W marcu jak w garncu…

Gdy zaczęło robić się ciepło pomyślałam sobie, że zaczekam na piękną słoneczną pogodę i wtedy dopiero porobię Berkowi zdjęcia. Posiedzimy na trawie, odsapniemy od ciągłego łażenia – będzie super. Ale zaczął padać śnieg… Ciężko mi znaleźć motywację w taka szarą pogodę i, przyznaję, że mam już dość zimy w tym roku. Tak więc to moja wiosenna pogoda z dzisiaj :D…

Berek ostatnio jest grzeczny na spacerach. Parę razy pojechaliśmy na krakowskie Błonia, gdzie szalał z innymi psami. Jednak najczęściej chodzimy na poranne, samotne spacery po polach niedaleko domu. Dzisiaj Berek szalał za dwóch, bo wiało i polował na omiatane wiatrem zaspy 🙂 Łaziliśmy prawie 2 godziny i było cudownie. Dzięki Berek!

DSC_0357

DSC_0354

DSC_0378

DSC_0398

DSC_0399

Krościenko nad Dunajcem – wyjazd z psem cz. II

Krościenko nad Dunajcem to wspaniała baza wypadowa do okolicznych miejscowości. Samo Krościenko jest bardzo spokojną, niedużą miejscowością. Przyznaję, że parę razy mięliśmy ochotę wyskoczyć gdzieś wieczorem na grzańca, albo chociażby na herbatę z cytryną, żeby nie siedzieć w domu. Niestety w Krościenku nie ma miejsca gdzie można usiąść. Dodatkowym „problemem” jest pies, którego musieliśmy zabierać ze sobą wszędzie, bo zostawienie go samego w nieznanym miejscu odpadało. Na początku pobytu zostawiłam Berka z Adamem przed karczmą pod stokiem i poszłam zapytać, czy ewentualnie mogę wejść z Berkiem i napić się herbaty, podczas, gdy mąż będzie zjeżdżał. Nie dało się….. Tak więc mimo iż podjechaliśmy raz do Szczawnicy, to jednak nigdzie nie weszliśmy, bo najzwyczajniej w świecie nie mieliśmy ochoty patrzeć na skrzywione miny ludzi. Szczególnie Adam twierdził, że nie chce sobie psuć humoru – ja chyba bardziej już do tego przywykłam i mniej sobie z tego robię.

Tak więc baza noclegowa: http://www.pieniny-domek.pl/index.html była super, ale miejscowość tylko dla piechurów, którzy nie potrzebują innych rozrywek. Na szczęście domki są tak przyjemne, że siedzenie wieczorami przed kominkiem było idealnym sposobem na odpoczynek po długich spacerach 🙂

Nasz pobyt w Krościenku był stosunkowo krótki, bo tylko 5 dni, i to niepełnych. Pojechaliśmy tam wypocząć, „wyłączyć się”, niczym nie przejmować. Dlatego też nie mieliśmy jakiś wyjątkowo ambitnych planów na zdobywanie szczytów. Zresztą, jak już pisałam w poprzednim poście, szybko okazało się, że Pieniński Park jest niedostępny dla psów. Naszą najlepszą wycieczką w ciągu tych kilku dni był czwartkowy wypad czerwonym szlakiem w stronę Dzwonkówki. Pogoda do południa była wspaniała: świeciło słońca (tak bardzo za nim tęsknię!), było stosunkowo ciepło, nie wiało. Berek skorzystał z faktu iż dopiero wyżej był znak, że psy muszą być na smyczy – biegał luzem i był przeszczęśliwy. Co najważniejsze – Berek był na spacerze bardzo grzeczny i pilnował się nas wzorowo.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć :). A w następnym poście pochwalę się, bo razem z Adamem osiągnęliśmy szkoleniowy sukcesik z Berkiem … 😉

DSC_0334

DSC_0335

DSC_0336

DSC_0377

DSC_0374

DSC_0347

DSC_0385

DSC_0373

DSC_0365

Na starych śmieciach ;)

Fajnie czasem wrócić do domu, do Warszawy :). W Krakowie mieszkam od mniej więcej września zeszłego roku. Tak więc Berek zaczynał swoje pierwsze poważne spacery jeszcze w Warszawie. Chyba oboje mamy sentyment do terenów koło Młocin, nadwiślańskich łąk i pól pod Puszczą Kampinowską. Dzisiejszy dzień zaczęliśmy od 2,5 godzinnego spaceru po lesie. Nie było ludzi, nigdzie nie jeździły samochody. Gdy już byliśmy głęboko w lesie, odważyłam się spuścić Berka z naszej 15-metrowej smyczy… Szaleństwo 😀 Jakie to wspaniałe widzieć jak pies się cieszy, biega z patykiem, „atakuje” zaspy śniegu 🙂

Berek, dziękuję za taki początek tygodnia, chłopaku 😉 Tak bardzo było mi to potrzebne…

DSC_0364

DSC_0368

DSC_0317

DSC_0340

DSC_0373

Jeśli jesteś zbyt wrażliwy, nie czytaj :)

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi pod znakiem psiej kupy. Co tu dużo ukrywać – nie będę udawać, że ten temat nie istnieje, kiedy to zdefiniował ostatnio moje życie … 🙂

Teraz jest lepiej. Nie jestem jeszcze pewna czy na pewno sytuacja jest opanowana, ale mogę śmiało powiedzieć, że widzę poprawę. Otóż setery maja skłonności do słabego, lub jak kto woli to nazywać, wrażliwego żołądka/przewodu pokarmowego. Berek miał już kiedyś infekcje bakteryjna przewodu pokarmowego i dostawał antybiotyki przez 4 dni. Pamiętam, że wtedy jego przypadłość miała szybki i dość gwałtowny przebieg. Leczony był antybiotykiem, który pomógł mu niemal natychmiast. Natomiast teraz wszystko się wlekło w mniej lub bardziej zdefiniowanej formie. A to myślałam, że się czymś podtruł, wiec stosowałam lekkostrawną dietę przez dwa dni i wydawało mi się, że jest lepiej. Ale już po kilku dniach znów była jakaś przygoda i to zupełnie bez powodu, bo nic nie zeżarł na ulicy, ani nie podawałam mu nowych produktów. Berkowy tyłek wyraźnie żył własnym życiem… I nagle zaczęło być znacznie gorzej – kupa za kupą, budzenie w nocy. Aż wreszcie, pomimo iż był właściwie na czczo, biedak nie wytrzymał gdy wyszłam z domu na 3 godziny…

Zdecydowałam, że basta z tym i trzeba odwiedzić weta. Znalazłam jakiś gabinet na krakowskich Błoniach, gdzie mogłam dojechać autobusem. Pani weterynarz zbadała Berka, obmacała mu brzuch i osłuchała. W końcu zapisała mu antybiotyk. Został tez jedną dawkę w zastrzyku. Wróciłam do domu szczęśliwa, że teraz już będzie tylko lepiej. Niestety następnego dnia dalej chorował. Poszłam na uczelnie na egzamin, a jak wróciłam po paru godzinach, Beruś leżał na zasikanym posłaniu. Gdy tworzyłam jego boks to natychmiast podleciał do drzwi pokazując, że musi iść. Sfrunęliśmy na dół, ale nie zdążyłam otworzyć nawet drzwi do ogrodu, bo Berek nie wytrzymał. Przeraziło mnie to, bo w końcu po proszkach powinno być lepiej, a nie gorzej. Ważne jest by zaznaczyć, że tego dnia wiedząc, że muszę wyjść na egzamin, nie karmiłam go rano i pierwszy posiłek miał dostać dopiero po moim powrocie. Pomimo iż brzuch był pusty, to i tak go bolał i męczył… Postanowiłam, że jeśli w nocy będzie chory to dzwonię do weta po konsultacje.

Na szczęście w nocy Berek spał 🙂 Ja też :)…. Dziś zjadł, dostał antybiotyk i jak na razie jest spokój. Oby prochy zaczęły działać!

Bardzo pilnuje, żeby Berek NIGDY nie biegał po jedzeniu, gdyż setery mają skłonności do skrętu żołądka. Berek je stosunkowo powoli, co też jest istotne przy tej chorobie , gdyż niepożądane jest nadmierne łykanie powietrza. Ponieważ Berek parę razy pokazał humorek przy misce, to zwykle karmię go z ręki lub siedzę koło niego gdy je i coś do niego gadam. Pies je wtedy wolniej, patrzy i czeka czy przypadkiem nie chce się poczęstować. Nie zakłada, że żarcie jest tylko jego i że może z nim robić co chce (np. warczeć…). Niestety coś mi się wydaję, że Berek ma skłonności do łapania różnych bakterii i takie przeboje będą mu się czasem zdarzać. Muszę nauczyć się szybciej wyłapywać jakie są tego objawy i czym różni się zwykłe strucie się czymś i jednorazowa przygoda, a kiedy należy udać się do weta i poprosić o fachową pomoc.

Image

O tym co czasem prowadzę na końcu smyczy

Dużo się ostatnio działo. Przyznaję, że na blogu Berka pojawiły się poważne zaległości. Winię za to zimę.

Nigdy wielbicielka zimy nie byłam. Zauważyłam jednak, że odkąd mam psa to zimno wydaje się mniej dokuczliwe. Jakoś łatwiej mi je znosić na spacerach po lesie, czy po polach. I nawet jak biegam po mieście z Berkiem to jest jakoś lepiej, cieplej, ciekawiej, niż jak jestem bez niego. Mniej też kicham, prycham i nie łapią mnie tak często sezonowe przeziębienia. Czyli super :). Ostatnio jednak zauważyłam, że coraz ciężej jest mi zmobilizować się rano do dłuższego spaceru. Nudzi mnie okolica, a dystans do lasu codziennie się wydłuża. Masakra jakaś. Berek jest jaki jest – nie odpuszcza nawet na chwilę. Nie ma lenistwa, a spacer musi być odpowiedni, a nie byle co. Wiem wiem – różne psy, różne potrzeby. Chciałam setera to mam :). Jednakże czasem wlekę się po lesie o 7.30 rano i kwestionuję sens wszystkiego. Wydaje mi się, że ta czarna istota na końcu 10-metrowego sznurka jest potworem bez litości, maszyną. I ta „maszyna” chce tylko jeść, walić kupy i biegać w kółko 24/7.  Oj rano w zimę jest ciężko. Dlatego postuluje już za tym by była wiosna. Jestem gotowa już na wiosenną wersje Berkowego szaleństwa i lataczki. Nie chcę już ślizgać się po lodzie ciągnięta przez „czarnego stwora”. Nawet bez tego jest mi go trudno utrzymać. Nie chcę już mieć mokrych rękawiczek, które wiecznie pachną kiełbasą, która próbuję przekupić mojego psa, aby trochę zwolnił. Mam też dość szarej aury, bo nie wychodzą zdjęcia, a i ciężko obsługiwać aparat w kiełbasianych rękawicach… Zgłaszam też sprzeciw co do wieczornych spacerów – kiedy zawsze jest zimno i zawsze ciemno a wszystkie latarnie są „na świeżo” obsikane przez okoliczne psiaki i Berek wciąga je nosem jak narkoman. I mam też dość herbaty – którą piję w zimę, bo najlepiej rozgrzewa. Mam jej dość, bo przecież jestem kawową osobą, a tu herbatę trzeba, żeby było lepiej.

A czemu wszystko to piszę? Otóż wiem, jestem tego pewna, że psy mogą leczyć nasze smutki, polepszać humor, leczyć z depresji. Jednakże, każdy lek ma skutki uboczne. A to nam wyleczy nadciśnienie, ale rozwali wątrobę, lub będziemy musieli być na diecie, itp. Trzeba więc przygotować się na wszystkie ewentualności – najlepiej mieć grupę wsparcia, alternatywę, kogoś kto będzie czuwać nad tym abyśmy nie przedobrzyli. Ja od poniedziałku do piątku jestem z Berkiem i zimą sama. Postanowiłam, że od lutego, zaraz po sesji, zaczynam o siebie i Berka dbać. Nie ma co czekać do wiosny.

A „wielkie zmiany” u Berka? Otóż wróciliśmy do chodzenia na lince. Wraca na „do mnie!” pięknie, ale dzięki temu, że jest na lince to mogę go korygować, gdy nie widzę u niego reakcji na wołanie. I co najważniejsze – nie stresuje się na spacerach, a ostatnio spokojnych spacerów bardzo mi brakowało. Nie lubić prowadzać go na lince, ale nic na to nie poradzę. Ważniejsze jest dla mnie aby go nauczyć i zapewnić mu jako-takie bezpieczeństwo, niż szpanować tym, że pies niby to mnie wraca jak go wołam :). Berek ma podobno potencjał i, według trenerki, powinnam iść z nim dalej ze szkoleniem i może nawet zdawać egzaminy z obedience. Teraz już nie mam wątpliwości, że to do czego dojdę z Berkiem to głównie będzie moja zasługa/lub wina, bo psa mam superowego :). Jest presja 🙂

A na koniec: już niedługo napiszę o jednej z najmilszych rzeczy jaka mi się ostatnio przydarzyła :). Spójrzcie na tego przystojniaka na zdjęciu poniżej- to NERO. Więcej już wkrótce 🙂

Nero

 Piękny Nero z Irlandii

 

Am-(b)erek ;)

Ah, to długa historia i już od jakiegoś czasu zamierzałam ja opowiedzieć. Moim zdaniem jest w każdym calu nietuzinkowa.

Kiedyś, jeszcze chyba we wrześniu zeszłego roku, byliśmy z Berkiem na psim wybiegu w Krakowie. Moją uwagę zwrócił nieduży, brązowy pies, który biegał sobie po terenie i wyglądał jakby wszystkich i wszystkiego pilnował. Był cudny i na długo go zapamiętałam.

Az tu nagle znów go zobaczyłam, tym razem w internecie! Piesek miał bardzo charakterystyczną mordkę więc od razu go zapamiętałam. Na stronie jednej z firm oferujących sesje zdjęciowe zwierzaków pojawiła się znajoma psia minka. Potem jakimś cudem wyszukałam go w internecie, zapoznałam się z jego panią – przesympatyczną Magdą i….. spotkałyśmy się na wspólnym spacerze w Lasku Wolskim :). Okazało się, że psiak nazywa się Amber i został adoptowany ze schroniska w Krakowie. Magda opowiedziała mi jego dramatyczna historię, którą postanowiłam opisać na blogu. W niedzielę spotkałyśmy się znów w okolicach Lasku, a potem Magda z Amberem wpadli na kawę. Psy dogadywał się całkiem dobrze, chociaż Berek nie pozwolił Amberowi wejść na jego kanapę…

Ale teraz myślę, że czas na Ambera … 🙂

Amber został znaleziony w styczniu zeszłego roku, przywiązany do bramy schroniska w Krakowie. Ktoś zostawił także karteczkę, że pies urodził się w 2010, ma na imię Amber i jest chory na cukrzycę. W schronisku nie dawano temu wiary i pies został zdiagnozowany od nowa. Okazało się, że najprawdopodobniej ma moczówkę prostą, której jedna z odmian objawia się tym, iż organizm nie wytwarza hormonu odpowiedzialnego za zagęszczanie moczu. W schronisku zaczęto podawać Amberowi odpowiednie leki, ale jego stan nie poprawiał się. Pies bardzo często oddawał mocz, wydawał się bardzo zestresowany pobytem w schronisku. siedział sam w boksie i bł osowiały. Co gorsze, weterynarze ze schroniska nie byli do końca pewni diagnozy, gdyż leki nie poprawiały stanu Ambera.

I wtedy pojawiła się Magda :D. Zachwyciła się Amberem od razu. Szukała psa do adopcji już od pewnego czasu, ale nie była pewna czy da sobie radę z tak ciężko chorym zwierzakiem. Potrzebowała paru tygodni, aby przemyśleć całą sprawę i zasięgnąć opinii u lekarzy weterynarii. Plusem było tez to, że Magda pracuje z domu i wiedziała, że będzie mogła wyprowadzać Ambera często na dwór, ab załatwił swoje potrzeby i powoli opanował swój lęk separacyjny. W końcu, po 6 miesiącach pobytu w schronisku, Amber znalazł dom :). Magda opowiadała, że pierwsze dni z Amberem były ciężkie: Amber był zdenerwowany, a w związku z tym więcej pił i siusiał. Na początku zdarzało mu się załatwiać w domu, gdyż jeszcze nie wiedział jak pokazać, że potrzebuje wyjść. Z powodu lęku, lub choroby, Amber potrafił wypijać średnio 5 litrów wody na dobę. Było z nim dużo roboty, i przyznaję, że bardzo podziwiam Magdę, że dała radę.

Amber jest teraz radosnym psiakiem z silnym charakterkiem. Słodziak tylko udaje nieśmiałego i zdecydowanie wie co może zdziałać robiąc minę kota ze Shrek’a :). Oczywiście nadal otrzymuje leki,je specjalna karmę  obniżonej zawartości fosforu i białka, potrafi wypić hektolitry wody i sikać 3-4 razy w ciągu nocy i średnio co 3 godziny w ciągu dnia. Magda nie zostawia go samego w domu, bo Amber bardzo to przeżywa. Na pewno wymaga dużo zaangażowania i poświęconej mu uwagi. Magda powoli zaczęła puszczać go ze smyczy, a Amber słucha się świetnie. Najlepiej wabić go na kawałki suchego chleba. 😀 Berka próbował (i to skutecznie!) ustawiać, jako, że Berek to dzieciak jeszcze i … głównie służył Amberowi do gonienia :).

Chłopaki bawili się świetnie, a spacer, pomimo parszywej pogody, był świetny. Na koniec Magda wpadła z Amberem do nas na kawę. To był pierwszy raz kiedy Berek miał jakiegoś innego psa u siebie w domu. Byłam bardzo ciekawa jego reakcji, a Magda chciała zobaczyć jak będzie się czuł Amber i czy nie będzie się denerwować. Okazało się, że dogadywały się dobrze, jedyny „zgrzyt” to Berusław, który stwierdził, że co jak co ale żaden pies nie będzie siedział na jego kanapie. Amber mógł nawet wejść do jego klatki, pić z jego miski, ale od kanapy musiał trzymać się z daleka… :)> I jeszcze w domu chciały się bawić! Po pewnym czasie Berek zasnął u siebie w klatce, a Amberowi zaczęły kleić się oczy. To było niesamowite, jak wspaniale sie dogadywały – Amber odnalazł się w zupełnie nowym miejscu i sytuacji, a Berek zaakceptował kolegę u siebie w mieszkaniu, aż do tego stopnia, że był w stanie po prostu iść spać i się nim nie interesować. Jestem dumna z ich obu :D.

Uważam, że warto pisać, mówić, pamiętać o tym, że psie cuda się zdarzają, ale są do tego potrzebni tacy ludzie jak Magda – którzy poświęcają swój czas i energię na to, aby pomóc psiakowi i dać mu szczęśliwy dom, wtedy kiedy nikogo to zwierzę nie ma.

Ambera można lepiej poznać na jego blogu http://dailyamber.tumblr.com/

Strona krakowskiego schroniska dla zwierząt bezdomnych http://www.schronisko.krakow.pl/

s

DSC_0292

DSC_0300

DSC_0304

DSC_0310

DSC_0322

DSC_0330

DSC_0334

DSC_0341

DSC_0347

DSC_0365

DSC_0357

DSC_0349

DSC_0352

DSC_0369

Okolice Krakowa – Dolina Kluczwody

Odwiedziliśmy z Berkiem część Parku Krajobrazowego Dolinek Krakowskich, który znajduje się na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Dolina Kluczwody nie jest długa, ale krajobraz jest bardzo urozmaicony. W dniu w którym tam byliśmy pogoda była wprost wiosenna. Mimo iż było słonecznie i dość ciepło, ścieżka była całą pokryta lodem i spacerowanie było bardzo utrudnione. Śniegu oczywiście nie było 🙂

Spacer był przyjemny, jednak jestem pewna, że mogłoby być znacznie sympatyczniej, gdyby pogoda była hmmm….. konkretniejsza. Teraz, nawet gdy jest ciepło, to wszystko jest bure i bez wyrazu. Zapewne w śnieżną zimę skały i strumień w Dolinie Kluczwody wygląda zachwycająco. Podobnie jesienią lub w ciepłe lato. Ale nie ma co narzekać 🙂 – gdyby był wielki mróz pewnie w ogóle bym się tam nie wybrała.

Berek był zachwycony! Ganiał jak szalony, w górę, w dół. Wskoczył nawet do strumyka… Słuchał się wspaniale, dzięki czemu nie stresowałam się i też spędziłam miło czas. Bardzo tego potrzebowałam, bo ostatnio  brakowało mi spacerów z psem w nowych miejscach. Czy też macie coś takiego? Potrzebujecie czasem udać się z psiakiem w nieznane na wyprawę?

(info: wjechaliśmy do Dolinki od strony miejscowości Ujazd. Jest tam bardzo kiepsko z miejscem do parkowania. Wiem jednak, że jest drugi wjazd od strony Wielkiej Wsi i możliwe, że tam jest lepiej i wygodniej podjechać.)

DSC_0292

DSC_0313

Nie ma nic lepszego od spaceru z psem 🙂

DSC_0320

DSC_0331

Przerwa na kawę 🙂

DSC_0338

DSC_0293

Berkowy Spacer Urodzinowy

Było wspaniale! 🙂 Byliśmy z Berkiem zachwyceni, bo towarzystwo było przednie i to ludzkie i psie :). Ale po kolei…

Berek czul od rana, że coś się święci i ledwo mógł ustać z podniecenia, gdy czekaliśmy na imprezowiczów. Zabawa zaczęła się od razu i psy nie potrzebowały dodatkowego czasu na zapoznanie czy rozgrzewkę – szaleństwo w śniegu, gonitwy i susy w zaspy to podstawa. Zjawił się zespół http://dogspaths.blogspot.com/ z piękną Teslą (w większych szelkach). Przyszła również urodziwa siostra Tesli – Mori, która zdecydowanie wpadła w oko Berkowi…. Towarzyszył nam również facet Pefo -uśmiechnięty piaskowy lablador.

Na szczęście spacer odbył się jeszcze zanim przyszłą odwilż i psiaki nie wymazały się całe błotem. Słonce świeciło, ale było dość zimno. Mimo iż posmarowałam Berkowi łapy woskiem, to i tak zaraz miał kulki… Ale nie do końca miał czas zatrzymać się, aby je wygryźć :). Niestety albo „stety” Berek bł jeszcze dodatkowo zajęty bardzo intensywnym zabieganiem o względy Mori… Hmmm to jednak jest za ładnie powiedziane – cóż, Berek skończył roczek i jest już facetem 🙂 Mori była jednak bardzo cierpliwa i często udawała, że Berek jej nie przeszkadza. Ale mi było trochę głupio, bo co to tak od razu przystępować do dzieła – a gdzie czas na pierwszą randkę i trochę romansu…:)

Spacerowaliśmy prawie dwie godziny, była herbatka dla ludzi i moje ciasto-twór do poczęstowania. Berek dostał jeszcze dodatkowo WSPANIAŁE prezenty urodzinowe: smakołyki w postaci kostek i czyszczaków do zębów, a także ciasteczka z wątróbki (w idealnym !! opakowaniu, które od razu zarekwirowałam 🙂 ).

Myślę, że częściej trzeba spotykać się na takie wspólne spacerowanie, bo i nam ludziom i psiakom zawsze przyda się taka dawka radochy i szaleństwa. Trzeba dbać o swój poziom endorfinek.

Popatrzcie sami co się tam działo 🙂

P.S Bardzo brakowało nam http://myhovawart.com/ z Hebanem, Fado z http://psiewedrowki.blogspot.com/ i Nuciejki z http://nuciaczek.wordpress.com/. Niestety Heban skaleczył się w łapkę i intensywna zabawa nie byłaby w tym momencie wskazana, bo ranka musi się spokojnie zagoić, żeby mógł potem swobodnie hasać. A panie Fadowe i Nuciejkowe rozchorowały się okrutnie :(. Mam nadzieje, że uda nam się uda spotkać i tak – zawsze można zrobić powtórkę z Berkowych urodzin, albo po prostu imprezę bez okazji 😀

DSC_0367

DSC_0239

DSC_0243

DSC_0250

DSC_0232

DSC_0256

DSC_0276

DSC_0292

DSC_0294

DSC_0314

DSC_0351

DSC_0328

„Zrozumieć psa” według Johna Bradshaw’a

bradshaw

Przyznaję, że książkę „Zrozumieć psa. Jak być jego lepszym przyjacielem” Johna Bradshaw’a nadal czytam, ale już pierwsze rozdziały zainspirowały mnie do napisania nowego posta. Książka jest teraz nowością wydawniczą i jest dostępna prawie w każdej księgarni. I nie da się nie oceniać jej po okładce, gdyż okładkę ma przepiękną 🙂

Bradshaw gównie koncentruje się na przedstawieniu w prosty sposób jak działa psia psychika i dlaczego psy zachowują się tak, a nie inaczej. Jednakże, w odróżnieniu do większości książek i poradników dla właścicieli psów, autor nie analizuje konkretnych zachowań objaśniając „co Twój pies próbuje ci powiedzieć”. Bradshaw postanowił rozwinąć temat trochę lepiej i wyjaśnić czemu my, ludzie, tak często źle interpretujemy psie zachowania i czemu prowadzi to do nieporozumień.

Wszyscy wiemy, że psy pochodzą od wilka. Bradshaw dokładnie tłumaczy od którego wilka pochodzi pies domowy, kiedy i dlaczego został najprawdopodobniej  udomowiony. Oczywiście autor nie zaprzecza, że najbliższym krewnym psa jest wilk. Zaznacza jednak, że psy nie zachowują się jak wilki i analizowanie ich zachowań poprzez pryzmat zachowań wilków jest dla psów po prostu krzywdzące. Bradshaw twierdzi, że społeczne życie wilków jest oparte na koncepcie rodziny. Para wilków rozmnaża się a ich dzieci zostają przy rodzicach by pomagać im w wychowaniu kolejnego potomstwa. Rozmnaża się tylko jedna para z takiej rodziny, a reszta chroni mode. Jest to najlepszy sposób aby ochronić linię swojej krwi… Jeśli któryś z młodych samców jest dostatecznie silny opuszcza rodziców i szuka samicy z którą tworzy podobną strukturę rodzinną.  Bradshaw twierdzi, że wilki żyjące w niewoli, czyli te które są najlepiej zbadane przez człowieka, funkcjonują w nienaturalnych dla nich warunkach co wpływa na ich relacje. Osobniki są zmuszone przebywać i akceptować siebie nawzajem, co czasem jest niemożliwe. Autor zaznacza, że w naturalnym środowisku osobniki, które są tzw. outsiderami zwykle opuszczają stado lub trzymają się na uboczu. Często po prostu uciekają przed silniejszymi osobnikami. Natomiast wilki trzymane w niewoli uciec nie mogą. W związku z tym, aby uniknąć konfliktów są skazane na zachowania, które w naturalnym środowisku jest wręcz niespotykane. W zoo wilki często kładą się na plecy i pokazują brzuch – poza którą znamy od psów. Według Bradshaw’a u wilków jest to objaw desperacji- robią tak, gdy inne sposoby zakomunikowania przyjaznych zamiarów zawodzą, a ucieczka jest niemożliwa, czyli bardzo rzadko.  Bradshaw zaznacza, że ta pozycja nie oznacza u wilków poddaństwa – tak robią młode gdy podchodzi do nich matka. Młode wilki nie maja potrzeby pokazywania matce poddaństwa, raczej starają się okazać swoje oddanie, przyjaźń i miłość. Jest to podstawowy element budowy rodzinnych relacji w grupie wilków. Jednakże w niewoli zwierzęta zostały zmuszone do szukania nowych sposobów komunikowania, tylko dlatego, iż np. mieszkają z osobnikami których chętnie by unikały w naturalnym środowisku.

Kolejnym przykładem jest zachowanie psa, które ludzie także uważają za okazywanie poddaństwa, czyli gdy pies powoli podchodzi z uszami położonymi po sobie i podkulonym merdającym ogonem. Bradshaw pisze, iż jest to sygnał afiliacji a nie poddaństwa podczas rytuału powitalnego wilków. Zwykle wilki robią tak, gdy zbierają się na polowanie, a autor nazywa to elementem ceremonii grupy. Rytuał ten jest odgrywany przez parę rodziców i ich starsze potomstwo i ma na celu umocnienie więzi rodzinnych, a nie pokazanie poddaństwa. Bradshaw zaznacza, że jest to zachowanie typowe dla relacji rodzice-dzieci, a fakt iż częściej odgrywają ją dzieci jest po prostu naturalny w grupie rodzinnej. Oznacza zaufanie i oddanie.

Poglądy Johna Bradshaw’a kwestionują szkolenia, które są oparte na elemencie dominacji. Nie wspomnę już o metoda sławnego Ceasara Millana… Nie jestem specjalistą i wiem, że muszę bardzo wiele się nauczyć, aby chociażby być w stanie ocenić poglądy autora. Jednakże czytając ta książkę przypomina mi się moment, gdy Berek pokazywał charakterek przy misce. Potrafił kłapnąć zębami, zawarczeć. Jak już wspominałam, zaczęłam karmić go z ręki, lub po prosu siedzę przy nim jak je i wkładam ręce w jego jedzenie co jakiś czas. Berek już na mnie nie reaguje i czasem nawet czeka jak go nakarmię… Nie rozumiem jednak co jego poprzednie zachowanie miało pokazać. Czy był to brak zaufania? Czy nie starał się pokazać mi, że to ON ma prawo teraz jeść i mam spadać? Jeśli tak, to moje relacje z Berkiem w tamtym czasie nie były oparte na rodzic-dziecko, a raczej było to coś w stylu kumpel-kumpel, któremu można zabrać żarełko… Myślę, że atmosfera przy misce jest teraz OK. Jednak marzy mi się, aby pan Bradshaw poszedł kiedyś ze mną i z Berkiem na spacer i wyjaśnił mi co według niego dzieje się w głowie mojego psa.

Książke polecam, gdyż jest po prostu ciekawa. Zachęca do interakcji z psem, obserwacji i dalszej refleksji. Osobiście podoba mi się również to, że autor uważa psy za zwierzęta niezwykłe, bo są właśnie takie a nie inne.

Co powiedziałby Twój pies?

Podobno zwierzęta mogą przemówić ludzkim głosem w wigilijną noc… Obawiam się jednak, że może i mogą, ale nigdy tego nie zrobiły. Sądzę, że my ludzie najedlibyśmy się dużo wstydu, gdyby zwierzaki powiedziały wprost co o nas myślą. Uważam, że by się nam dostało i często zasłużenie…

Ostatnio zaczęłam zastanawiać się, czy Berek jest naprawdę szczęśliwy, bo psiak ma potrzeby kosmiczne, a czasem spacer okazuje się taki najzwyklejszy i wręcz nudnawy… Czy Berek 24 grudnia w nocy powie mi co o tym wszystkim myśli? Czy Ryjosław zażyczy sobie jeszcze dłuższych spacerów? Może spania w łóżku? Bardziej wyszukanego jedzenia?

A może… A może powie, że jest OK? Czasem zaglądam w jego psie oczy i widzę zachwyt. Najprawdopodobniej jest to moja ludzka interpretacja psiej mordki i faflowatej miny, ale wmawiam sobie, że to psi uśmiech :). Widzę w tym ryjku szczęście i zadowolenie, poczucie bezpieczeństwa i zaufanie. Może w Wigilię Berek powiedziałby, że nic nie trzeba zmieniać i właściwie nie ma potrzeby gadać, bo merdający ogon wyraża codziennie wszystko….

DSC_0315