiedy tylko mogę.

Przyznam, że uwielbiam patrzeć na Berka jak szaleje na łąkach. To jest po prostu piękne. Jak dla mnie jest to jedna z najpiękniejszych rzeczy jaką kiedykolwiek widziałam. I gdy dzień jest piękny i słoneczny, a ja odpoczywam idąc po łąkach z psem, jest idealnie. Wtedy wszystko nagle jest takie jakie powinno być 🙂

Poniżej kilka zdjęć Berka w jesiennym słońcu 🙂

seter gordon

seter gordon

seter gordon

DSC_0908

seter gordon

 

 

 

Śląski Dom – hotel w górach, w Dolinie Wielickiej

Śląski Dom to hotelo-schronisko, które leży nad Wielickim Stawem u podnóży Gerlacha (najwyższego szczytu Tatr). Budowę schroniska zainicjowano w 1871, ale już po 3 latach budynek zmiotła lawina. Potem, odbudowany i zmodernizowany, spłonął w 1962 roku. Hotel nie pasuje do otaczającego go surowego górskiego krajobrazu. Podobnie też charakter jego działalności jest wręcz sprzeczny z tym czego oczekuje się w górach – na dole jest np elegancka restauracja z kelnerami. Obecnie hotel jest w stanie pomieścić około 100 gości. Pod budynkiem zaparkowane są ekskluzywne samochody, a my widzieliśmy gości hotelowych spacerujących w garniturach wokół stawu w środku Tatr :).  Przyznaje, że widok jest trochę futurystyczny ;).

seter gordon

seter gordon

Wyruszyliśmy czerwonym  szlakiem ze Starego Smokovca, czyli miejscowości, gdzie mieszkaliśmy. Szlak na mapie był opisany jako stosunkowo łatwy, ale taki dla nas nie był. Zmęczył nawet Berka :). W pewnym momencie było tak stromo i niewygodnie się wspinać, że zaczęliśmy wypatrywać końca szlaku. W mojej głowie pojawiła się też myśl, że musimy iść dalej i dojść, bo powrót tym samym szlakiem odpada. Miałam nadzieję, że żółty szlak, którym planowaliśmy wracać do domu będzie łatwiejszy. Na szczęście był… wręcz nudny ;). Koniec końców, nie żałowaliśmy, a wręcz czuliśmy satysfakcję, że nam się udało. A w Dolinie Wielickiej, nad Stawem Wielickim, zdrzemnęliśmy się w słońcu.

seter gordon

A Berek? Jak wspomniałam – podczas tej wycieczki – zmęczył się. Było ciepło, daleko i stromo. Ciągnął ( a jakże!), ale reagował na komendy i staram się współpracować. Widziałam, że zastanawia się nad tym co robi, patrzy na nas i jest nastawiony na kontakt z nami. Były jednak też momenty (głównie w lasie), kiedy „odfruwał” i znów nos zaczynał dowodzić psem. Wiele razy pisałam, że właśnie to uwielbiam w swoim psie, ale stwierdzam, że, gdy mijała już 6-ta godzina wspinaczki i nie miałam na nic już siły, pragnęłam aby mój pies myśliwski mógł włączyć komendę „nie mam nosa”…

DSC_0904
Początek trasy
DSC_0948
Berek żuje górską trawę, a ja kontempluję 🙂

 

DSC_0940
Berkowe zaaferowanie 😉

DSC_0935

DSC_0922

seter gordon
Na szlaku

Jak to zawsze jest z górami – szybko zapomnieliśmy o trudach wspinania się i chcieliśmy więcej więcej ! W górach czuję się uzależniona od pięknych widoków i nie chcę się zatrzymywać. Jedna wędrówka nakręca kolejną i kolejną.

Wyprawa do Schroniska Tery’ego (Teryho chata)

Naszego pierwszego dnia, dość ambitnie, wybraliśmy się do Schroniska Tery’ego. Od razu może powiem, że dotrzeć nam się do końca szlaku nie udało… Oczywiście, że winić można naszą kiepską kondycję, ale niestety głównym powodem naszej rezygnacji był Berek. Nie ma co się oszukiwać i opowiadać, że łażenie z nim po górach to sama przyjemność i że praktycznie niósł za nas plecaki i serwował czekoladowe batoniki. Pierwszego dnia zmęczył mnie mój własny pies, podejście pod górę to był wręcz pikuś w porównaniu z utrzymaniem miotającego się na smyczy psa. W pierwszych minutach wyprawy Berek wyczerpał większość pokładów seterzego entuzjazmu i później już mogło być tylko lepiej. Gorzej nie mogło… Otóż mojego psa obezwładniła ilość zapachów, ich intensywność i różnorodność. Samym niuchaniem zmęczył się dość szybko, ale też zaczął być poirytowany, bo będąc na smyczy nie mógł do końca wyczytać wszystkich informacji i sprawdzić tego co właściwie poczuł. Prowadzenie go na lince, które planowaliśmy, wcale nie pomagało. Długa smycz dawała Berkowi swobodę, która i tak go nie satysfakcjonowała w danej sytuacji i parł do przodu jak wariat. Trzeba było go ściągać na krótka, aż w końcu przepiąć na zwykła smycz. Berek na smyczy jeśli ma nie ciągnąć, to włącza tryb konkretnej pracy i wykonuje komendę. Żaden pies nie wytrzyma wykonywania komendy przez kilka godzin… tak więc Berek po pewnym czasie wyłączył się i znów zaczął ciągnąć. I tak to wyglądało. Przyznam, że było ciężko. Jednak drugiego dnia zobaczyłam poprawę i Berek zaczął rejestrować komendy „Stój!” i „Idź!” co ułatwiło wspinanie się po dość trudnym, kamienistym szlaku. Ale o tym w następnych wpisach 🙂

Ale wracając do wyprawy pierwszego dnia. Zaczęliśmy w Starym Smokovcu ruszając zielonym szlakiem wzdłuż kolejki wagonikowej na Hrebienok (na górze jest restauracja – z psem można usiąść tylko na zewnątrz). Szlak nie jest najciekawszy, gdyż biegnie praktycznie zaraz koło torów po których co jakiś czas wciągana jest kolejka. Dodatkowo teren jest zniszczony przez tzn Wielka Katastrofę (słow. Velka Kalamita) – wichurę, która w listopadzie 2004 roku zniszczyła około 14,000 ha lasów po Słowackiej stronie Tatr. Z Hrebienoka przeszliśmy koło Bilikovej Chaty, gdzie mieści się restauracja do której nie można wejść do środka z psem. Następnie mijając przepiękny wodospad na potoku Studeneho doszliśmy do najstarszego schroniska w Tatrach Wysokich czyli Rainerovej Chaty. Miejsce naprawdę magiczne. Chata jest mała, kamienna, nie ma w niej okien. Nadaje niesamowity klimat całej polanie.

DSC_0927

DSC_0942

DSC_0922

DSC_0920

DSC_0915

DSC_0904

Idąc do Schroniska Tery’ego mijamy również Schronisko Zamkovskiego (1475m n.p.m). Oba te schroniska, podobnie jak i Rainerova Chata, należa do grupy pięciu schronisk wysokogórskich, które do tej pory są zaopatrywane w jedzenie i inne artykuły przez nosiczów (pozostałe to Chata pod Rysami – 2250m n.p.m. i Schronisko Zbójnickie – 1960m n.p.m.). gdyż dojazd do nich jest niemożliwy z uwagi na trudny teren i położenie. Nosicz to inaczej tatrzański tragarz, który jest charakterystyczny tylko dla Słowackich Tatr. Nosicze dostarczają do schronisk wszystko – od jedzenia po paliwo. Ich ładunki średnio ważą około 80 kilogramów, niezależnie od pory roku. Rekord pobił Laco Kulanga wnosząc do Chaty Zahorskogo 207kg (więcej informacji). Nosicze znoszą również ze schronisk śmieci, warto więc zastanowić się zanim coś wyrzucimy do kosza przy schronisku w górach (np. psią kupę …).

nosic
Nosicz, źródło: http://plfoto.com/zdjecie,ludzie,nosicz,1441444.html

Po około 45 minutach wędrówki za Schroniskiem Zamkovskiego w stronę Tery’ego postanowiliśmy zawrócić. Berek wyrywał do przodu jak dziki, a wiedzieliśmy, że będzie ściągał nas w dół z równym zaangażowaniem. Natomiast szlak był na tym etapie stromy i kamienisty. I właśnie wracając do Berka…Założyliśmy, że pies będzie szedł na lince. Niestety nie do końca nam to wyszło, bo im dłuższa smycz tym bardziej wyrywał do przodu i trudniej było go kontrolować. Przymocowanie do pasa biodrowego psa, który nie umie poruszać się spokojnie po szlakach odpadało – musieliśmy wiedzieć, że w każdej chwili możemy psa puścić i ratować siebie przed upadkiem na tyłek. (Dodatkowo Berek widząc pas biodrowy i szelki zaczyna biec, bo kiedyś spróbowałam z nim canicrossingu 😉 ) Berek niestety nie popisał się tego pierwszego dnia. Ciągnął w górę i potem w dół jak mały parowóz co nie jest pożądane przy górskich wędrówkach, gdzie trzeba planować praktycznie każde stąpnięcie i każdy krok. I co najgorsze, w czasie naszej pierwszej wycieczki nie widziałam, żeby Berek w jakikolwiek sposób starał się opanować. Przyznam, że mnie to przeraziło i trochę załamało, bo nie wyobrażałam sobie jak przetrwamy kolejne wyprawy. Na szczęście następnego dnia było lepiej i Berek „kontaktował” – widać było, że stara się myśleć o tym co robi i kontrolować swoje ruchy. Przynajmniej trochę :).

Polecam zajrzeć również do mojego poprzedniego wpisu, gdzie opisałam ogólne zasady poruszania się z psem po TANAPie.

Słowackie Tatry z psem. Ogólne zasady i niejasności.

Długo zwlekaliśmy z wakacjami, a jeszcze dłużej z wyprawą w Tatry. Ale wreszcie udało się zmobilizować i trochę „na wariata”, bo tylko z mapami i bez przewodników, pojechaliśmy w Słowackie Tatry. Oczywiście z psem.

Wiadomo, że w Tatrzańskim Parku Narodowym po Polskiej stronie jest zakaz wprowadzania psów. Z psami można wędrować tylko Dolina Chochołowską do końca, do schroniska. Pies oczywiście musi być prowadzony na smyczy.

Na Słowacji w góry można wyruszyć z czworonogiem. Jednakże, my popełniliśmy błąd dając się zwieść ogólnie powtarzanym informacjom, że pies w Tatrach na Słowacji jest akceptowany i nie zweryfikowaliśmy tego z TANAPem (lub tą strona), czyli z regulaminem Słowackiego Tatrzańskiego Parku Narodowego. O co chodzi i gdzie pojawia się problem?

Tatry na Słowacji wyglądają inaczej niż te po Polskiej stronie – ogólnie można powiedzieć, że są bardziej „dzikie”. Z tego co zauważyłam, nie ma tutaj łatwych szlaków, krótkich dolinek gdzie można wybrać się na parogodzinny spacer z rodziną w letnie popołudnie (wykluczam tutaj spacery w klapkach, z torebusią przewieszona przez ramię, po obiadku i deserze z piwa itp, bo to inna bajka). Tutaj praktycznie każde wyjście to wyprawa, a szlaki są długie i często zaawansowane w trudności. Tak jak w Polsce w Tatrach można sporadycznie spotkać kogoś w profesjonalnym obuwiu do wędrówek górskich, tak tu na Słowacji ci w adidaskach (klapek i szpilek nie ma !) są w zdecydowanej mniejszości. Ja niestety śmigałam w adidaskach i wstydziłam się cały wyjazd, bo wyglądałam na bardzo przypadkowa turystkę 🙂

DSC_0934

Wejście na teren Parku Narodowego jest darmowe, ale konieczne jest wykupienie ubezpieczenia, gdyż jeśli ulegniemy wypadkowi TANAP obarczy nas kosztami akcji ratunkowej. Koszt ubezpieczenia jest praktycznie symboliczny – około 70 eurocentów za każdy dzień pobytu. Nie ma „bramek” do parku narodowego, a wejścia na szlaki są dość niepozornie oznaczone. Co się z tym wiąże to fakt iż trudno znaleźć tablicę informacyjna z ogólnymi zasadami poruszania się po parku. Trzeciego dnia naszych wędrówek wreszcie natknęliśmy się na tablicę informacyjną, gdzie wyczytaliśmy, że pies ma być prowadzony na smyczy i w kagańcu. No to super !

…Jednakże, gdy zaczęłam szukać dokładnych informacji w internecie okazało się, że TANAP narzuca dość dożo ograniczeń co do wprowadzania psów na teren parku. Psy, owszem, mogą z nami maszerować po górach, ale nie można wprowadzać ich powyżej trzeciego poziomu ochronnego przyrody, tak więc poziom czwarty i piąty jest dla psów i ich właścicieli niedostępny. I tu pojawiają się pewne niejasności: jak dla mnie odnalezienie informacji gdzie zaczynają się poziom czwarty i piąty graniczy z cudem. Na samej mapie zamieszczonej na stronie TANAPu (mapa Natura 2000) nie sposób cokolwiek wyczytać, a innej nie udało mi się znaleźć. Pomijam już sam fakt, że na szlakach nie ma takich informacji.

Gdy dziś przyjrzałam się mapie poziomów ochrony przyrody w Tatrach Słowackich okazało się, że wychodząc w góry z miejscowości w której mieszkamy (Stary Smokovec) najprawdopodobniej łamiemy zasady zawarte w regulaminie. Przynajmniej tak się domyślam, bo nie mogę wiele dostrzec na mikro-mapie TANAPu. Ciekawostką jest też fakt, że trzy razy spotkaliśmy psy mieszkające w schroniskach, plus w ciągu naszych tylko czterech wypraw w góry widzieliśmy osiem psów (jeden w plecaku) wędrujących tak samo jak my, albo wspinających się wyżej.

Kolejną niejasność znaleźliśmy w regulaminie kolejki gondolowej na Łomnicy, którą można psa przewieść (koniecznie w kagańcu), ale tylko pierwszym jej odcinkiem, do mniej więcej 1/3 wysokości.  W regulaminie kolejki jest zapis, że „small dogs are allowed”, ale wielkość psa nigdzie nie jest zdefiniowana. Pani w okienku powiedziała, że Berek może wjechać, ale wątpię czy byłoby to możliwe w sezonie. Podobna sytuacja jest z kolejką wagonikowi na Hrebienok w Starym Smokovcu. Same niejasności.

DSC_0904

 

Jeśli chodzi o reakcje ludzi na obecność psa na szlaku to byłam mile zaskoczona – większość osób nas zagadywała i serdecznie witali się z Berkiem. Oczywiście trzeba zaznaczyć, że tutaj ludzi na szlakach spotyka się naprawdę sporadycznie co wydaje się kosmiczne, szczególnie, gdy pomyśli się o tłumach turystów w Polskich Tatrach. Zapewne wygląda to trochę inaczej w sezonie. Jednak koniec września i początek października to pustki na szlakach :).

WAŻNE: W Słowackich Tatrach szlaki (lista szlaków) powyżej schronisk są zamknięte dla turystów od 1 listopada do 15 czerwca!

 

 

Zanim weźmiesz psa wyobraź sobie, że będzie potworem ;)

Schroniska są pełne psów które okazały się ludzkim rozczarowaniem. Posiadanie psa to nie tylko przyjemność, ale również obowiązek. Ludzie potrafią zniechęcić się, znudzić praktycznie wszystkim. Niestety swoim zwierzęciem również. Nie potrafię zrozumieć takiego podejścia. Nie mam pojęcia jak można stwierdzić, że psiak-żywa istota- jest nieodpowiedni, niepotrzebny i należy się go pozbyć. Niestety taka jest rzeczywistość.
Moim zdaniem bardzo łatwo można uniknąć takiego rozczarowania i każdy przyszły właściciel psa powinien być w stanie to zrobić. Problem w tym, że często ludzie po prostu w ogóle się nie zastanawiają i kierują się tylko emocjami. Proponuję dwie opcje:
1. Nie brać w ogóle zwierzaka, albo…
2. Założyć opcję „ekstremum” czyli, że to nam trafi się ten nadpobudliwy egzemplarz, niszczący wszystko w domu i szczekliwy. Dodatkowo załóżmy, że psie żarcie zdrożeje, zamiast wydać oszczędności na wakacje będziemy musieli leczyć psa, albo wydać na szkolenie, że skorygować jego zachowanie. A jak już wydorośleje i się uspokoi, zaczniemy remont mieszkania, które przeżuł nas podopieczny. Wyobraźcie sobie, że odkąd będziecie mieć psa wszystkie jesienne dni będą deszczowe, a zima będzie bardzo długa. Na spacer zawsze będzie ciężko się wywlec. Obowiązku będziemy mieć tylko więcej, a energii jeszcze mniej. Tak własnie zrobiłam ja, decydując się na Berka – założyłam, że będzie „ciężkim egzemplarzem” i będziemy się trochę „męczyć” – dzięki temu jest mi łatwiej, bo mój pies nigdy mnie nie rozczarował. Już tłumaczę o co mi chodzi…

Gordony znałam z autopsji, więc wiedziałam na co zwrócić uwagę czytając opis rasy, a także w co wierzyć. Słyszałam o gordonach wyluzowanych, takich które świetnie radzą sobie w mieście, a miejski park im wystarcza, bo nie mają silnego instynktu łowieckiego i nie chce im się specjalnie tropić…. ale osobiście nigdy takiego setera nie spotkałam. Biorąc Berka wiedziałam, że dopóki będzie z nami, mieszkanie w mieście odpada. Wiedziałam, że brak mi umiejętności, aby w zupełności kontrolować instynkt myśliwski Berka, więc postanowiłam, że zapewnię mu spacery, gdzie będzie mógł robić to co kocha całym sercem i gdzie będzie bezpieczny. Spacery po polach to u nas standard, nie dlatego, że mam ten luksus mieszkania w takim miejscu, tylko dlatego, że postanowiłam, że będę mieszkać w takim miejscu z powodu psa. Była to świadoma decyzja.
Wiem, że gordony mają tendencje do niszczenia mieszkania. Ponieważ mieszkanie wynajmujemy, zdecydowaliśmy się na przyzwyczajenie Berka do kennelu. Pies korzystający swobodnie z kennelu to mocny argument przy wynajmowaniu mieszkania. Dodatkowo, po prostu jesteśmy spokojni, bo Berek naprawdę nigdy nic nie zgryzł. Nie mam pojęcia czy ma naturę niszczyciela, bo nigdy tego nie „testowaliśmy” – gdy wychodzimy z domu śpi spokojnie w kennelu. Założyliśmy, że zlikwidowałby całe mieszkanie podczas naszej nieobecności i dzięki temu … nigdy nie musieliśmy złościć się, że zjadł nasze buty czy wypatroszył kanapę. Żyjemy szczęśliwi :).
Wiedziałam, że gordony są energiczne, często najpierw robią, potem myślą. Przyznaję, że nie zdawałam sobie sprawy z intensywności działań psa tej wielkości. Berek zaskoczył mnie swoim entuzjazmem który przejawia do WSZYSTKIEGO i chwilę zajęło mi nauczenie się jak sobie z tym radzić, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Bywa ciężko i są dni, że chciałabym, żeby mój pies po prostu wyłączył swoje „seterzenie”, ale tak naprawdę nie oczekuję, że to zrobi. Kocham w nim to z czego inni się śmieją, co inni definiują jako psią głupotę. Zamieniłam to co kiedyś mnie męczyło w coś co mnie i Berka wyróżnia – zgranie naszego szaleństwa jest idealne :D. Nie ma rozczarowań – czasem są tylko małe zgrzyty, ale wina nigdy nie leży tylko po stronie psa. Zwykle winię pogodę, mój zły nastrój, albo zmęczenie – Berek jest zawsze dla mnie moim Berkiem, który jest taki jaki miał być. I znów – zero rozczarowań.
A spacery? Czy one mi się nudzą? Nie. Bo wychodzę z psem na spacer oglądać jego radość. Bardzo często zapewniam Berkowi takie spacery na których mój pies jest po prostu szczęśliwy. Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż uśmiechnięty Berkowy ryj. Jeśli w deszcz i zimno wypełzam z domu wierząc, że to uszczęśliwi mojego psiaka, jest mi łatwiej i ani pogoda ani mój ponury nastrój nie zniechęca mnie, a obowiązek spaceru z psem nie może być wtedy rozczarowaniem.
Wakacje: bardzo dużo psów trafia do schroniska, bo właściciele nagle stwierdzają, że podczas ich wyjazdu nie ma kto zając się czworonogiem. Zanim zdecydujesz się na psa pomyśl, że dla niego też będziesz musiał zawsze organizować wakacje – albo zabierasz go ze sobą, co może Ci trochę utrudnić i ograniczyć sposób spędzenia urlopu, albo znajdujesz mu opiekę u rodziny. Możesz też zapłacić za hotel lub petsittera. Organizowanie urlopu będzie trudniejsze, a jego koszt zapewne wyższy. Nie słuchaj tych co mówią, że jest banalnie prosto i nie ma co się przejmować. Nie masz ochoty na dodatkowe utrudnienia i nie czujesz się na siłach aby im podołać i nie masz ochoty nic poświęcać – nie bierz psa. Wakacje może i masz, ale nie od psa.

Oczywiście nie zawsze wszytko jest takie proste. Wielu rzeczy nie da się przewidzieć, wyobrazić sobie, a dodatkowo, człowiek ma tendencję do unikania trudnych tematów, odpierania problemów i stosunkowo pozytywnego myślenia. Ja też nie wiedziałam jakie problemu będę mieć z Berkiem i na pewno nie przewidziałam wszystkich. Ale nigdy nie winiłam za to mojego psa i nigdy nie dałam mu odczuć, że jest nie taki jaki powinien być.

zberkiem

 

Wymarzony spacer z psem

Jaki jest Wasz wymarzony spacer z psem?

Po ponad 2 latach życia z Berkiem mogę uznać, że w miarę się rozumiemy. Tak, tak – zgadza się – trochę nam to zajęło, ale za to więź z Berkiem ma solidne podstawy. Także według Berka, co jest niezwykle cenne u takiego psa jak seter gordon. Posiadanie psa to wiele wyrzeczeń, obowiązków i kompromisów. Ale to nasz, człowieka, świadomy wybór i nigdy nie powinniśmy psu dać tego odczuć. Staram się widzieć ile razy Berek idzie na kompromis żyjąc z nami pod jednym dachem. W jego psim świecie koegzystencja z nami to przecież także wyrzeczenia i dostosowanie się do naszych zasad. Staram się to doceniać i nigdy nie zakładać, że to co robi mój pies jest oczywiste, bo dla niego być może, jest to poświęcenie.

Po ponad 2 latach razem wiem co lubi mój pies, wiem kiedy muszę mu pomóc i w jaki sposób poprawić mu humor. Ta wiedza ułatwia nam obojgu życie, bo gdy Berek jest szczęśliwy, ja psychicznie odpoczywam. Natomiast, gdy ja jestem spokojna, Berek od razu to wyczuwa i łapiemy lepszy kontakt. Dostosowałam spacery do Berka, bo mam świadomość jakim jest psem i czego potrzebuje. Nie chcę mu wmawiać, że jest inaczej. Natomiast on zrozumiał, że właśnie „impreza” jest tam gdzie jest jego pani i nie trzeba za dużo kombinować. Może niektórzy powiedzą, że się poddałam, że robię to co chce pies łażąc po polach w błocie zamiast po alejkach w eleganckim parku, ale… to co dostaję w zamian od mojego psa jest bezcenne.

Nawiązując do tytułu posta – mój wymarzony spacer z Berkiem jest trochę dla niego i trochę dla mnie. Berek miałby zapewnione śmiganie po polach, a ja spokój, odpoczynek, cudowne widoki i mojego szczęśliwego psa u boku.
Szkocja – nigdy tam nie byłam i przyznam, że przez długi czas wcale nie znajdowała się na mojej liście krajów do odwiedzenia. Ale od jakiegoś czasu, gdy zdarzają się mi i Berkowi „spacery idealne”, po polach, w spokoju, bez tłumu ludzi często w brzydka pogodę i deszcz, zaczęła mi się marzyć Szkocja.

Ciężko wybrać najpiękniejszą cześć tego kraju, bo każda tak naprawdę urzeka swoją urodą. Zakładając, że nie chcę wspinać się po górach (choć z drugiej strony…), powinnam mieć możliwość stosunkowo łatwego dojazdu, powinnam wybrać się na wschodnie wybrzeża Szkocji. Dodając również, że oczywiście byłby z nami Berek, powinnam darować sobie dłuższy pobyt Edynburgu, albo w Aberdeen i wybrać pieszą wędrówkę wzdłuż wybrzeża. Na wschodzie znajduje się tzn szlak Fife, który jest uwielbiany przez samych Szkotów. Szlak ma około 150km długości i jest podzielony na siedem krótszych odcinków. Swobodnie można zaplanować cały urlop na wędrówkę z plecakiem z jednego miejsca na drugie podążając od początku szlaku w Newport-on-Tay aż do jego końca w North Queensferry. Fife to dużo historii regionalnej i piękna natura. Myślę, że właśnie w taki sposób chciałabym zacząć poznawać Szkocję i z czasem dotrzeć na zachodnie wybrzeża, aż tak daleko jak Knoydart (choć nie wiem, czy to odpowiedni teren dla amatora takiego jak ja).
Szlak Fife ma swoją stronę internetową, gdzie można znaleźć dużo pomocnych informacji: www.fifecoastalpath.co.uk. Warto zajrzeć! 🙂

fife1
źródło: visitscotland.com
fife2
I jest pies! Kiedyś na takiej fotce będzie Berek 🙂 źródło: wikipedia.com
fife3
źródło: http://vc-moulin.blogspot.com/2011_01_01_archive.html
Gordon-Highlands-2012-4543
Warto jechać dla takich widoków 🙂 źródło: http://www.coppersheen.ch/field.htm, zdjęcie autorstwa Susan Stone

Moja wiedza na temat Szkocji jest znikoma, ale mam nadzieję odwiedzić ten kraj aby móc zweryfikować informacje znalezione w książkach.

Grooming

Parę dni temu skończyłam czterotygodniowy kurs groomingu. Kurs był świetny, gdyż opierał się głównie na zajęciach praktycznych – codziennie, średnio, strzygłam samodzielnie, lub asystowałam w strzyżeniu 3 -4 psów, czasem więcej. Oczywiście taki kurs, mimo iż stosunkowo długi, jest tylko wstępem do sztuki groomingu. Psi fryzjer powinien cały czas rozwijać swoje umiejętności.

Podczas kursu miałam okazje poznać wielu właścicieli psów. Ludzie są różni, podobnie zresztą ich psiaki. Przyznam, że te cztery tygodnie spędzone w salonie groomerskim to była dla mnie niezła szkoła życia. Sama praca groomera jest ciężka fizycznie, wymaga dużo cierpliwości i opanowania. Poza tym, że pracuje się z psami, klientem jest również/głównie (zależy jak i kto na to patrzy) właściciel zwierzaka. Ludzie mają różne podejście do swoich zwierząt, a groomer musi umieć znaleźć wspólny język praktycznie z każdym właścicielem. Wychodzenie z założenia, że moje własne zdanie na temat danego psa, czy jego zachowania czy wychowania jest jedynym słusznym, a inni się mylą, nie pozwoli groomerowi wykonywać swojej pracy. Grooming to opanowanie, samokontrola i wyrozumiałość na poziomie kosmicznym ;).

W czasie mojego kursu leczyliśmy ranę na nodze Berka. Dzięki uprzejmości właściciela salonu groomerskiego, mogłam przyprowadzać Berka do salonu co ułatwiało mi pilnowanie żeby nie lizał gojącej się rany. Niestety zamykanie psa w kennelu w psim kołnierzu to nie jest najlepszy pomysł. Na szczęście Berek świetnie odnalazł się w salonie groomerksim. Już praktycznie po jednym dniu plątania się wszystkim pod nogami załapał co ma robić i … nic nie robił – uspokoił się i zasypiał, gdy ja strzygłam innego psa. Nigdy nie myślałam, że to będzie możliwe. Sądziłam, że w najlepszej sytuacji, będę mogła odizolować Berka od siebie zamykając go w innym pomieszczeniu na czas kiedy ja zajmowałam się innym psem. Nie spodziewałam się, że on wyciszy się do tego stopnia, że zaśnie niedaleko od stołu groomerkiego na którym ja zajmuję się innym psiakiem. Kosmos! Byłam zachwycona zachowaniem mojego psa. Oczywiście pod koniec dnia Berek zaczynał kombinować – podkradał zabawki z półek ze sklepu zoologicznego, który przylegał do salonu, albo zapraszał wszystkie psy klientów do zabawy. Po prostu „berkował” w swoim stylu. Tak czy inaczej nie było problemu żeby w zakładzie wysiedział ze mną ośmio-godzinny dzień pracy. Pomijam już dodatkowo poranne 50 min podróży autobusem , żeby dojechać na miejsce ;).

groomer

Jak już wspomniałam, Berek miał niedawno skaleczoną łapę, która goiła się ponad 3 tygodnie. Skaleczenie nie było duże, ale głębokie i konieczne było usunięcie oddartego kawałka opuszka. Ranka musiała nie tylko się zrosnąć, ale zarosnąć. Nogę trzeba było oszczędzać. Berek chodził w opatrunkach, psich butach i unikaliśmy intensywnego biegania. Rekonwalescencja była długa i już nam wszystkim, nie tylko Berkowi, brakowało spacerów po polach. Kiedy wreszcie, po 3 tygodniach, mój A. zabrał Berka na łąki… Pies wrócił wyglądając tak:

rzep2

rzep

Rzepy wyciągaliśmy z psa przez ponad 1,5 godziny. Berek leżał cierpliwie i nie oponował. Chyba rozumiał, że nie poradziłby sobie sam z wyskubaniem tego z futra i musi wytrzymać nasze „iskanie”. A na pewno go ciągnęliśmy i szarpaliśmy walcząc z tą ilością rzep. Ohyda!

Chciałabym w tym miejscu pozwolić sobie na mały apel. Otóż grooming uchodzi za usługę ekskluzywną, skierowaną głównie do właścicieli małych piesków. Osobiście nie zgadzam się z tym, ale rozumiem skąd wynika takie przeświadczenie. Zanim zaczęłam uczęszczać na kurs uważałam podobnie. Oczywiście, że grooming zwykle tyczy się mniejszych psów. Jednakże, niezależnie od tego jakiego mamy psiaka, warto odwiedzić salon groomerski i dowiedzieć się jaka jest tam oferta i w jaki sposób możemy z niej skorzystać. Grooming to także profesjonalne podcinanie pazurów, czyszczenie psich uszu i dbanie o higienę wokół psich oczu (dotyczy to głównie psów długowłosych). Korzystając z usług salonu groomerskiego można ułatwić sobie po prostu życie – jeśli przyzwyczaimy swojego psa do regularnych wizyt w salonie, można będzie go tam bez stresu zostawić na porządne wyczesanie, a w tym czasie coś samemu załatwić na mieście. Wchodzą do groomera nie musimy od razu strzyc psa zmieniając jego wygląd, zaplatać mu warkoczy czy robić kucyka na czubku głowy. Groomer może po prostu profesjonalnie zadbać o psa.

 

„Friends will be friends…”*

Nareszcie, po wielu rozmowach w sieci, udało nam się poznać osobiście Homera i jego panią. Co tu dużo mówić – spacer był wspaniały: świetne towarzystwo i cudne tereny w Dziekanowie Leśny nad Wisłą pod Warszawą.

Berek i Homer są w podobnym wieku i mają podobny temperament. Z „panią Homerkową” przegadałyśmy o naszych psach prawie dwie godziny i doszłyśmy do wniosku, że nasze czworonogi są bardzo do siebie podobne z charakteru. Podobnie również zachowują się w stosunku do innych psów i ludzi. Podobieństwo jest tak duże, że aż obie byłyśmy tym zaskoczone.

A co na to Homer i Berek? Chłopaki przez większość spaceru udawali, że się nie widzą, ale też nie oddalali się od siebie celowo. Każdy miał tego drugiego na oku gotowy pobiec w jego kierunku i sprawdzić co nowego wywęszył. Nieśmiało poganiali ze sobą przy niewielkiej sadzawce, ale jakoś beż przekonania. Natomiast pod koniec spaceru zaczęło się prawdziwe, seterze szaleństwo – biegali jak szaleni po plaży nad jeziorkiem, wskakiwali do wody, podgryzali sobie uszy. Było na co popatrzeć, bo mimo, iż oba psy były brudne i zaślinione, to nadal uważam, że psie szczęście to najpiękniejszy widok. A to szczęście aż z nich kipiało:). popatrzcie na te dwa wspaniałe cudaki ! 🙂

*Tytuł piosenki zespołu Queen

setter gordon

DSC_0925
Homer

DSC_0932

setters

DSC_0992

DSC_0989

scottish setter

 

DSC_0987

DSC_0953

DSC_0959

seter szkocki gordon

seter

DSC_0974

DSC_0980

DSC_0982