Wyglądam na 15 lat i mam dużego, czarnego psa

Ok, nie wyglądam może na 15 lat. Pewnie spokojnie można mi dać więcej, jednak na swój wiek nie wyglądam. Szczególnie na spacerze z psem, gdy jestem ubrana na spotowo, mam plecaczek i zero makijażu. I tak naprawdę to się cieszę, bo która kobieta nie chce wyglądać na młodszą niż jest w rzeczywistości? 🙂 Jednakże ja mam zwykle ze sobą dodatkowy element, który skutecznie klasyfikuje mnie jako „tą co jest młoda, niepoważna i którą można zignorować”. Otóż wyglądam na 15 lat i mam ze sobą dużego, czarnego psa… Nie będę tutaj wyskakiwać z feministycznymi poglądami, choć zapewne to jak mnie czasem ludzie traktują (lub ignorują) ma też związek z tym, że jestem kobietą. Jednak jest w tym coś więcej. Wiem, że w oczach ludzi po prostu nie wyglądam poważnie, gdyż przypominam dziecko i to na dodatek z wielkim psem. System myślowy wielu ludzi zawiesza się i nie wiedzą jak zanalizować takie zjawisko 🙂 Rabią więc to co wychodzi im najlepiej – ignorują lub pokazują brak akceptacji poprzez okazanie swojej wyższości.
Psychologiem nie jestem, ale jak można wytłumaczyć fakt, że prawie zawsze, gdy jadę z Berkiem komunikacją miejską, to JA, nikt inny, ustępujemy miejsca, przesuwamy się i dopasowujemy do różnych sytuacji. Każda normalna osoba ustępuje miejsca starszemu w autobusie, ale czemu gdy siedzą inni i ja z Berkiem, to nikt oprócz mnie się nie ruszy? Ostatnio jakaś staruszka była zmuszona przeszurać przez pół autobusu w moim kierunku, minąć paru siedzących wygodnie „gentlemenów”, żebym dopiero ja wstała i zwolniła jej miejsce. Nie mam nic przeciwko ustępowaniu miejsca, gdyż uważam, że tak powinno się robić, ale nie znoszę tego założenia, że „ktoś, zapewne ta dziewczyna co ma psa, wstanie i ja nie muszę”… Z Berkiem jesteśmy na straconej pozycji, bo jesteśmy elementem niepożądanym w komunikacji. Oczywiście nie wszyscy tak nas traktują i nie chcę uogólniać, jednakże zdecydowanie zbyt często jestem postawiona w takiej sytuacji, ażeby tego nie zauważyć.

Widzę dwa rozwiązania:
1. Nie przejmować się i wstawać/przesuwać/usuwać się dalej.
2. Ubierać się w strój wieczorowy żeby poważnie wyglądać i budzić respekt.
3. Nauczyć Berka komendy :Obśliń chama!”

Znając mój charakter i potencjał Berka – połaczymy opcje numer 1 i 3  😀

DSC_1001

Dolina Chochołowska z psem

W ostatni weekend spontanicznie pojechaliśmy do Zakopanego. Chcieliśmy jakoś wykorzystać fakt, iż pożyczyliśmy od rodziców auto i jesteśmy „mobilni”. Pociąg Kraków – Zakopane jedzie prawie 4 godziny i pchanie się z psem w tłumie tylko na dwu-dniowy pobyt nie mam moim zdaniem sensu. Samochodem podróż zajmuje około 2 godzin i przebiega w komfortowych warunkach. Warto!

Do Tatrzańskiego Parku Narodowego nie wolno wprowadzać psów. Jedynym wyjątkiem jest Dolina Chochołowska, gdzie psiaka można zabrać, pod warunkiem, że jest prowadzony na smyczy. W kasie przy wejściu do Parku dowiedziałam się, że nie ma dodatkowych opłat za psa (jak to pan sprzedający bilety powiedział: „Jeszcze nie ma…” 🙂 ) Początkowo planowaliśmy, że Berek będzie iść na długiej lince, ale szybko okazało się to niemożliwe. W dolinie było dużo turystów i ciągle musieliśmy zbierać linkę i przywoływać psa. Trzeba także uważać na rowerzystów (w Dolinie Chochołowskiej można poruszać się na rowerze) i na traktor przebrany za małą, hałaśliwą ciuchcię, który co jakiś czas wwozi  turystów na górę. Natomiast Berek był oszołomiony ilością zapachów i miotał się nieprzeciętnie… Linka okazała się kłopotliwa, mimo iż Berek szedł ścieżką, nie wskakiwał w las i nie plątał się między drzewami.

Do schroniska dotarliśmy dość szybko. Mimo iż wyszliśmy stosunkowo późno, bo dopiero po 8.00 ruszyliśmy doliną, to już około 11.00 siedzieliśmy w cieniu na polanie opodal schroniska. Berek był wyraźnie podekscytowany i nie do końca wiedział co się dzieje. „Bronił” nas przed ludźmi z plecakami, co zmuszało go do nadmiernej aktywności, bo większość ludzi w górach ma plecaki…  Brzęczał na wlokące się w dziwnym tempie grupki ludzi. Nam udało się odpocząć pod schroniskiem, ale pies cały czas czuwał :).

Gdy schodziliśmy, Berek musiał być na krótkiej smyczy, gdyż większość ludzi szła w przeciwnym kierunki niż my, dopiero wspinając się na górę. Przewiązałam sobie naszą krótką Berkową smycz przez ramię i dzięki temu miałam wolne ręce. Przyznaje, że podczas naszej wycieczki pomyślałam o pasie do dog – trekkingu. Nigdy nie miałam okazji go wypróbować, ale wydaje mi się, że mógłby się dobrze spisać podczas takiej wycieczce.  Takiego pasa nie posiadamy, gdyż zawsze miałam obawy, że nie dam rady prowadzić na nim Berka, głównie ze względu na to iż nie ważę nawet dwa razy więcej od niego i bałam się, że mnie przewróci. Dodatkowo Berek jest bardzo silny jak na swój niepozorny wygląd :). Jednakże, gdy wlekliśmy się Doliną Chochołowską, a plan z długą linką legł w gruzach, zaczęłam marzyc o takim pasie 🙂

Schodząc doliną, około południa, spotkaliśmy parę piesków. Minęliśmy dwa Hovawarty, parę Yorków i buldożki francuskie. Moim zdaniem pogoda była ekstremalna jak na wyprawy z psem, a szczególnie dziwne wydało mi się zaczynanie wycieczki koło południa, w największy upał, kiedy nie ma prawie w ogóle cienia, a wszystko powoli zaczyna się gotować. No cóż … może przesadzam :/. Na dole Doliny Chochołowskiej jest asfaltowa nawierzchnia – dotknęłam ją ręką i paliła! Szliśmy z Berkiem poboczem, żeby mógł iść po trawie. Parę razy zamoczyliśmy psiaka w strumieniu. Niestety sądzę, że jest to zabronione, ale nie widziałam nigdzie znaków, a ludzi brodzących w wodzie było multum.

Do Krakowa wracaliśmy w niedzielę popołudniu. Berek w samochodzie spał jak kamień i tylko słychać było jego ciche chrapanie. Weekendowy wypad był super i dał mi dużo pozytywnej energii. Mam nadzieje, że Berkowi też się podobało 🙂

DSC_0947

DSC_0956

DSC_0964

DSC_0968

DSC_0978

DSC_0924
spacer pod Gubałówką

DSC_0908

DSC_0937

Lasek Wolski

Krakowski Lasek Wolski przeszłam już chyba we wszystkie strony. Mieszkamy niedaleko, więc mamy wiele ku temu okazji. W Lasku Wolskim Berek chodzi na 15-metrowej lince i sluszczam go tylko gdy spotkamy jakiegoś innego psiaka i jest okazja na zabawę. Oprócz tego w Lasku jest okowiązek prowadzania psa na smyczy, który uważam za w pełni uzasadniony, gdyż jest tam mnóstwo zwierzyny. Dodatkowo, sarny są przyzwyczajone do człowieka i podchodzą dośc blisko. Berek biegał w Lasku luzem, gdy był młodszy – węszył za zapachami, lecz nie miał pojęcia co zrobić z tropem. Teraz doskonale wie jaki zapach co oznacza i częście rusza w pogoń. Puszczanie go luzem odpada. Na szczęście Berek wspaniale sobie radzi na lince i jeśli spacer jest odpowiednio długi i urozmaicony, to wraca z niego zadowolony.

Oprócz tego, że w Lasku jest zakaz puszczania psów, należy uważać na rowerzysów. Nawet mając Berka na lince, muszę cały czas rozglądać się czy nie mknie gdzieś rower, bo potrzebuję chwili na zawołanie psa i ściągnięcie linki… Czasem jest ciężko. Poza tym część szlaków biegnie asfaltowymi dróżkami po których czasem jeżdżą samochody pracowników krakowskiego zoo, mieszczącego się w Lasku Wolskim. Niestety zwykle „nyski”, różne małe ciężarówki pędzą jak szalone. Przyznaję, że jest to niezwykle stresujące. Przecież po tych dróżkach przemieszczają się mamy z wózkami, biegają czasem dzieci, jeżdzą rowerzyści… Ale cóż, ostatecznie da się ominąć części parku gdzie pojawiają się auta.

W dzisiejszym poście chciałabym opisać fragment żółtego szlaku, który jest jednym z moich ulubionych. Można na niego wejśc z dwóch stron: od strony Alei Wędrowców przy Klasztorze Kamedułów; albo od strony Woli Justowskiej, od Alei Panieńskich Skał. Trzeba uważać, gdyż żółty szlak znajduje się w dwóch miejscach w Lasku, co jest mylące (patrz mapka). Najciekawszy fragment szlaku zaczyna sie przy zoo, kiedy schodzi kamiennymi schodami do Wolskiego Dołu.

DSC_0645
zejście do Wolskiego Dołu
mapa_las_wolski_d
źródło: http://www.zoo-krakow.pl

DSC_0643

DSC_0653

DSC_0657
poranne słońce

DSC_0656

Szlak jest bardzo urozmaicony. Czasem jest trudny do przejścia i trzeba uważać, aby nie poślizgnąć się na wilgotnej powierzchni. Czasem trzeba powspinać się po schodach :). Nie jest to banalny szlak, a Berek na lince dostarczał dodatkowych wrażeń. Na szczęście przeważnie reaguje na komendę „wolniej!”…

DSC_0668

DSC_0665

DSC_0658

DSC_0669

DSC_0671

Szlak dochodzi od strony Woli Justowskiej do rezerwatu Panieńskich Skał, gdzie przecina się z niebieskim i czarnym szlakiem. To bardzo malowniczy fragment Lasku Wolskiego, ale dość niebezpieczny jeśli jest mokro i ślisko. Po drodze na ścieżce znalazłam zgubionego damskiego klapka… nie wnikam :P.

Naprawdę polecam Lasek Wolski jako doskonałe miejsce do aktywnego wypoczynku. Sugeruję zejść z asfaltowych alejek i zwiedzić jego mniej znane zakątki.

Kaganiec fizjologiczny

Czemu pies ziaje, gdy jest gorąco? Nie trzeba czytać rozprawek z biologi o tym co dzieje się w organiźmie psa w czasie upału -wystarczy zapamiętac jedno: PIES ZIAJE, ABY PRZEŻYĆ.

Psy nie pocą się jak ludzie, czyli nie chłodzą się całą powierzchnią ciała. Jedyny sposób w jaki psiak może schłodzić swój organizm, to właśnie poprzeć ziajanie i – po prostu – wywalenie języka. Psy dyszą wciągając szybko powietrze, które ochładza ich organizm. Oczywiście nie jest to najlepszy sposób na schłodzenie organizmu, szczególnie gdy wdychane przez psa powietrze jest w upalne dni bardzo gorące. Wiadomo, że psy powinny przebywać w cieniu. Jeśli nam jest ciepło – psu jest znacznie cieplej. Konieczne jest także regularne podawanie mu wody, którą odpowiedzialny właściciel MUSI mieć ze sobą na każdym dłuższym spacerze w lato. Pomimo iż, tak często widzimy ziejące psiaki i w tak oczywisty sposób pokazują nam, że jest im gorąco, to nadal wielu właścicieli psów skazuje swoje zwierzęta na istne katusze nie podając im wody i wciskając je w za małe kagańce.

Mam czarnego, długowłosego psa – muszę wyjątkowo na niego uważać w upał, bo dodatkowo jeszcze uwielbia biegać i czasem zapomina, że jest gorąco. Nie ruszam się z domu bez minimum 2 litrów wody. Często też, gdy robi się wyjątkowo upalnie, wstaję o 6.00, żeby zabrać go na poranny spacer zanim zrobi się naprawdę ciepło. Staram się myśleć trochę za niego, bo to mój obowiązek.

Ostatnio zaczęłam zwracać uwagę na psie kagańce i czym ludzie podduszają i podgotowywują swoje psy. Tak, podgotowywują, bo inaczej nie da się tego nazwać. Czasem jeździmy z Berkiem na krakowskie Błonia, a tam zdarza sie widzieć psy w kagańcach. Chwali się właścicieli za to, że zdają sobie sprawę, że ich pies nie jest odpowiednio zsocjalizowany i potrzebuje kagańca (oby tylko jeszcze pracowali nad wyprowadzeniem go z tej agresji, ale to już inna bajka…). Jednakże wszystkie te psiaki mają za małe kagańce!! Biegają w opaskach weterynaryjnych albo metalowych, malutkich kagańcach, które zamykają im praktycznie całkowicie pyski. Psa najpierw słychać a potem dopiero widać, bo tak charcze i pluje na boki próbując oddychać, ziajać, schłodzić się. Atakowanie i pouczanie każdego, kto założył psu niedobry kaganiec nie do końca ma sens. Ja tego nie potrafię zrobić, bo tchórzę. Zresztą zdaję sobie sprawę, że nie wynika to ze złych intencji właściciela, tylko po prostu z niewiedzy. Kagańce fizjologiczne istnieją, ale są trudno dostępne. W sklepach zoologicznych cieżko je w ogóle znaleźć i tym samym sprzedający ich nie polecają (sama kiedyś usłyszałam w sklepie zoologicznym, że fizjologi to tylko wtedy, gdy pies ciągle musi biegać w kagańcu, bo przecież są takie wielkie….). Ludzie po prostu nie wiedzą, że istnieje inny kaganiec niż ten mały wciśnięty na pysk ich psiaka. Zatem apeluję, żeby zacząć mówić o kagańcach! My, psi blogerzy, powinniśmy wspominać, o tym, że kaganiec nie jest po to aby zamknąć psu pysk, tylko, żeby sprawić, że pies nie zamknie go na czymś. Powinniśmy pisać o tym, że pies musi mieć możliwość dyszeć, bo inaczej grozi mu śmierć z przegrzania. Ja dowiedziałam się o fizjologach od Pies z Warszawie :).

A teraz parę słów o kagańcu fizjologicznym, który kupiłam dla Berka. Kupowałam go w sklepie internetowym PRODOG.PL  który prowadzi sprzedarz kagańców fizjologicznych firmy CHOPO. Fizjologi są produkowana dla konkretnych ras. Oczywiście nie dla wszystkich. Dlatego czasem trzeba po prostu ustalić do jakiej rasy nas psiak jest podobny… Uważam jednak, że nie jest to do końca dobra metoda, bo psy mają bardzo zróżnicowane kształty pysków, nawet jeśli wydaje nam się, że jest podobny do jakiejś rasy. Dlatego najlepiej jest zmierzyć psią mordkę, a potem dobierać kaganiec. Ważne są trzy pomiary: wysokość, długość, i szerokość (pokazane to jest TUTAJ ). Po zmierzeniu i wczytaniu się w wymiary kagańców dla poszczególnych ras okazało się, że na Berka pasuje kaganiec dla … boksera :). I tutaj jeszcze jedna uwaga – fizjologi wydają się za duże, ale tak ma być 🙂 Otóż w kagańcu fizjologicznym pies może swobodnie ziajać, czyli otworzyć pysk, dlatego też kaganiec jest duży. Ponieżej umieściłam zdjęcie na którym jest kaganiec fizjologiczny (po lewej) i zwykły kaganiec plastykowy. Można porównać kształt i wielkość. A my będziemy testować fizjologa w terenie już jutro 🙂

DSC_0642

DSC_0676

Myjnia dla psa

Z Berkiem nigdy nie jest nudno. Nawet z pozoru zwykły niedzielny spacer może okazać się prawie pięcio-godzinną wyprawą z przygodami.

Wczoraj postanowiliśmy pojechać przed południem na Błonia. Chcieliśmy, żeby Berek polatał z innymi psami, wyszalał się I potem spał przez resztę dnia. Taki był plan … 🙂

Na Błoniach bywam dość rzadko I nie do końca wiemy kiedy w weekendy przychodzą tam psiarze. My dotarliśmy około 10.00, wychodząc z założenia, że jest ciepło, więc psiaki zapewne przyjdą wcześniaj, omijając południowy skwar. Jednak nikogo nie było… Po pewnym czasie stwierdziliśmy, że pójdziemy czegoś się napić I najwyżej za jakiś czas wrócimy na Błonia zobaczyć czy tym razem są psy. Idąc na przystanek autobusowy, żeby podjechać do FORUM Przestrzeń, minęliśmy jakis państwa z dziewięciomiesięcznym Airedale terriem. Chwilę porozmawialiśmy, bo okazało się, że psy chcą poganiać razem. Terrier był młodziutki I dośc rezolutny, więc napomnęłam, że warto uważam, że wielkie błotne kałuże na Błoniach, bo “nasz to często wskakuje I potem jest kłopot”. Mili państwo od terriera poinformowali nas, że po drugiej stronie Błoń jest … myjnia dla psa… Śmichy -chichy, że takie te psiaki zwariowane I że myjnia to całkiem fajny pomysł I że może kiedyś skorzystamy. Pożegnaliśmy się, żeby śmignąć do FORUM. FORUM to super miejsce dla psiaków – sądzę, że stworzę osobny post, w którym pokarzę Przestrzenie Forum I co mają do zaoferowania nam – psiarzom, I naszym pupilom. Wczoraj w FORUM odpoczęliśmy w cieniu na leżaczkach, popijając sok pomarańczowy, orenżadę I zajadając ciasto rabarbarowe. To było dokładnie to czego potrzebowaliśmy, szczególnie, gdy reszta dnia miała już zupełnie nie- relaksacyjny charakter…

Z FORUM ruszyliśmy spowrotem na Błonia. Tym razem było dożo psiaków i Berek biegał jak szalony, w ogóle nie zwracając uwagi na gorąc. Ale, gdy już mieliśmy się zbierać do domu, Berek stwierdził, że czas na kąpiel i zanurkował w ogromnej, błotnej kałuży. Przez cały spacer udawało nam się odpędzić go od tego syfu, ale pod koniec zagapiliśmy sie, a Berek idealnie wykorzystał chwilę naszej nieuwagi. Ponieważ, że czekał nas powrót do domu autobusem z potworem błotnym, postanowiliśmy poszukaćpsiej myjni (klik) o której opowiadali właściciele wcześniej spotkanego terriera. Nie było chyba osoby, która nie patrzyłaby się na nas z zaskoczeniem, bo nie tylko Berek był w syfie – po paru chwilach i my byliśmy cali w błotnych kropkach i smugach…

Myjnia znajduje się na ulicy Piastowskiej . Wygląda niepozornie, ale spełnia swoją role doskonale. Działa za zasadzie samoobsługowej myjni samochodowej – wrzucasz do automatu pieniążek, wybierasz opcję mycie psa krótko- lub długowłosego. Urządzenie dozuje szampon, ciepłą wode do namydlenia i opłukania psiaka. Są nawet ręczniki i suszarka, ale z nich nie korzystaliśmy. Psia myjnia to rewelacyjny pomysł – ma specjalnie zaprojektowaną wannę z wygodnym dla psa podejściem, dzięki czemu zwierzęciu, jak również właścicielowi, jest po prostu wygodniej, a mycie przebiega sprawniej. Dzięki temu, że psiaka kąpie jego opiekun a nie obca osoba w salonie pielęgnacji, zwierzę praktycznie nie stresuje się. Temperatura wody to 39C. Dowiedziałam sie również, że w myjni jest specjalna słuchawka od prysznica, która nie wydaje ultradźwięków i dzięki temu jest przyjazna zwierzętom.

Błoto na Berku nie było zwykłym błotem – to była gęsta maź, która okleiła go grubą warstwą. Długo musieliśmy z tym walczyć, jednak Berek stał w wanience spokojnie i w ogóle nie awanturował się. Przyznam, że nie wiem jak byśmy wrócili wczoraj do domu autobusem, gdyby nie psia myjnia i niesamowity zbieg okoliczności, że akurat przypadkowo spotkani psiarze mimochodem o niej wspomnieli.

Z Błoń podjechaliśmy pod zoo w Lasku Wolskim i stamtąd przeszliśmy już do domu na piechotę. To była naprawdę emocjonująca wyprawa, szczególnie biorąc pod uwagę, że właściwie nigdzie nie byliśmy 😀 … Berek jest niezawodny 😀

3ahlAND7IVcZdlvvIfCEv90_QDv6XA8n19KLI6LABB8

psa1LOCESnduoxJrZAQ3g8INX9_x-r2rMew9jWIAZrs

tHZr8Zclnzc0tnduVjTwBYf4F07oyiNsjCwezf8U7Jw

8lQxA2a_mk3vrIzWMf3xvXG1b0NQKB_rpA0uegsEhq4

EmZ78f7pwz559tCHSRKtAm8XBMfAKrRRm-u7mdFqrX4

FjA2iT8u73eOxnKSrG5sXNE-3gxkBTelCtzKtcofVHg

3TQY2NOtcZfL4bggFNVP2mXrWRZJloZjaI32Yxt9Uaw

o6jo1z0869qDNm70Mty76ow3mRt1X4S6-88sDWbPLRE

Wakacji nam trzeba ! :)

Długo nie było nowych wpisów na blogu. Melduje, że u nas wszystko w porządku, nic strasznego się nie dzieje – ot, zabrakło sił i „weny” na nowe wpisy. Nie będę ukrywać, że nie mogłam się zmobilizować, aby stworzyć nową notkę. Nawet nie miałam  ochoty na robienie zdjęć, co zdarza się rzadko.

Niedawno minął rok odkąd jestem żoną. Nasza pierwsza rocznica wypadła dokładnie dzień po mojej sesji, która w tym semestrze była wyjątkowo trudna i męcząca. Byłam padnięta i nie miałam nawet za bardzo siły myśleć o świętowaniu. Po dosłownie kilku dniach pojechałam z Berkiem na tydzień do moich rodziców, a mąż został w Krakowie. Oczywiście było załamanie pogody i nagle z 30C zrobiło się 12C i padał deszcz. Miałam dużo czasu na siedzenie pod kocem w jakiś domowych dresikach (nie tak miał wyglądać mój tydzień „wakacji” w ukochanej Warszawie…) i zastanawianiu się nad tym jak bardzo brakuje mi męża, jak bardzo czuję, że jednak powinniśmy wreszcie pojechać na miesiąc miodowy itp…. Ja to ja, jestem tylko zmęczona psychicznie rutyną. Jednak mój A. jest zmęczony psychicznie jak i fizycznie, bo wakacji nie miał już od bardzo dawna. Wakacje, czyli czas kiedy wyłączasz głowę i nie musisz niczego kontrolować i organizować. Wakacje, które skutecznie zrelaksują i naładują baterie, nie mogą być w domu. Tymczasem my, A. i ja, osiągnęliśmy stan w którym chyba nawet za bardzo nie mamy siły planować wyjazdu. Nie jest dobrze….

Dziś wybrałam się z Berkiem do Lasku Wolskiego. Zwykle spacerujemy tam, gdy jest gorąco, bo Berek jest tam na 15-metrowej lince, a w upał nie czuje potrzeby biegania. Najczęściej robimy tam rundkę – wersja krótsza – około godziny marszu, wersja dłuższa – ponad 2h szybkiego marszu po pagórkach. Dziś wybrałam wersję dłuższą, bo jest ciekawsza i Berek chyba ja bardziej lubi. Było super, bo szliśmy po cieniu, pies był spokojny i bardzo grzeczny. Jednak pod koniec spaceru, Berek wykorzystał moją nieuwagę, i wskoczył do ogromnej, głębokiej, i wręcz gęstej kałuży…  W domu nie mogłam go z tego domyć nawet szamponem. Codziennie musi się gdzieś zanurzyć.

SAM_0967

SAM_0970

I nie ma problemu!

Otóż posiadanie w Polsce psa i bycie aktywnym psim właścicielem jest bardzo często wyczynem. Może zaznaczę, że mówię o posiadaniu psa większego od kota, którego nie da się zamknąć w transporterze i uznać, że to bagaż podręczny… Pominę fakt, że ludzie są niezadowoleni, gdy widzą psa, pominę też fakt, że gapią się jakbym prowadziła samego diabła z diabelskimi racicami. Pominę też fakt zaczepiania mnie przez wszystkich żuli, próby „podrywu na psa” (mojego!), i panika wszystkich babć, że Berek zaraz je zje. Pominę to wszystko, choć tak na prawdę jest to beznadziejne, irytujące i mnie drażni, bo jestem nerwową i bardzo zasadniczą osóbką. Ale cóż – nie mam wpływu na to co robią inni ludzie. Nie mogę też im zabronić gapić się, albo komentować, bo na to nie ma paragrafu 🙂

Co jednak mnie wykańcza, to fakt, że w naszym kraju obowiązuje chyba prawo: „nie-bo-nie”. Jest ono oparte na chęci uniknięcia ewentualnego problemu poprzez ignorowanie go. A ja zaczynam na to reagować alergicznie … może warto zacząć o tym więcej mówić? Właściciel psa to też człowiek. Tylko taki z psem…

Otóż zastanawiałam się ostatnio czy mogę wejść do knajpy z psem jeśli nie ma na drzwiach oznaczenia, że z psem nie wolno. Czy mogę założyć, że jeśli nie ma zakazu to jest zezwolenie? Czy jak tylko usiądę to jednak podejdzie do mnie ktoś z pracowników i mnie wyprosi? Czy mam ochotę narażać się na to, żeby mnie publicznie wywalali z lokalu? Nie mam. Tak więc zawsze pytam czy mogę wejść z psem i widzę te zdziwione, albo zakłopotane miny kelnerów. Na to też nie mam ochoty. Wnioskuję więc, że lokale nie wywieszają znaków czy z psem wolno czy nie, bo liczą, że takich sytuacji nie będzie, albo będzie ich mało więc nie będą robić sobie kłopotu. Przecież człowiek z psem w knajpie to wyjątek… I może się rozmyśli i w ogóle nie wejdzie?…

Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że nieposiadanie auta może aż tak ograniczać życie. Po tym jak udało mi się przeżyć bez samochodu ponad 4 lata w Stanach Zjednoczonych, stwierdziłam, że mieszkanie w Krakowie bez swoich czterech kółek nie będzie problemem. I może nadal bym tak twierdziła, gdybym nie miała psa… Psa, który nie lubi jeździć autobusem, tzn – nie jest mu owa jazda autobusem obojętna. Tak więc, jeśli chcę gdzieś pojechać z psem to muszę najpierw dowiedzieć się czy z psem  da się tam przebywać. Musze to wybadać, bo rzadko kiedy jest takowa informacja podana na stronie hotelu czy pensjonatu. Zastosowana jest tutaj wspomniana wyżej metoda, że nie będzie się o tym wspominać, bo nie ma przecież potrzeby… Jak już zadzwonię i wybadam czy moge zanocować z psem (który przecież wygląda jak ucieleśnienie diabła…), to muszę poszukać transportu. Sprawa z PKP jest jasna, choc nie uważam, że do końca normalna. Jednak stękać na PKP nie będę, bo nigdy nie miałam problemu ani z uzyskaniem informacji ani z kupnem legalnego biletu dla psa. Siedziałąm wprawdzie na podłodze, a zimą byłam pokryta szronem, ale przynajmniej nie obeszły mnie pluskwy w intercity… Schody zaczynają się gdy chcę przejechać z psem PKS lub lokalnym busem. Berka do PKS nie wsadzę, bo nie lubi autobusów i nie zaserwuje mu takiego stresu. Natomiast busy? Psów nie można przewozić, albo nie ma na ten temat informacji na stronie przeowoźnika, bo po co:/? Kto by chciał jechać busem z Poronina do Słowackiego Zdiaru z psem? Zapewne nikt…

Ale spokojnie, ja coś wymyśle i tam jakoś dotrę. Poszukam lepiej, wypytam, doczytam, podzwonię i dotrę z psem tam gdzie będę chciała. Uda mi się, bo jestem uparta i zasadnicza. Nie rozumiem jednak czemu muszę aż tak walczyć i trafiać na tyle przeszkód. Zdaje sobie sprawę, że stękam, bo to tylko pies. Młode mamy nie maja jak się przemieszczać, bo mają wózek, którego nie ma gdzie wcisnąć w PKS czy busie. A ludzie niepełnosprawni? Chyba słyszałam o jakimś wagonie PKP przystosowanym dla wózków… Jest taki jeden, dwa? Przecież to są problemy nie do pokonania! Jeśli ja, mając po prostu włochatą istotę na końcu smyczy, spotykam się z tyloma trudnościami i jakimś zadziwiającym ostracyzmem, to co muszę przeżywać inne osoby?

DSC_0514

DSC_0521

DSC_0530

„If I was going somewhere, I was running!” – Forrest Gump

Berek ma takie dni, że cały czas biegnie. Wyraźnie ma wtedy problemy z chodzeniem jako takim. Atakuje go tyle zapachów, latają we wszystkich kierunkach i trzeba je gonić. Tak to mniej więcej wygląda – jakby Berek próbował sam siebie gonić, gonić wiatr, uciekające plamy cienia na polach. Szaleństwo! Uwielbiam na niego wtedy patrzeć. W takie dni niestety Berek trochę gorzej mnie słyszy i muszę brać pod uwagę to, że jak zawołam to być może zajmie mu chwilę przybiegnięcie do mnie. Ale co tam – chodzimy na spacery w takie miejsca, że jego  czasowe szaleństwo jest nieszkodliwe.

Pełen galop, szaleństwo w oczach, powiewający język – najpiękniejszy Psi Ryj na świecie 😀 Popatrzcie 🙂

1

13

3

14

16

9

10

11

15

„Ona wie”

Miło jest czasem przeczytać sobie coś na temat rasy psa, którą się ma. Eeeeee…… Nie! Nie mówię tutaj o blogach, bo blogów nie chcę i nie będę oceniać, gdyż wychodzę z założenia, że blog to prywatne miejsce w sieci co daje dużo więcej swobody autorowi niż inne portale. Zresztą nie jestem ekspertem i nie chcę nikogo pouczać. Jednak są portale, które mnie osłabiają swoją treścią i w ogóle podejściem do tematu psów. Zwykle  je omijam, bo nie ma tam dla mnie nic ciekawego i nigdy nie jest tam nic napisane o psach myśliwskich (a w szczególności seterach, bo te nie są popularne), ani o błocie i brudzie w psich uszach… Są tam natomiast debilne listy najmądrzejszych i najgłupszych ras psów, listy ras białych, czarnych, brązowych…. fioletowych, zielonych i w loczki… Moja ulubiona to lista tzw „fluffy dogs”…. myślałam, że każdy długowłosy pies będzie „fluffy” jak się go uczesze. Ale nie, okazuje się, że nie mam racji. Otóż tylko niektóre psy są „fluffy”. Nowofundland jest, ale bernardyn już nie… itd itd. Dowiedziałam się, że seter „fluffy” nie jest i od razu mi ulżyło, bo nie chcę aby Berkowa rasa znalazła się na jakiejkolwiek liście portalu sheknows.com (nie podlinkuję) … Tak, tak – she knows. She knows jak podróżować z pupilem, she knows jak bawić się z psem i she knows jakie psie ubranko jest teraz modne. Może ten portal nie jest aż tak tragiczny, ale wykańczają mnie durne listy ras psów mądrych i głupich, do domu, i do ogrodu, dla pana lub pani..I koniecznie jednozdaniowe, niezawodne porady. Ludzie uwielbiają kategoryzować świat, bo dzięki temu łatwiej go zrozumieć i swobodnie się w nim poruszać. Jednakże niektóre klasyfikacje są durne i nic nie warte. Jak ja się cieszę, że setery rzadko łapią się na takie listy! Gordona nie ma na liście najmądrzejszych ras psów, ale i nie ma go wśród tych najgłupszych. Jakby w ogóle nie istniał dla portali w stylu sheknows.com, albo peoplepets.com (tak, TEN magazyn People…). Mam nadzieję, że osoby, które szukają na takich serwisach porad, nigdy nie dowiedzą się o istnieniu setera, któremu trzeba czyścić uszy, czesać kudły pod ogonem, wyjmować kleszcze i osuszać psi ryj z litrów śliny. Tej kategorii psa nie ma w ich świecie. Ufff 😀

Screenshot from 2013-06-02 07:29:49ona

Symbioza

SAM_0768

 Mój Gordon. Żywioł. Kocham go jak nie wiem, im szybciej biegnie tym szybciej goni za nim moje uwielbienie dla jego szaleństwa.  Zawsze uważałam, że nie może być nic fajniejszego od Berka – szczeniaka, ale myliłam się – i to jak bardzo! Fajniejszy jest duży, wyrośniety, dojrzalszy Berek. Ten który włązi mi na kolana mimo iż już dawno się na nich nie mieści. Ten który biegnie do mnie jak go zawołam mimo iż ma inne psie sprawy do załątwienia podczas spaceru. Ten, który przychodzi, bo słyszy, że płączę. Berek, który świadomie, podczas 1,5 roku swojego  życia, stwierdził, że to właśnie mnie będzie kochał i do mnie biegł, gdy dzieje się coś nie tak. Taki Berek jest najlepszy, wspaniały i ukochany.

Oczywiście zachowanie Berka pozostawia wiele do życzenia. Podobnie ja, jako opiekun Psiego Ryja, mogłabym zapewne lepiej się spisywać. Jednak widzę, że jest dużo lepiej niż było, fajniej, ale też spokojniej.

Ale o co mi w tym wpisie właściwie chodzi? Otóż… uważam, że koegzystencja człowieka z jego psem powinna przebiegać w miarę spokojnie. Gdy spokojnie nie jest, gdy pojawia się wiele emocji – należy iść do lekarza. Ze sobą, albo z psem. Tak, tak… ze sobą też :). I chodzi mi tutaj o różne problemy. Pies nam nie powie, że jest niespokojny, bo boli go brzuch. Pies też nie powie nam, że jest niewybiegany, albo znudzony i dlatego zjada nasze mieszkanie. Jeśli właściciel widzi, że coś po prostu nie gra, to warto udać się do psiego specjalisty i poprosić o pomoc. Weterynarz psa zbada i pomoże wyeliminować problemy zdrowotne. Natomiast behawiorysta ma szanse pomóc nam zrozumieć potrzeby naszego psa i zidentyfikować problem wychowawczy. W przypadku mnie i Berka weterynarz zdiagnozował uczulenie, pomógł mi zapanowac nad Berkowym brzuchem i dzięki temu Berek uspokoił się, jest zdrowy i szczęśliwy. Teraz znacznie lepiej i łatwiej jest mi się z nim dogadać.

Czasem warto też iść do specjalisty ze sobą. Pies doskonale wyczuje, że coś jest z nami nie tak – gdy mamy obniżony nastrój, gdy ciężko jest nam zwlec sie z łóżka i wyjść z psem na spacer. Warto zastanowić się czemu parę tygodni temu ta czynność nie sprawiała dla nas problemu, a teraz ledwo dajemy radę zrobić rundkę z psem po osiedlu. Duet „pies i człowiek” to swoisty barometr – wszelkie anomalie szybko wychodzą na światło dzienne. Komunikacja z psem nie jest łatwa, ale przez to zmusza nas do uważnego obserwowania jego i nas samych. I to jest SUPER :D. Szanujmy to i korzystajmy z tego mądrze.

SAM_0777

SAM_0794

SAM_0792

SAM_0776
nasze okolice

A tu na zdjęciu nasze okolice, czyli gdzie chodzimy na nasze codzienne spacery. Na zdjęciu są pola niedaleko ulicy Orlej w Krakowie, na wysokości Lasku Wolskiego. Lasek Wolski to niestety trochę spalona miejscówka (ale o tym w innym poście),  natomiast te pola Berek i ja uwielbiamy 🙂 Niestety zdjęcie nie oddaje urody tego miejsca. Daleko widać góry 🙂

SAM_0775