Sport ekstremalny

Kto by pomyślał, że spacery z psem mogą być jak sport ekstremalny. A przynajmniej ja wyglądam jakbym wybierała się na obóz przetrwania a nie na przechadzkę z psem.

Zdarzają się ostatnio upalne dni. Pogoda jest piękna, ale na każdy dłuższy spacer z psiakiem trzeba się odpowiednio przygotować. Pakuje plecak, bo torebka w pasie nie wystarczy na cały rynsztunek. Biorę ze sobą hektolitry wody i miskę dla Berka, mimo iż mój pies gardzi nią w miejscach publicznych (!). Pakuję ciuciusy dla psa i inne 🙂 dla siebie bo czasem w środku lasu opada mi poziom cukru i psuje się humorek i znika wola walki :). Biorę również ze sobą 10-metrową smycz, bo czasem się przydaje. Po kieszeniach pakuje torebki na kupy i papierowe ręczniki, bo Berkowi zdarza się przyklejać do obcych ludzi swój ślinotok… Czasem biorę również kaganiec i bilet na autobus, bo a nóż podjedziemy parę przystanków… Poza tym okulary przeciwsłoneczne i aerozol na komary. W dni w które mam „wenę twórczą” pakuję jeszcze aparat fotograficzny 🙂

Ha ! Ale jeszcze nigdy nie było sytuacji na która nie byłabym przygotowana :D. Kocham te moje wyprawy z Berkiem 🙂

 

Apocalypse now

Berek śmiga w zawrotnym tempie. Biega tak szybko i tak dużo, że nie ma czasu się zatrzymać i odsapnąć. Kto y tam chciał zwolnić, gdy jest tyle rzeczy do obwąchania?

Poszliśmy dziś na spacer na pola nad Wisłą. Było słonecznie, błogo i spokojnie. Aż tu nagle zaatakowało mnie …

Pogoda pod psem

Dziś podobno ostatni dzień takiej paskudnej pogody. Wiem, że zawsze może być gorzej, bo przecież nie pada cały czas i temperatura nie jest na minusie, ale… Już chcę koniec tego!

Ze spacerów wracamy z Berkiem cali w błocie. Na szczęście nauczyłam Berka, że ma czekać grzecznie przy wejściu, aż go choć trochę osuszę. Ciekawe, że on uwielbia tarmoszenie ręcznikiem :). Ale syf jest i tak. Deszcz ostatnio przestał Berkowi przeszkadzać i biega z wielka chęcią póki nie przemięknie do skóry. Potem robi taką żałosną minę i chce szybko do domu. Najczęściej jesteśmy wtedy w środku lasu i nic nie mogę z tym zrobić. Tylko mnie ten „czarny potwór” potem pogania bym szybciej szła do domu…

Dziś zaserwowałam Berkowi prawie 3 godziny spaceru. Zdjęć nie robiłam, bo chyba nie ma co uwieczniać takiej aury na fotkach. Obiecuję, że już niedługo nadrobię zaległości :). A czemu spacer był aż taki długi? Bo z lasku wracaliśmy na piechotę, a Berka przywiązałam sobie do paska w spodniach i za każdym razem gdy pociągnął zatrzymywałam się jak słup soli. Uczenie grzecznego chodzenia na smyczy idzie nam topornie. Z Berkowym temperamentem i odległościami jakie pokonujemy codziennie jest trudno ogarnąć jakikolwiek spacer w mniej niż 1,5 godziny. Berek węszy, rozprasza się wszystkim i chce do wszystkiego podejść i zobaczyć, lub ucieka zupełnie w druga stronę. Eh…

Liczę oczywiście na podpowiedzi co i jak robić, aby ta nauka była skuteczniejsza.

Psi blog?

Ten blog miał i, teoretycznie, JEST o psie. Wiadomo, że o psach można dużo pisać, a o tych najukochańszych pisać można bez przerwy. Ale blog to również bardzo osobisty ludzki „twór”. Nie ma co ukrywać, że o każdym szczególe. który tu ląduję decyduje człowiek a pies ma w tym temacie mało do powiedzenia. Może i Beruś dziś stworzył jakiś fajny post, ale co z tego jak właścicielka nie w sosie? 🙂 Beruś jest dziś uroczy; grzeczny jak Disney’owski bohater przesłodzonej kreskówki. Bawi się pięknie, nie podgryza, nie kombinuje. Toż to jest materiał na post! Przecież powinnam już rozpływać się nad tym jaki mieliśmy wspaniały dzień razem, na spacerku i w domu… I rzeczywiście, Berek dziś był wspaniały i pomógł mi przetrwać ten dzień. Ale pisać o tym na blogu nie będę za dużo.

Dziś zrobiło się właścicielce smutnawo i melancholijnie. Parę miesięcy temu wróciłam do kraju po paru latach studiowania za granicą. Ostatni semestr spędziłam już w Polsce gdzie pisałam większą pracę badawczą. W piątek skończyłam oficjalnie uczelnię i wysłałam wszystkie eseje i pracę końcowe, aby dostać zaliczenia i stać się dumna „graduate”… I tak mi smutno :(. Chciałabym móc uczestniczyć w ceremonii na zakończenie roku akademickiego i razem z przyjaciółmi cieszyć się, że nam się udało przetrwać i na koniec odnieść sukces. Tu w Polsce jest wspaniale, ale czasem samotnie, o człowiek zostawił kawałek siebie daleko za oceanem. Wiem, że jeszcze kiedyś tam pojadę, ale wiem też, że już nigdy nie będę studentem mojej ukochanej uczelni…

I w takie dni nie chcę tworzyć postów na blogu. Chcę tylko spędzić trochę czasu z moim psem i nikomu nie mówić jaki on jest wspaniały i jak go uwielbiam i jak mi pomaga. Tak samo jak czasem nie chcę mówić, że tęsknie za przyjaciółmi z uczelni i jak ta ogromna tęsknota pomaga mi docenić jakie miałam ogromne szczęście, że ich spotkałam.

Fotka, a na niej „Pies Melancholijny”:

Pies w konwaliach

W ten weekend pogada zdecydowanie nas nie rozpieszcza. Jest paskudnie. Rano jeszcze nie było tak źle. Poranny spacer był całkiem przyjemny; nie padało i było ciepło. Ale do domu przygoniła mnie wielka chmura, pełna deszczu. I już tak kropiło, mnie lub bardziej, przez resztę dnia.

Dziś mieliśmy dużo „ludziowego” biegania. Tak czy inaczej, w  południe porwaliśmy Berka na zajęcia w psim przedszkolu. To już drugi weekend kiedy mamy przedszkolaka :). Kiedyś stworzę o tym osobny wpis, ale, tak samo jak Berek, potrzebuję trochę więcej tresury, aby wiedzieć dokładniej co się dzieje. Ale idzie nam super :). Poza tym, okazało się, że przed psim przedszkolem są zajęcia z PT (pies towarzyszący) na które chodzi piękna Tesla z http://dogspaths.blogspot.com/   Jaki świat mały 🙂 !

Ale wracając do paskudnej pogody. W przedszkolu zmokliśmy okropnie, a ja zmarzłam. Berek patrzył na nas z wyrzutem, że to niby co my tacy głupi jesteśmy i karzemy mu biegać za smakołykami w takim deszczu. I przyznaję, że zaczynałam już kwestionować chyba wszystko gdy buty mi nasiąkły, dłonie zmarzły, spodnie miałam do kolan mokre od wysokiej trawy… Ale daliśmy radę i jutro będzie lepiej bo ubiorę się chyba w zimową kurtkę :P, a dla Berka wezmę ręcznik.

Na poprawę humoru zamieszczam parę zdjęć konwaliowych pól, na które trafiłam już jakiś czas temu z Berkiem podczas naszych spacerów po Lasku Młocińskim. Na razie jeszcze rozkwitły tylko niektóre, ale i tak już cudnie pachną. Berek jednak wolał inne leśne smrodki i przełaził po konwaliach zupełnie niewzruszony. No jak Perszeron … 🙂

Frustracje, frustracyjki cz. II

Miało „części II” wpisu o frustracjach nie być. Naprawdę wierzyłam, że takiego wpisu nie będzie. No ale muszę się wygadać, wystękać, wyżalić bo mi ciężko.

Berek poszedł do psiego przedszkola. Dawał nam w kość i decyzja zapadła by jednak zapytać specjalisty. Okazało się, że dość często naprawdę robiłam dobrze większość ćwiczeń z Berkiem. Moje założenia i ich uzasadnienia były prawidłowe, nie wymagam od psa za mało ani za dużo. Moim problemem jest brak cierpliwości. Staram się nie okazywać tego psu, ale zdaję sobie sprawę, że Berek doskonale wie, że zaczynam się wewnątrz gotować. Najgorsze, że brak cierpliwości nie tylko spowalnia efekt ćwiczeń z psem, ale najzwyczajniej w świecie mnie męczy moja słabość… Przykład? Daleko nie muszę szukać: uczę Berka grzecznego chodzenia na smyczy. Stosując się do rad pana instruktora w psim przedszkolu, gry psiak pociągnie (napręży smycz) to zatrzymuję się i czekam jak ją sam poluzuje. Na razie Berek nic nie łapie. Powroty ze spacerów zajmują nam całe wieki… Berek ciągnie, a ja stoję i czekam. Nie odzywam się, nie patrzę na niego. Sterczę tak jak głupek. Berek zaczyna się oczywiście irytować, ale właśnie tego chcę go oduczyć: pies nie może mi dyktować co mam robić i w jakim tempie, nie może się irytować, że nie dostaje tego co chce i okazywać swojego niezadowolenia. To ja mam rządzić i decydować co robimy. Takie jest założenie…. moje. Berek jak na razie myśli inaczej… Wiem, że uczenie psa posłuszeństwa to długotrwały proces i wiem, że dam radę. Potrzebuję czasem trochę się wyżalić…

Dziś wracając ze spaceru gdy mijała 30 minuta „idziemy-stoimy, idziemy-stoimy” mała łezka bezsilności spłynęła mi po twarzy. Berek jej nie widział.

Pies fotogeniczny?

Zdaję sobie sprawę, że zdjęcia trzeba umieć robić. Niby takie zwykłe „cykanie” fotek wydaje się proste, ale aby zdjęcie było interesujące i miało dobrą jakość to trzeba coś niecoś o robieniu zdjęć wiedzieć.

Mi zdjęcia wychodzą jak wychodzą – można to zobaczyć m.in na blogu. Nic specjalnego i zdaję sobie z tego sprawę. Sprzęt też mam przeciętny, co zapewne nie poprawia ich jakości, która i tak jest już byle jaka i „nadjedzona” przez mój brak umiejętności. Ale staram się i wierzę, że z czasem trochę się poprawi ich jakoś i kompozycja.

Tymczasem fotografowanie Berka zawsze sprawia mi przyjemność, nawet gdy zdjęcia nie chcą wyjść.  Czasem jednak robię mu tymi kulawymi zdjęciami „krzywdę”, bo wygląda na mojej nieudolnej fotce tak:

Obwisły ryj u czteromiesięcznego szczeniaka i ta mało inteligentna minka… no cóż-udało mi się uwiecznić to na fotce 🙂 Przepraszam Beruś…

Na szczęście czasem uda mi się pstryknąć zdjęcie na którym Berek jest całkiem-całkiem, czyli wygląda w miarę normalnie: myślący wyraz pyska, refleksyjne i melancholijne spojrzenie (patrz poniżej).

Jak on umie udawać i podlizywać się swoją słodką minką! Bestia jedna :).  Mi jedynie pozostaje mszczenie się na nim fotkami na których wygląda jak obwisły staruch …

Faflo-płaz pospolity

Jest ciepło, oj jest! Na spacer do lasu śmigamy najpóźniej po 7.00, bo potem Berek zaczyna smażenie w upale. W życiu bym go nie wyciągała na bieganie w tak wysoką temperaturę. Berusław 🙂 nie grzeszy zdrowym rozsądkiem (tłumacze to jego wiekiem, ale powoli zaczyna do mnie docierać, że mu to już tak zostanie…), więc biegałby w tym słońcu w najlepsze, aż by go upał powalił. Tak więc rygorystycznie wyznaczam mu kiedy ma się delektować spacerem a kiedy udawać byczka Fernando i wąchać kwiatki w ogródku w cieniu pod drzewem.

Ale zabawa z wężem ogrodowym musi być! Najfajniej to falują jego fafle, gdy podstawi obwisłą mordę pod strumień wody. Co za ciapa! 🙂

Wielka woda

Ciszyca to nieduża wieś położona koło podwarszawskiego Konstancina-Jeziornej. Miejscowość jak miejscowość, raczej niczym specjalnym się nie wyróżnia: domki, ulica, pola, kościół. Co nas interesowało w Ciszycy to dostęp do wspaniałej, dużej, nadwiślańskiej plaży. Zapewne większość warszawiaków zna Ciszycę i jej nadrzeczny skarb, ale my o plaży dowiedzieliśmy się niedawno z tego blogu: http://pieswwarszawie.blogspot.com/2011/10/wypoczynek-nadwislanska-plaza-w-ciszycy.html Z Łomianek do Ciszycy jest spory kawałek, bo trzeba przejechać przez całą Warszawę, dotrzeć do Konstancina i jeszcze odbić w bok w stronę Wisły. Jednak warto było zadać sobie trochę trudu i tam dojechać, bo miejsce jest wspaniałe! Pojechaliśmy tam w niedzielny poranek, więc było pusto i spokojnie. Berek pobiegał po piasku i wskoczył do wody. Pomimo upalnej pogody tego dnia, rano było jeszcze znośnie a nad samą wodą był przyjemny wiaterek. Psiak wyglądał na trochę oszołomionego wielkością wody. Do tej pory widział tylko kałuże a tu nagle taka wielka woda :). Wciąż ostrożnie, ale z ogromna przyjemnością, wskakiwał po patyk, dzielnie aportował i chciał jeszcze! i jeszcze!. Wspaniale się bawiliśmy i na pewno to jeszcze nie raz powtórzymy.