Jak grać w Berka

Można rzec, że pies to pies – wystarczy przeczytać poradnik wychowania czworonoga, dać mu jeść i wyprowadzić na dwór. Oczywiście każdy rozsądnie myślący człowiek wie, że wcale tak nie jest. Pomijając sam fakt, że z psem jest masa roboty, to każde zwierze jest zupełnie inne i nie każda metoda, porada wyczytana w książkach będzie działać na naszego czworonoga. Bardzo ważne jest by świadomie wybrać te elementy treningu, które nam i naszemu psu najbardziej odpowiadają. Musimy zastanowić się czego oczekujemy od psa, na jakiej relacji z psem nam zależy. Ważne też jest co nam sprawia przyjemność, bo pies doskonale to wyczuje i będzie dzielił radość z nami. Jestem uzależniona od uśmiechniętej mordy Berka, gdy idziemy przez las. Uwielbiam jak czeka na rozwidleniu dróg, aż mu wskażę ręka w którą stronę idziemy. Uwielbiam jak wyjada mi smakołyki z ręki, a ogon chodzi mu jak szalony. Uwielbiam, gdy robi „siad!” tak blisko mnie, że już bliżej się nie da. Kocham jak siadam na trawie, a on siada mi na kolanach. Gdy chowam smakołyki w pięściach, Berek patrzy mi na ręce, ale również zerka mi w oczy, jakby szukał podpowiedzi. I nie ma nic lepszego niż Berek który maszeruje koło mnie i od czasu do czasu zerka do góry, szukając kontaktu ze mną.

Każdy pies jest inny. Nawet wśród jednej rasy spotkać można prawdziwy wachlarz różnych psich osobowiści. Wiedziałam, że setery lubią ruch, są inteligentne i chętne do pracy. Taki był seter moich rodziców. Berek ma wszystkie te cechy, plus parę innych, jak np. niesamowity upór i wytrwałość. Jak na razie walczy ze swimi hormonami, a także ze mną i ze wszystkimi okolicznościami, które według niego stoją mu na drodze do dobrej zabawy i szaleństwa. Berek jest trudnym psem, bo praca z nim jest dość żmudna, ale dostarcza ogromnej radości, gdy wreszcie doczłapię się jakis efektów. Każdego tygodnia widzę jakby innego psa, bo Beruś dorasta i szybko sie zmienia. Próbuję być nieustępliwa, nie poddawać się, ale Berek stawia mi ciągle nowe wyzwania. Przyznaję, że troche go rozpuściłam, bo długie spacery bierze jako coś oczywistego, co mu się należy, ma moję uwagę i moje zainteresowanie, z czego doskonale zdaje sobie sprawę. Za to ja wiem, że nie chcę być steroryzowana przez swojego psa, bo to uniemożliwia jakąkolwiek współpracę miedzy człowiekiem a zwierzęciem. A Berek próbuje….

Za kilka dni Berek skończy 10 miesięcy.  Powoli wkracza w wiek bycia psim facetem, a nie dzieciakiem. Zaobserwowalam bardzo dużo zmian w jego zachowaniu, dosłownie w przeciągu ostatnich kilku tygodni. Dlaczego myslę, że to dojrzewanie? Otóż Berek wydaje się pobudzony, popiskuje i wzdycha bez powodu. Ciągle domaga sie uwagi, czasem zaczyna włazić na mnie i próbuje swoich samczych sił…. Od razu go strącam i doprowadzam do pionu kategorycznym „Nie”. Widzę te zamglone, nieprzytomne, otępiałe instyktem psie oczy, które powoli przytomnieją i znów jest ten „dawny” Berek. Boli mnie, że to zwierze cierpi, bo nie rozumie co się z nim dzieje, a ja nie potrafię mu pomóc. Na dworzu wraca na wołanie i pięknie się bawi. Jednak często widzę jak jakiś zapach go omamia. Martwię się o niego, bo nie potrafię w żaden sposób mu pomóc. Zaczęłam poważnie rozważać kastrację, ale z ostateczną decyzją chcę jeszcze trochę zaczekać.

Tymczasem, odnosząc sie równiez do rewolucji ostatnich tygodni, spisałam reguły gry w Berka. Wygraną jest fajny spacer, bezpieczeństwo psa i Twoje poczucie satysfakcji 😉

  1. Gra w Berka trwa 24h na dobę.
  2. Czuj dumę i wstyd w tym samym momencie – przy Berku inaczej się nie da.
  3. Nie myl inteligencji ze sprytem*, bo przegrasz.
  4. Uważaj cały czas, bo Berek jest grą dla ludzi z refleksem.
  5. Ślinotok jest elementem gry.
  6. Miej oczy dookoła głowy i dobrze wykorzystaj fakt iż Twoje oczy są one zdecydowanie wyżej niż oczy innych uczestników gry w Berka.
  7. Bądź szybszy … intelektualnie, bo fizycznie nie masz szans.
  8. Są podejżenia, że duże, obwisłe uszy pomagają unosić się nad ziemią – wyhoduj takie, jeśli się da.
  9. Naładuj Berka pożywieniem PO zabawie, bo będą niespodzianki zwrotne…
  10. Uważaj, bo to nie tylko Ty chcesz ustalać zasady tej gry…
  11. Jeśli nie lubisz spędzać czasu aktywnie i bardzo lubisz w czasie wolnym siedzieć na kanapie – NIE BIERZ SETERA, bo bedziesz bardzo nieszczęsliwy, że musisz grać w Berka i na 100% przegrasz.

 

*Inteligencja – zdolność nabywania nowych wiadomości i umiejętności oraz wykorzystywania ich w praktyce

Spryt – cecha kogoś, kto radzi sobie w każdej sytuacji i czerpie z niej korzyść dla siebie, postępując przy tym często w sposób, który ma zmylić innych

ze słownika języka polskiego http://www.wsjp.pl

 

Marzenie

W sobotę pojechaliśmy na moją uczelnię. Pogoda była zniewalająco piękna i stwierdziłam, że chcę połazić po terenach wokól mojej uczelni. Jest tam niedaleko lasek i pola a także wał wzdłuż Wisły. Wyprawa nie do kaćna nam się udała, gdyż okazało się, że właśnie umacniają wał i nie do końca mogliśmy po nim spacerować. Natomiast do lasu niedaleko mojej uczelni nie mogliśmy sie dostać, bo wszystkie drogi prowadziły do terenów prywatnych.

Od października studiuję na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale zajęcia nie odbywają się w centrum Krakowa, a  w okolicach Przegorzały, w tzn. Zameczku. Budynek jest jednym z nielicznych przykadów architektury III Rzeszy i był prywatną rezydencją Otto von Wachtera, który podczas okupacji był starosta dystryktu krakowskiego. Zameczek sąsaduje z nieco starszą willa przypominająca basztę, która byla wybudowana w latach 1928-1929 przez polskiego architekta Adolfa Szyszko-Bohusza. Szyszko-Bohusz został aresztowany przez Wachtera, gdy odmówil zrzeczenia sie praw do Willii Baszty.  Obecnie w Zameczku w w Baszcie mieści się Instytut Europeistyki Uniwersytety Jagiellońskiego, a studenci Centrum Badań Holokaustu maję tam praktycznie wszystkie zajęcia kierunkowe.

Te studia to było moje marzenie, jeszcze jak byłam rok temu na stypendium za granicą. Wyszukałam sobie ten kierunek i wiedziałam, że muszę wracać do kraju i spróbować się dostać na studia w Centrum. Udało się, a moja przygoda zaczęła się parę dni temu, bo 1-go października.

Po więcej informacji i zdjęć odsyłam na strony:

http://histmag.org/?id=3540

http://www.holocaust.uj.edu.pl/

Na polance

W niedzielę pogoda była wspaniała nadal wspaniałą. Rano poszliśmy na spacerek do Lasku Wolskiego, a popołudniu planowaliśmy słodkie lenistwo. Jednak siedzenie w domu w taki dzień byłby grzechem. Postanowiliśmy poszukać jakiejś polanki i posiedzieć w ciepłym, jesiennym słoneczku. To pewnie jedne z ostatnich takich momentów w tym roku, bo niedługo pewnie zrobi się szaro i zimno i spacery staną walką o przetrwanie.

Lasek Wolski w niedzielne popołudnie jest pełen spacerowiczów. Pomimo iż na dole Alei Wędrowców jest ogromny parking, to ludzie tak czy inaczej jadę pod samo wejście, gdzie nie ma jak zaparkować i próbuja tam się zatrzymać. Przez to droga robi się jednokierunkowa, trzeba sie przeciskać pomiędzy samochodami. Postanowiliśmy jak najszybciej uciec od tłumu. Wskoczyliśmy w pierwszą ścieżke w lewo, która zaprowadziła nas na polankę – dokładnie taką jaką mieliśmy nadzieje znaleźć.

Słońce było już nisko, ale nadal mocno świeciło. Było idealnie. Berek był wyjątkowo spokojny i z chęcią położył się na trawie koło nas. Uwielbiam jak on się relaksuje z nami i widać, że jest szczęśliwy i spokojny, bo ma swoich ludzi koło siebie.

Master Control

Wiele razy wspominałam na blogu i na blogowym Facebook’u, że Berek na smyczy ciągnie jak szalony. Od samego początku próbuje go uczyć grzecznego chodzenia. Gdy ciągnie zaczynam się cofać – niech facet wie, że takim sposobem nigdzie nie dojdzie. Jednak Berek szybko rośnie i jest juz bardzo silny. Ja ciągle cofam się z tym spem na smyczy i cofam…. a on coraz silniej ciągnie… Spacery czasem są udręka, bo chodzimy dużo. Spuszczam Berka ze smyczy zawsze (spacer na smyczy u Berka to nie spacer), ale do miejsc, gdzie to jest możliwe musimy dojść. Biorąc również pod uwagę fakt , iż nie mamy auta, wędrówki na smyczy są nieuniknione. Berek zdaje sobie doskonale sprawę ze swojej siły i, mając charakterek, próbuje mną manipulować. Chodzimy tak, często do tyłu… już dobrych kilka miesięcy, a Berek się nie poddaje i ciągnie dalej. Zastanawiałam się, że pewnie to ja robię jakiś błąd i należy pewnie zmienić podejście do problemu. Niestety nie przychodzi mi nic do głowy. Czasem gdy tak łażę z Berkiem tam i z powrotem po ulicy, to psiak uznaje moją wyższość na chwile i zaczyna iść przy nodze. Zdarza się to rzadko, ale jednak i jest to dowód, że Berek doskonale wie o co mi chodzi, tylko uparcie chce postawić na swoim i już…

Ostatnio moja znajoma powiedziała mi, że na swojego młodego psa (wiek około 11 miesięcy) stosuje tzn. Gentle Leader – u nas znane jako Master Control, lub po prostu kantarek. Jest to smycz, którą przymocowuję się do psiego pyska a nie do szyi. Jak wiadomo w przypadku gdy nie chcemy by pies ciągną nie powinniśmy stosować szelek, bo sprawiają, że zwierzęciu jest łatwiej i przyjemniej ciągnąć właściciela na spacerze. Obroża na szyi sprawia, że ciągniecie jest już bardziej problematyczne dla psa, gdyż pies się poddusza. Jednak wielu właścicieli psów zdarzyło już zapewne zauważyć, że wiele czworonogów ciągnie na obroży jak istne zwierzęta pociągowe… Natomiast Master Control jest przymocowany do pyszczka i skutecznie psu przeszkadza w ciągnięciu, gdyż jest mu trudno taką blokadę ignorować. Berek oczywiście próbuje na początku każdego spaceru zdjąć kantarek, ale szybko się poddaje i grzecznie idzie przy nodze. Dodatkowo przypinam Berka do normalnej smyczy, gdyż Master Control jest dość luźny i boję się, że Psi Ryj go ściągnie jakimś sposobem. Prowadzę Berka na smyczy, a gdy pociągnie to natrafia na opór smyczy i dodatkowo kantarka.

Master Control nie rozwiązuje problemu. Mimo iż zauważyłam, że Berek nawet bez niego idzie trochę spokojniej, jednak jest daleki od bycia grzecznym na smyczy. Niestety jestem zmuszona szukać jakiś alternatywnych rozwiązań, bo z psem robię dużo rzeczy sama i często jestem postawiona w sytuacji, kiedy nie mam możliwości wypróbowywania innych opcji – jest coś co muszę zrobić, sytuacja w jakiej jestem z Berkiem i nie ma odwrotu (podróż pociągiem i komunikacją miejską, przejście gdzieś na spacer itd). Tresura tresurą, nauka i tłumaczenie są super i jak najbardziej jestem gotowa to robić, jednakże czasem potrzebna jest szybka akcja i rezultat tu i teraz, bo nie mam możliwości zrobienia czegokolwiek inaczej a potrzebuję ogarnąć psa.

Czy sobie dobrze radzę? Czy to dobre podejście? Nie wiem. Czasem boje się, że popełniam błąd za błędem. Wiem jednak, że bardzo często jedyne co mogłabym zrobić to poddać się, nigdzie nie chodzić z Berkiem i iść po najprostszej linii oporu, bo psiak jest trudny i męczący. Ale czy to rozwiązanie? Nie! Berek jest bardzo młody. Wierzę, że wszystko co robię kiedyś zaprocentuje i psiak się uspokoi i trochę spokornieje. Na grzeczne chodzenie na smyczy też przyjdzie czas. Tymczasem kantarek żebyśmy mogli przeżywać następne przygody wspólnie z Berkiem.

Tyniec

Patrząc na słoneczną, ciepłą pogodę, aż ciężko uwierzyć, że jest koniec września. Od paru dni w dzień biegam w szortach. Oczywiście rano i wieczorem trzeba się cieplej ubrać, ale nie ma co narzekać, bo przecież jest już jesień. Słońce sprawia, że aż chce się żyć, a spacery z psem mogłyby trwać nawet cały dzień.

Mieszkamy na Krakowskich Bielanach, niedaleko Wisły. Tereny są naprawdę piękne. Mamy kawałek drogi autobusem do centrum i niestety wieczorami jest problem z dostaniem się do domu, bo komunikacja jeździ dość sporadycznie. Mieszkanka szukaliśmy głóównie „pod psa”; żeby było gdzie iść na spacer. Coś za coś – mamy tereny do spacerów, ale mamy ograniczony dostep do komunikacji miejskiej. Jednak ja jestem zadowolona, bo włąśnie spacery z Berkiem są dla mnie najważniejsze, a i na uczelnię mam blisko, bo jest pomiędzy Bielanami a Krakowem.

Dziś postanowiliśmy przejśc się do Tyńca. Nie liczyliśmy, że uda nam się obejrzeć Opactwo Benedyktyńskie, gdyż zabraliśmy ze sobą Berka, ale chcieliśmy chociaż sprawdzić czy gdzieś uda się usiąść z psem i zrelaksować nad brzegiem Wisły. Musieliśmy przejś dośc spoy kawałek do mostu, a po przekroczeniu rzeki jeszcze iść około 2 kilometrów wałem w stronę Opactwa. Dotarliśmy na miejsce dość szybko, bo droga okazała sie łatwa i bardzo przyjemna.

Tak jak się tego spodziewaliśmy, na teren Opactwa nie można wchodzić z psami. Restauracja  pod murami Tyńca (Tarasy Tynieckie) była jeszcze zamknięta, a kawiarnia na terenie Opactwa była dla nas niedostępna ze względu na Berka. No cóż, wrócimy tam jeszcze kiedyś bez psa i wtedy zwiedzimy wszystko. Jednak wiem, że wędrówka bez Berka nie będzie już taka fajna…

A na niektórych zdjęciach Berek w psim „kantarku” – Master Control/Gentle Leader – o tym w następnym poście…

Absurdy

Ponieważ nie posiadamy samochodu, byłam zmuszona nauczyć Berka jeżdżenia środkami komunikacji miejskiej i pociągiem. Uważam zresztą, że psy mieszkające w mieście powinny być przynajmniej w minimalnym stopniu przyzwyczajone do przemieszczania się komunikacją. Nigdy nic nie wiadomo, a napewno nie zaszkodzi pokazać psu, że to nic strasznego.

Berek wyraźnie chce osiągnąć pozycje psa alfa w naszym stadzie. Jest bardzo uparty i cały czas pragnie kontrolować co się wokół niego dzieje. Nie chce się zrelaksować i poprostu dać pokierować. Szybko to zrozumieliśmy i teraz podchodzimy do niego bardziej stanowczo i często dajemy mu odczuć, że nie on stawia tu warunki. W autobusie i tranwaju Berek szybko stwierdza, że się nudzi i teraz mamy mu zaserwować coś ciekawszego do roboty niż tylko siedzenie i gapienie się przez okno. Zaczyna się kręcić, chce wysiąść za każdym razem jak otwierają się drzwi. Czasem popiskuje i wyrażnie pokazuje, że podróż mu się nie podoba. Jednakże zawsze z wielką ochotą wsiada do autobusu, zawsze spokojnie siedzi na przystanku i obserwuje ludzi, jest podekscytowany każdą większą wyprawą. Wywnioskowaliśmy, że Berek poprostu grymasi, bo wie, że autobus jest ok, ale bieganie i zabawa jest fajniejsza. Jestem cierpliwa i nie zniechęcam się, bo wiem, że jego psie stęki z czasem minął. Jednakże, wiedząc co robi w autobusie już po pierwszych paru minutach podróży, bardzo bałam się jazdy pociągiem. A co będzie jak Beruś stwierdzi, że będzie skomlał przez całą drogę do Krakowa? A jeśli będzie skakał i miotał się jak watriat przez 3 godziny? Na szczęście okazało się, że Berek w pociągu jest aniołem. Bałam się (właściwie nadal trochę się tego obawiam), że Berek znudzi sie również i pociągiem i w końcu zacznie kombinować co można porobic ciekawszego. Jednak jak do tej pory, Beruś ma juz za sobą trzy długie wyprawy pociagiem i nadal jest super :). Narzekać moge tylko na PKP…

Gdy jechaliśmy z Berkiem pierwszy raz ( https://piesberek.wordpress.com/2012/09/11/telep-telep-telep-telep/ ), udało nam sie wywalczyć przedział i super miłych współpasażerów. Za drugim razem, gdy jechałam sama z psem z Warszawy do Krakowa, nie miałam już tyle szcześcia. Pociąg był pełen, a ja z Berkiem wylądowalismy na podłodze na korytarzu. Nie przeszkadza mi brak konfortu, najważniejsze, by pies był spokojny i wszystko pod kontrolą. Siedzenie na podłodze nie było więc aż tak tragiczne, bo Berek zasnął jak tylko ludzie przestali po nim łazić i usiedli w swoich przedziałach.

Jak tylko dojechaliśmy do Krakowa, wsiedliśmy do autobusy, który zawiózł nas bezpośrednio na wybieg dla psów na ul. Strzelców. Wiedziałam, że nie będę mieć siły na długi spacer popołudniu, więc wyprawa na wybieg była najskuteczniejszym sposobem na zmęczenie psiaka. Berek bawił się wspaniale!

Półtorej godziny mineło błyskawicznie i zaczęliśmy się zbierać do domu. Tak czy inaczej wiedzialam, że zajmie nam to minimum godzinę komunikacją miejską, jeśli dobrze wceluję z przesiadkami. Nie wcelowałam…. Podróóż z wybiegu do domu zmęczyła mnie bardziej niż całą wyprawa pociągiem. Berek miał już dość i niecierpliwił się. Trafiłam też na dużo osób ktore zaczepiały go, na co on zawsze reaguje bardzo entuzjastyznie. Niegdy nie pojmę czemu ludzie zaczepiają obce psy… W ostatnim autobusie, z trzech jakimi musieliśmy jechać do domu, trafił nam się niezadowolony z życia kierowca, plus dwóch chłopaków którzy wsiedli z dwoma psami bez kagańców. Zaczęłam od razu mowić do nich, że to nie przejdzie, bo psy nie mają kagańców i żeby nie wsiadali do autobusu. Ich głupi argument, że przejadą tylko jeden przystanek skwitowałam, że mogą sobie go przejść. Kierowca nie zareagował jednak, chłopaki wsiedli, a jeden z ich psów zacząl szczekać na Berka. Kierowca nadal nic nie mówił. Jedyne na co było go stać to mruknięcie do mnie, że ten autobus to teraz jak psiarnia (?), bo Berek zaczął w pewnym momencie stękać popłakując po „psiowemu”.

Gdy wysiadłam pod domem byłam wycieńczona. Cały dzień jakis absurdalnych sytuacji.

 

Telep-telep, telep-telep….

Ah, te podróże Polską koleją … Zawsze jakieś niezapomniane przeżycia! Pociągi bardzo lubię, ale przyznaję, że nie miałam za dużo okazji jeździć PKP. Ot, przeciętnie, średnio parę razy w roku, jak dobrze pójdzie. Jednak zawsze, gdy planuję podróż pociągiem, przygotowuję się psychicznie na różne rzeczy, bo co jak co, ale nudno w PKP nie jest…

Pociąg z Krakowa do Warszawy mieliśmy w niedzielę o 8:08. Wyszukaliśmy polączenie na stronie PKP i polecieliśmy w sobotę wieczorem na dworzec kupić wccześniej bilet i opłacić przejazd psa. Poprosiliśmy o bilety na pociąg o 8:08, zapłaciliśmy i zadowolenie wróciliśmy do domu. Wszystko załątwione 😀

Tak myśleliśmy… Otóż, gdy przyszlismy na dworzec w niedzielę rano, okazało się, że nie ma pociągu na który mamy bilety. Ja wpadłam w panike, bo mamy bagaze, psa, a tu pewnie trzeba będzie czekać parę godzin w centrum miasta. Mąż poleciał zapytać w kasie o co chdzi i dowiedział się, że jest wszystko OK i nasz pociąg właśnie został podstawiony na peron piąty. Hmm…. Plecaki na plecy, pies do nogi i idziemy…. Na peronie 5 rzeczywiście stał pociąg, ale na wyświetlaczu była zupełnie inna godzina odjazdu – 8:45… Znów poszlismy sie zapytac, tym razem pana konduktora na peronie. Berek w tym czasie biegał za nami jak szalony i próbowa upolować gołębie… Od pana konduktora dowiedzieliśmy sie ze dziewiątego września pociąg 8:08 Kraków Warszawa rusza później, bo o 8:45. Tylko tego jednego dnia w roku … Jakiś absurd! Jakim sposobem udało nam się kupić dzień wcześniej bilet na pociag który właściwie nie istnieje? My to my – nie robiło nam wiekszej różnicy kiedy będziemy w Warszawie, ale przecież są ludzie, ktorzy są poumawiani, lub maja przeciadkę…

Wzieliśmy psa i wtarabaniliśmy sie do przedziału. W ciagu pierszych pietnastu minut wiele osób zajrzało do nas ale widząc Berka w kagańcu jak z „Milczenia Owiec”, szli dalej. Jednak potem przyszła para młodych ludzi, którzy ucieszyli sie widząc psa i od razu zapytali czy mogą z nami jechać w przedziale. Byli bardzo sympatyczni. Wytrzymali nawet serię Berkowych bąków….

Berek wiekszośc drogi grzecznie spał. Budził się na stacjach i postojach, gdy ludzie zaczynali się kręcić, a pociąg nie bujał do snu. Koniecznie chciał wygladać przez okno. W Warszawie wypadliśmy z wagonu i ja zaczęłam lecieć na dwór, bo Berek dziwnie zwalniał przy ścianach i słukach – wyraźnie chciał coś podsikać. Centrum miasta, jak to centrum – tam nie odpoczniesz mając ośmio-miesięcznego szczeniaka na smyczy. Przeszliśmy jak najszybciej do metra i pojechaliśmy na ostatnią stację, Młociny. Tam musieliśmy zaczekać na autobus do Łomianek, ale na szczęście tam udało się trochę odsapnąc od miejskiego zgiełku. Pobawiłam się chwilę z Berkiem, połaziliśmy po trawnikach i posiedzieliśmy w cieniu.

Po siedmiu godzinach podróży wreszcie dotarliśmy do moich rodziców i Berek mógł pobiegać po ogrodzie.  Było skakanie, aportowanie i pluskanie się w misce z wodą i szczekanie na kota. Wolność i swoboda :).

Oficjalnie stwierdzam, że jestem bardzo dumna z m mojego psa. Znósł podróż wspaniale, był grzeczny i cierpliwy. Już za niecały tydzień znów bedę jechać z nim pociągiem, ale tym razem będę sama z Berkiem, dystans ten sam… Wiem też, że gdy zaczynaliśmy jeździć autobusami, to Beruś siedział cierpliwie i tylko marzył bybyć jak najbliżej mnie. Szybko jednak poznał już jazdę komunikacją miejską i poprostu zaczął się w niej nudzić. Teraz próbuje mi okazac, że mu się już nie podoba, chce wysiąść i biegać, a nie siedzieć cierpliwie. Berek, który ogólnie jest w tym wieku, że testuje jak daleko może się posunąć i na ile mu pozwolimy. To samo robi w czasie podróży. Obawiam się, że pociągi szybciej mu się z nudzą niż on sam wydorośleje , i że mam przed sobą wiele godzin „walki” z niecierpliwym psiakiem.  Wiem, że to z czasem minie, ale Berek jest bardzo uparty i musze przygotowac się nie tylko na rozrywki serwowane przez PKP, ale też na te Berkowe.

 

Berek robi zakupy

W związku z tym, że mieszkamy teraz w nowym miejscu, to trzeba znaleść w pobliżu dobry sklep zoologiczny i hurtownie mięsa. Tego drugiego jeszcze nie namierzyłam, ale wczoraj sprawdzilam najbliższy sklep zoologiczny. Niestety/stety nie mieszkam w centrum miasta, więc nie jest łatwo o sklep z artykułammi dla zwierząt. Do najbliższego, znalezionego w internecie, musiałam jecchać 15 minut autobusem a potem iść chyba milion kilometrów … Zafundowałam sobie i Berkowi bez sensu imprezę. Wczoraj popołudniu w Krakowie zrobiło się duszno i było gorąco jak na wyprawy z sem komunikacją miejską. Ale jakoś daliśmy radę.

Niestety sklep zoologiczny do którego się wybraliśmy rozczarował mnie. W internecie znalazlam info, że jest dobrze zaopatrzony, a właściciele służa radą i swoją wiedzą. Stwierdziłam, że super – jadę! Na miejscu okazało się, że sklep może i oferuje dużo artykułów dla wierząt, ale nie jest to  nic wyjątkowego. Pan właściciel służyl pomocą, ale … hmmm… nieproszony o to.  Może jestem jakaś przewrażliwiona w tym temacie, ale nie lubię, gdy obcy ludzie wtrącają się w to co robię z moim psem. Szczególnie jeśli chodzi o jakieś pierdoły, jak np. trzy, małe rzepy powtykane w Berkowe futro na nogach… Wierzę, że ludzie pownni reagować jak dzieje się coś złego (znieczulicy mówie stanowcze NIE!), ale rzepy …? Pan sprzedający zapytał czym czeszę „portki” Berka, a gdy go poinformowałam co z tym robię, usmiechając sie serdecznie, to on i tak rzucił się w pólkę ze szczotkami dla psów i chciał mi coś zaoferować. Eh… Na moje pytanie czy sklep ma swojej ofercie produkty BARF zrobił dziwną minę – wnioskuję, że miał odmienne od mojego zdanie na temat diety BARF. Taka sama reakcja była na moje pytanie o kaganiec fizjologiczny. Pan stwierdził, że z jego doświadczenia wie, że psy łatwo zdejmują kagańce fizjologiczne i raczej należy je zakładać psom które muszą je nosić na dworzu cały czas. Zasugerował opaskę nylonową (!) na podróż autobusem, mówiac, że można ja poluźnić, aby pies swobodnie oddychał. Bez sensu przecież!

Przyznam, że już nie chciało mi się pytać o nic więcej. Nie kwestionuję poziomu wiedzy tego pana, ale raczej tego, że czasem trzeba sie uśmiechnąć do klienta, a nie od razy przystępować do „akcji”. Po wizycie w tym sklepie zoologicznym czułam sie jakbym była oceniona i podsumowana.

A Berek właśnie wyszedł z krzaków, miał parę malutkich, zielonych kulek na nogach, bo nie zdarzyłam go po raz setny tego dnia przeczesać. Berek nie jest psem, który spaceruje po chodnikach i trawnikach, wiec zbiera błoto, rzepy, ma liście przyczepione do brzucha i mokry nos utytłany w ziemi. I uśmiech na psim ryju J.

Zegarek?

Niedawno na blogu Nucia dokładnie wiedziała o której godzinie jej Państwo wracają do domu (http://nuciaczek.wordpress.com/2012/07/19/pies-i-jego-orientacja-w-czasie/) . Psy to wiedzą i nie mam pojęcia jak to u tych psiakó działa. Słyszałam, że psy nie mają poczucia czasu, czyli że dla psa nie ma znaczenia czy właściciela nie ma godzinę czy pięć godzin. Przecież pies zawsze wita nas z takim samym entuzjazmem, nie istotne czy nie widział nas jeden dzień czy dwa tygodnie… Czym innym jest jednak tzw. rytm dnia, który wydaje się, że zwierzęta doskonale rozumieją i szybko się do niego przystosowują.Wydaje się, że pies wie kiedy dostaje jesć, lub kiedy jest pora na poranny spacer. Jednak pies nie będzie rozumiał, że czeka długo, lub tylko chwilkę. Psiak poczuje poprostu nieprzyjemny niepokój, którego nie będzie rozumiał.

Berek na pewno jest świadom rytmu dnia. Zwykle wstajemy około godziny 6.00 rano. Nieważne czy jest to zwykły dzień, czy weekend– Berek kładzie swój mokry ryj na naszych poduszkach dokładnie o 5.30. Liże nas po twarzach, macha ogonkiem, wita się w bardzo miły, psiowy sposób, ale nie jest nachalny. Po chwili wraca na swoje posłanie i grzecznie zasypia. Jeśli nie zwleczemy się z łóżka dogodziny  6.00, znów do nas przychodzi o 6.30. I jakim sposobem ten mały psi rytuał odbywa się z dokładnościa co do minuty? Nie mam pojęcia.  Myślę, że Berek nie wie, że minęła godzina a my wciaz śpimy. Jednak patrząc na t co robi, zaczynam zastanawiać się co on w takim razie wie… Coś tam w tej łepetynie musi kiełkować odpowiednio o 5.30 i 6.30 rano.

Pogoda

 

Nie znoszę upału. Nie znoszę mrozu (no chyba, że jestem na nartach. Stękam, nie?  Pomyślicie, że musi mi być bardzo ciężko życ w kraju gdzie upały się zdarzają a i zimy są ccałkiem mroźne i długie. Cóż, radzę sobie i nie jest źle. Tajemnica tkwi w tym, że na każdą pogodę można sobie wyszukać zajęcie, które umili nam czas i sprawi, że beznadziejna temperatura nie będzie przeszkadzać.

A moim zdaniem pies jest dobry na każdą pogodę. Pies mnie mobilizuje, sprawia, że nawet jak się nie chce to muszę, a potem jestem zachwycona, że byłam na spacerze i chcę jeszcze. Kiedyś, gdy byam za granicą na studiach, to pomagałam zajmować się seterem angielskim. Czasem jego państwo wyjeżzali a ja niańczyłam Becketa. Uwielbiałam tego psa! Mieszkałam i studiowałam w Duluth w stanie Minnesota gdzie jest pieruńsko zimno. To własnie tam przeżyłam najdłuższą zime wswim życiu – trwała od początku wrzesnia do połowy maja- a temperatura spadałą do -38C. To było straszne. Przy takich ekstremalnych temperaturach oczywiście nie należy spędzać dużo czasu na zewnątrz. Jednak zwykle w Duluth było  około -20C i spokojnie mozna było włóczyc sie z psem po lesie. Zabierałąm Becketa na długie spaceru, ubrana we wszystko co mam, a pies w psim kubraczku :). Wyglądaliśmy jak czóbki bo miałam kurtkę dokładnie w tym samym kolorze co Becket swój płaszczyk :). Ten pies pomógł mi pokochać zimę i mróz, bo pokazał, że może być super śmiesznie nawet gdy odpadają Ci od mroz ręce w wielkich rękawicach i nie czujesz już zamrożonej twarzy.

Ostatnio spacerując z Berkiem w deszczu przypomniał mi się właśnie Becket i zima w Duluth. Gdy pogoda jest brzudka nie spotykam nikogo na spacerze z psem. Pewnie wynika to z faktu, że w okolicy gdzie mieszkam większośc ludzi ma ogródki i psy muszą zadowolić sie siku w rabatki. Ja łątwo się nie poddaję i ciągnę Berka do lasu nawet w deszcz. Spacery pewnie trochę skróce gdy się ochłodzi, jednak na razie wiem, że psu nie jest zimno i może biegać w deszczu, a ja moge odpowiednio się ubrać ,by było przyjemnie.

Lubię to jaką się staję dzięki mojemu psu.  Podoba mi się, że Berek dba o to bym była konsekwentna , pozytywnie uparta, pracowita i pomysłowa. Dzięki Psi Ryju 🙂 !