W marcu jak w garncu…

Gdy zaczęło robić się ciepło pomyślałam sobie, że zaczekam na piękną słoneczną pogodę i wtedy dopiero porobię Berkowi zdjęcia. Posiedzimy na trawie, odsapniemy od ciągłego łażenia – będzie super. Ale zaczął padać śnieg… Ciężko mi znaleźć motywację w taka szarą pogodę i, przyznaję, że mam już dość zimy w tym roku. Tak więc to moja wiosenna pogoda z dzisiaj :D…

Berek ostatnio jest grzeczny na spacerach. Parę razy pojechaliśmy na krakowskie Błonia, gdzie szalał z innymi psami. Jednak najczęściej chodzimy na poranne, samotne spacery po polach niedaleko domu. Dzisiaj Berek szalał za dwóch, bo wiało i polował na omiatane wiatrem zaspy 🙂 Łaziliśmy prawie 2 godziny i było cudownie. Dzięki Berek!

DSC_0357

DSC_0354

DSC_0378

DSC_0398

DSC_0399

Reklamy

Pies w konwaliach

W ten weekend pogada zdecydowanie nas nie rozpieszcza. Jest paskudnie. Rano jeszcze nie było tak źle. Poranny spacer był całkiem przyjemny; nie padało i było ciepło. Ale do domu przygoniła mnie wielka chmura, pełna deszczu. I już tak kropiło, mnie lub bardziej, przez resztę dnia.

Dziś mieliśmy dużo „ludziowego” biegania. Tak czy inaczej, w  południe porwaliśmy Berka na zajęcia w psim przedszkolu. To już drugi weekend kiedy mamy przedszkolaka :). Kiedyś stworzę o tym osobny wpis, ale, tak samo jak Berek, potrzebuję trochę więcej tresury, aby wiedzieć dokładniej co się dzieje. Ale idzie nam super :). Poza tym, okazało się, że przed psim przedszkolem są zajęcia z PT (pies towarzyszący) na które chodzi piękna Tesla z http://dogspaths.blogspot.com/   Jaki świat mały 🙂 !

Ale wracając do paskudnej pogody. W przedszkolu zmokliśmy okropnie, a ja zmarzłam. Berek patrzył na nas z wyrzutem, że to niby co my tacy głupi jesteśmy i karzemy mu biegać za smakołykami w takim deszczu. I przyznaję, że zaczynałam już kwestionować chyba wszystko gdy buty mi nasiąkły, dłonie zmarzły, spodnie miałam do kolan mokre od wysokiej trawy… Ale daliśmy radę i jutro będzie lepiej bo ubiorę się chyba w zimową kurtkę :P, a dla Berka wezmę ręcznik.

Na poprawę humoru zamieszczam parę zdjęć konwaliowych pól, na które trafiłam już jakiś czas temu z Berkiem podczas naszych spacerów po Lasku Młocińskim. Na razie jeszcze rozkwitły tylko niektóre, ale i tak już cudnie pachną. Berek jednak wolał inne leśne smrodki i przełaził po konwaliach zupełnie niewzruszony. No jak Perszeron … 🙂

Frustracje, frustracyjki cz. II

Miało „części II” wpisu o frustracjach nie być. Naprawdę wierzyłam, że takiego wpisu nie będzie. No ale muszę się wygadać, wystękać, wyżalić bo mi ciężko.

Berek poszedł do psiego przedszkola. Dawał nam w kość i decyzja zapadła by jednak zapytać specjalisty. Okazało się, że dość często naprawdę robiłam dobrze większość ćwiczeń z Berkiem. Moje założenia i ich uzasadnienia były prawidłowe, nie wymagam od psa za mało ani za dużo. Moim problemem jest brak cierpliwości. Staram się nie okazywać tego psu, ale zdaję sobie sprawę, że Berek doskonale wie, że zaczynam się wewnątrz gotować. Najgorsze, że brak cierpliwości nie tylko spowalnia efekt ćwiczeń z psem, ale najzwyczajniej w świecie mnie męczy moja słabość… Przykład? Daleko nie muszę szukać: uczę Berka grzecznego chodzenia na smyczy. Stosując się do rad pana instruktora w psim przedszkolu, gry psiak pociągnie (napręży smycz) to zatrzymuję się i czekam jak ją sam poluzuje. Na razie Berek nic nie łapie. Powroty ze spacerów zajmują nam całe wieki… Berek ciągnie, a ja stoję i czekam. Nie odzywam się, nie patrzę na niego. Sterczę tak jak głupek. Berek zaczyna się oczywiście irytować, ale właśnie tego chcę go oduczyć: pies nie może mi dyktować co mam robić i w jakim tempie, nie może się irytować, że nie dostaje tego co chce i okazywać swojego niezadowolenia. To ja mam rządzić i decydować co robimy. Takie jest założenie…. moje. Berek jak na razie myśli inaczej… Wiem, że uczenie psa posłuszeństwa to długotrwały proces i wiem, że dam radę. Potrzebuję czasem trochę się wyżalić…

Dziś wracając ze spaceru gdy mijała 30 minuta „idziemy-stoimy, idziemy-stoimy” mała łezka bezsilności spłynęła mi po twarzy. Berek jej nie widział.

Faflo-płaz pospolity

Jest ciepło, oj jest! Na spacer do lasu śmigamy najpóźniej po 7.00, bo potem Berek zaczyna smażenie w upale. W życiu bym go nie wyciągała na bieganie w tak wysoką temperaturę. Berusław 🙂 nie grzeszy zdrowym rozsądkiem (tłumacze to jego wiekiem, ale powoli zaczyna do mnie docierać, że mu to już tak zostanie…), więc biegałby w tym słońcu w najlepsze, aż by go upał powalił. Tak więc rygorystycznie wyznaczam mu kiedy ma się delektować spacerem a kiedy udawać byczka Fernando i wąchać kwiatki w ogródku w cieniu pod drzewem.

Ale zabawa z wężem ogrodowym musi być! Najfajniej to falują jego fafle, gdy podstawi obwisłą mordę pod strumień wody. Co za ciapa! 🙂

Wielka woda

Ciszyca to nieduża wieś położona koło podwarszawskiego Konstancina-Jeziornej. Miejscowość jak miejscowość, raczej niczym specjalnym się nie wyróżnia: domki, ulica, pola, kościół. Co nas interesowało w Ciszycy to dostęp do wspaniałej, dużej, nadwiślańskiej plaży. Zapewne większość warszawiaków zna Ciszycę i jej nadrzeczny skarb, ale my o plaży dowiedzieliśmy się niedawno z tego blogu: http://pieswwarszawie.blogspot.com/2011/10/wypoczynek-nadwislanska-plaza-w-ciszycy.html Z Łomianek do Ciszycy jest spory kawałek, bo trzeba przejechać przez całą Warszawę, dotrzeć do Konstancina i jeszcze odbić w bok w stronę Wisły. Jednak warto było zadać sobie trochę trudu i tam dojechać, bo miejsce jest wspaniałe! Pojechaliśmy tam w niedzielny poranek, więc było pusto i spokojnie. Berek pobiegał po piasku i wskoczył do wody. Pomimo upalnej pogody tego dnia, rano było jeszcze znośnie a nad samą wodą był przyjemny wiaterek. Psiak wyglądał na trochę oszołomionego wielkością wody. Do tej pory widział tylko kałuże a tu nagle taka wielka woda :). Wciąż ostrożnie, ale z ogromna przyjemnością, wskakiwał po patyk, dzielnie aportował i chciał jeszcze! i jeszcze!. Wspaniale się bawiliśmy i na pewno to jeszcze nie raz powtórzymy.

Kiszona kapusta

Dziś przypomniała mi się pierwsza Berkowa kapusta kiszona… A o co chodzi? Już wyjaśniam. Setery mają to do siebie, że … dużo się ślinią. Wiszą im takie gluty ciągle i dyndają na wietrze, przyklejają się do spodni gości i płaszczy napotkanych na ulicy osób. W przypadku seterów kaganiec nie tylko służy zachowaniu bezpieczeństwa w środkach komunikacji publicznej, ale też wyłapuje ich ślinotok.

Ale wracając do kapusty… Jak byłam mała to mieliśmy pięknego gordona. Odkąd pamiętam to nazywałam jego obwisły ślinotok „kapustą kiszoną”. Określenie bardzo trafne, bo nie da się ukryć, że widać pewne podobieństwo :). Parę tygodni temu Berek miał swoja pierwszą „kapustę kiszoną” – obślinił się klasycznie i stracił panowanie nad ślinotokiem który okręcił mu się wokół pyska :). Oj jak żałuję, że tego nie uwieczniłam na zdjęciu 🙂

Myślę, że z mojej anegdotki będą się śmiać jedynie psiarze 🙂

Mała frustracja, frustracyjka….

Eh, kiedy mój psiak pojmie, że ze mną nie wygra? Tak, tak – wiem – jestem naiwna, że naprawdę wierzę iż zwycięzcą będę ja i tylko JA. Czasem jest ciężko się nie poddać. Praca z psem to codziennie nowe, a zarazem bardzo do siebie podobne…, wyzwania. W poniedziałek Berek przestał zjadać sarnie kupy w lesie. Ale już we wtorek łapał je w gębę jakby nigdy nic i uciekał glamiąc mordką. Okazało się, że we wtorek komenda „zostaw!” już nie działała. W środę za to Berek prawie cała drogę do lasu wspaniale szedł przy nodze. Cud! Nie, żaden tam cud, bo już dziś ciągną jak oszalały.

Nie poddaję się, choć mam czasem wielką ochotę to zrobić. Jak piesek teraz mały to jak pociągnie to przecież tylko łatwiej iść… Nie, nie nie! Piesek urośnie i wtedy go nie opanuję. Spacery stanął się dla niego i dla mnie po prostu nieprzyjemne, albo co gorsza, niebezpieczne. Tak więc mozolnie go ściągam do siebie i koryguję jak zaczyna ciągnąć. I tylko aby nie okazać zniecierpliwienia…

Tak więc nie poddaję się. Zatrzymuje go przed każdą ulica komenda „stój!”, nawet jak nic nie jedzie i jest 6:30 rano i nie ma żywej duszy na ulicy. Nagradzam i idziemy. Niech nauczy się, że bezmyślnie nie ma co wbiegać na ulicę bo nie dostanie ciuciusa… Wycieram mu nogi z błota zanim jeszcze wbiegnie do salonu. Nawet gdy jest piękna pogoda, świeci słońce i pies jest czyściutki. On nie musi wiedzieć co ja robię, a jak będzie cały w błocie to się przyda by stał jak osiołek w przedpokoju i czekał na ciuciusa gdy tymczasem ja  postaram się doprowadzić go do względnej suchości. Gdy go karmię to stawiam jego miskę na naszym stole i udaję, że z niej wyjadam. Niech wie kto je pierwszy, kto jest szefem i kto komu oddaje łaskawie „resztki”. Na spacerach wołam go nawet gdy nic się nie dzieje i daję ciuciusa… Oj czego to ja nie robię … I wciąż mało i wciąż Berek próbuje mnie ustawiać i testuje jak bardzo tym razem mu się to uda.

Ale walczę i nie zamierzam się poddać. Co ciekawe to ta „walka” jest głównie z samą sobą i moimi własnymi słabościami, a nie z psem 🙂