W ostatni weekend byliśmy z Berkiem na warsztatach z tropienia użytkowego, które były zorganizowane przez Akademię Psa Pracującego, odział krakowski. Tropienie użytkowe to poszukiwanie osoby zaginionej lub schowanej po tym jak pokażemy psu przedmiot do nawęszenia należący do osoby poszukiwanej. Jest to aktywność z psem, która staje się w Polsce coraz popularniejsza. My z Berkiem jesteśmy początkujący… tzn my – ludzie jesteśmy początkujący, bo Berek doskonale wie co ma robić 🙂 Warsztaty odbywały się w Goszczy, niedaleko Krakowa.
Oddziałem krakowskim Akademii Psa Pracującego zajmuje się fenomenalna Magda Naraniecka, która regularnie prowadzi zajęcia i warsztaty z tropienia, a także szkolenia psów. To właśnie dzięki Niej i jej pracy ten weekend był taki udany. Podczas warsztatów naprawdę dużo się nauczyliśmy. Magda cierpliwie tłumaczyła nam, kursantom, co pies robi w danym momencie idąc po śladzie i dlaczego. Pomagała nam zrozumieć sposób w jaki pies pracuje i nauczyć jak mamy mu nie przeszkadzać niepotrzebnie szarpiąc za linkę, albo sugerując mu co ma robić, kiedy on być może wcale naszej pomocy nie potrzebuje.
Ale jak to wygląda?
Oczywiście wszystko zależy od tego na jakim poziomie zaawansowania jest nasz pies. Berek jest początkujący w tropieniu więc ma stosunkowo krótkie i świeże ślady. Pozorant układa ślad zostawiając po drodze przedmioty i na końcu chowa się tak aby być jak najmniej widocznym dla psa. Przewodnik po określonym czasie (to też jest zależne od zaawansowania psa, Berek miał ślady 10-15 minutowe) pokazuje psu przedmiot do nawęszenia, należący do pozoranta, wydaje komendę i zaczyna tropić. Ślad może oczywiście zakręcać, biec po różnych podłożach (łąka, droga, potem las). Przewodnik ma za zadanie nie przeszkadzać psu i … podziwiać jak zwierzak pracuje, bo, naprawdę, jest na co patrzeć! Berkowi bardzo dobrze szło i jestem z niego bardzo dumna. Jego siostra, Coco, która tropi już od dłuższego czasu jest rewelacyjna i ma niezwykła motywację do pracy. Mam nadzieję, że Berek też będzie tak dzielnie tropić jak Cocusia.
Co mi się podoba w tropieniu?
Jestem okropnym uparciuchem i czasem nie potrafię odpuścić. Natomiast tropienie uczy mnie, że muszę zaufać swojemu psu, bo właściwie w temacie węszenia nie mam nic do powiedzenia i to Berek rozdaje tu karty. To jest potrzebne w relacji z psem. Mi daje satysfakcję, bo widzę, że mój pies jest genialny w tropieniu (jest!), a jemu poczucie wolności, bo tropienie to coś w czym się realizuje i co rozumie sam z siebie. Nawet teraz pisząc ten post uśmiecham się na samo wspomnienie uczucia jakie daje mi widok Berkowej, szczęśliwej mordki, gdy odnajdywał mnie na końcu śladu, gdzieś w krzakach. Seter, jako pies niezwykle żywiołowy, indywidualista, który wydaje się być zawsze gotowy do akcji, naprawdę polubi wspólne tropienie jako sposób nawiązania więzi z opiekunem.
Jesień którą mamy od kilku dni zapiera dech w piersiach – jest ciepło i słonecznie. Chciałabym, żeby tak było cały czas! Kolory na drzewach są niesamowite, a dzięki słonecznej pogodzie tak łatwo iść na spacer i po prostu odpoczywać podziwiając uroki tej pory roku.
Nie wiem czy Berek podziela mój zachwyt, bo ewidentnie jest mu gorąco i każdy spacer kończy zanurzeniem w kanałku. Intensywnie biega tylko wczesnym rankiem, kiedy jest mgła i intensywne zapachy na trawie pokrytej rosą. Reszta dnia to raczej wygrzewanie się na słońcu niż bieganie. Ale co tam – deszcz jeszcze przyjdzie i Berek będzie zachwycony. Tymczasem ta JA napawam się chwilą i wywlekam psa na spacer kiedy tylko mogę.
Przyznam, że uwielbiam patrzeć na Berka jak szaleje na łąkach. To jest po prostu piękne. Jak dla mnie jest to jedna z najpiękniejszych rzeczy jaką kiedykolwiek widziałam. I gdy dzień jest piękny i słoneczny, a ja odpoczywam idąc po łąkach z psem, jest idealnie. Wtedy wszystko nagle jest takie jakie powinno być 🙂
Śląski Dom to hotelo-schronisko, które leży nad Wielickim Stawem u podnóży Gerlacha (najwyższego szczytu Tatr). Budowę schroniska zainicjowano w 1871, ale już po 3 latach budynek zmiotła lawina. Potem, odbudowany i zmodernizowany, spłonął w 1962 roku. Hotel nie pasuje do otaczającego go surowego górskiego krajobrazu. Podobnie też charakter jego działalności jest wręcz sprzeczny z tym czego oczekuje się w górach – na dole jest np elegancka restauracja z kelnerami. Obecnie hotel jest w stanie pomieścić około 100 gości. Pod budynkiem zaparkowane są ekskluzywne samochody, a my widzieliśmy gości hotelowych spacerujących w garniturach wokół stawu w środku Tatr :). Przyznaje, że widok jest trochę futurystyczny ;).
Wyruszyliśmy czerwonym szlakiem ze Starego Smokovca, czyli miejscowości, gdzie mieszkaliśmy. Szlak na mapie był opisany jako stosunkowo łatwy, ale taki dla nas nie był. Zmęczył nawet Berka :). W pewnym momencie było tak stromo i niewygodnie się wspinać, że zaczęliśmy wypatrywać końca szlaku. W mojej głowie pojawiła się też myśl, że musimy iść dalej i dojść, bo powrót tym samym szlakiem odpada. Miałam nadzieję, że żółty szlak, którym planowaliśmy wracać do domu będzie łatwiejszy. Na szczęście był… wręcz nudny ;). Koniec końców, nie żałowaliśmy, a wręcz czuliśmy satysfakcję, że nam się udało. A w Dolinie Wielickiej, nad Stawem Wielickim, zdrzemnęliśmy się w słońcu.
A Berek? Jak wspomniałam – podczas tej wycieczki – zmęczył się. Było ciepło, daleko i stromo. Ciągnął ( a jakże!), ale reagował na komendy i staram się współpracować. Widziałam, że zastanawia się nad tym co robi, patrzy na nas i jest nastawiony na kontakt z nami. Były jednak też momenty (głównie w lasie), kiedy „odfruwał” i znów nos zaczynał dowodzić psem. Wiele razy pisałam, że właśnie to uwielbiam w swoim psie, ale stwierdzam, że, gdy mijała już 6-ta godzina wspinaczki i nie miałam na nic już siły, pragnęłam aby mój pies myśliwski mógł włączyć komendę „nie mam nosa”…
Początek trasyBerek żuje górską trawę, a ja kontempluję 🙂
Berkowe zaaferowanie 😉
Na szlaku
Jak to zawsze jest z górami – szybko zapomnieliśmy o trudach wspinania się i chcieliśmy więcej więcej ! W górach czuję się uzależniona od pięknych widoków i nie chcę się zatrzymywać. Jedna wędrówka nakręca kolejną i kolejną.
Długo zwlekaliśmy z wakacjami, a jeszcze dłużej z wyprawą w Tatry. Ale wreszcie udało się zmobilizować i trochę „na wariata”, bo tylko z mapami i bez przewodników, pojechaliśmy w Słowackie Tatry. Oczywiście z psem.
Wiadomo, że w Tatrzańskim Parku Narodowym po Polskiej stronie jest zakaz wprowadzania psów. Z psami można wędrować tylko Dolina Chochołowską do końca, do schroniska. Pies oczywiście musi być prowadzony na smyczy.
Na Słowacji w góry można wyruszyć z czworonogiem. Jednakże, my popełniliśmy błąd dając się zwieść ogólnie powtarzanym informacjom, że pies w Tatrach na Słowacji jest akceptowany i nie zweryfikowaliśmy tego z TANAPem (lub tą strona), czyli z regulaminem Słowackiego Tatrzańskiego Parku Narodowego. O co chodzi i gdzie pojawia się problem?
Tatry na Słowacji wyglądają inaczej niż te po Polskiej stronie – ogólnie można powiedzieć, że są bardziej „dzikie”. Z tego co zauważyłam, nie ma tutaj łatwych szlaków, krótkich dolinek gdzie można wybrać się na parogodzinny spacer z rodziną w letnie popołudnie (wykluczam tutaj spacery w klapkach, z torebusią przewieszona przez ramię, po obiadku i deserze z piwa itp, bo to inna bajka). Tutaj praktycznie każde wyjście to wyprawa, a szlaki są długie i często zaawansowane w trudności. Tak jak w Polsce w Tatrach można sporadycznie spotkać kogoś w profesjonalnym obuwiu do wędrówek górskich, tak tu na Słowacji ci w adidaskach (klapek i szpilek nie ma !) są w zdecydowanej mniejszości. Ja niestety śmigałam w adidaskach i wstydziłam się cały wyjazd, bo wyglądałam na bardzo przypadkowa turystkę 🙂
Wejście na teren Parku Narodowego jest darmowe, ale konieczne jest wykupienie ubezpieczenia, gdyż jeśli ulegniemy wypadkowi TANAP obarczy nas kosztami akcji ratunkowej. Koszt ubezpieczenia jest praktycznie symboliczny – około 70 eurocentów za każdy dzień pobytu. Nie ma „bramek” do parku narodowego, a wejścia na szlaki są dość niepozornie oznaczone. Co się z tym wiąże to fakt iż trudno znaleźć tablicę informacyjna z ogólnymi zasadami poruszania się po parku. Trzeciego dnia naszych wędrówek wreszcie natknęliśmy się na tablicę informacyjną, gdzie wyczytaliśmy, że pies ma być prowadzony na smyczy i w kagańcu. No to super !
…Jednakże, gdy zaczęłam szukać dokładnych informacji w internecie okazało się, że TANAP narzuca dość dożo ograniczeń co do wprowadzania psów na teren parku. Psy, owszem, mogą z nami maszerować po górach, ale nie można wprowadzać ich powyżej trzeciego poziomu ochronnego przyrody, tak więc poziom czwarty i piąty jest dla psów i ich właścicieli niedostępny. I tu pojawiają się pewne niejasności: jak dla mnie odnalezienie informacji gdzie zaczynają się poziom czwarty i piąty graniczy z cudem. Na samej mapie zamieszczonej na stronie TANAPu (mapa Natura 2000) nie sposób cokolwiek wyczytać, a innej nie udało mi się znaleźć. Pomijam już sam fakt, że na szlakach nie ma takich informacji.
Gdy dziś przyjrzałam się mapie poziomów ochrony przyrody w Tatrach Słowackich okazało się, że wychodząc w góry z miejscowości w której mieszkamy (Stary Smokovec) najprawdopodobniej łamiemy zasady zawarte w regulaminie. Przynajmniej tak się domyślam, bo nie mogę wiele dostrzec na mikro-mapie TANAPu. Ciekawostką jest też fakt, że trzy razy spotkaliśmy psy mieszkające w schroniskach, plus w ciągu naszych tylko czterech wypraw w góry widzieliśmy osiem psów (jeden w plecaku) wędrujących tak samo jak my, albo wspinających się wyżej.
Kolejną niejasność znaleźliśmy w regulaminie kolejki gondolowej na Łomnicy, którą można psa przewieść (koniecznie w kagańcu), ale tylko pierwszym jej odcinkiem, do mniej więcej 1/3 wysokości. W regulaminie kolejki jest zapis, że „small dogs are allowed”, ale wielkość psa nigdzie nie jest zdefiniowana. Pani w okienku powiedziała, że Berek może wjechać, ale wątpię czy byłoby to możliwe w sezonie. Podobna sytuacja jest z kolejką wagonikowi na Hrebienok w Starym Smokovcu. Same niejasności.
Jeśli chodzi o reakcje ludzi na obecność psa na szlaku to byłam mile zaskoczona – większość osób nas zagadywała i serdecznie witali się z Berkiem. Oczywiście trzeba zaznaczyć, że tutaj ludzi na szlakach spotyka się naprawdę sporadycznie co wydaje się kosmiczne, szczególnie, gdy pomyśli się o tłumach turystów w Polskich Tatrach. Zapewne wygląda to trochę inaczej w sezonie. Jednak koniec września i początek października to pustki na szlakach :).
WAŻNE: W Słowackich Tatrach szlaki (lista szlaków) powyżej schronisk są zamknięte dla turystów od 1 listopada do 15 czerwca!
Po ponad 2 latach życia z Berkiem mogę uznać, że w miarę się rozumiemy. Tak, tak – zgadza się – trochę nam to zajęło, ale za to więź z Berkiem ma solidne podstawy. Także według Berka, co jest niezwykle cenne u takiego psa jak seter gordon. Posiadanie psa to wiele wyrzeczeń, obowiązków i kompromisów. Ale to nasz, człowieka, świadomy wybór i nigdy nie powinniśmy psu dać tego odczuć. Staram się widzieć ile razy Berek idzie na kompromis żyjąc z nami pod jednym dachem. W jego psim świecie koegzystencja z nami to przecież także wyrzeczenia i dostosowanie się do naszych zasad. Staram się to doceniać i nigdy nie zakładać, że to co robi mój pies jest oczywiste, bo dla niego być może, jest to poświęcenie.
Po ponad 2 latach razem wiem co lubi mój pies, wiem kiedy muszę mu pomóc i w jaki sposób poprawić mu humor. Ta wiedza ułatwia nam obojgu życie, bo gdy Berek jest szczęśliwy, ja psychicznie odpoczywam. Natomiast, gdy ja jestem spokojna, Berek od razu to wyczuwa i łapiemy lepszy kontakt. Dostosowałam spacery do Berka, bo mam świadomość jakim jest psem i czego potrzebuje. Nie chcę mu wmawiać, że jest inaczej. Natomiast on zrozumiał, że właśnie „impreza” jest tam gdzie jest jego pani i nie trzeba za dużo kombinować. Może niektórzy powiedzą, że się poddałam, że robię to co chce pies łażąc po polach w błocie zamiast po alejkach w eleganckim parku, ale… to co dostaję w zamian od mojego psa jest bezcenne.
Nawiązując do tytułu posta – mój wymarzony spacer z Berkiem jest trochę dla niego i trochę dla mnie. Berek miałby zapewnione śmiganie po polach, a ja spokój, odpoczynek, cudowne widoki i mojego szczęśliwego psa u boku.
Szkocja – nigdy tam nie byłam i przyznam, że przez długi czas wcale nie znajdowała się na mojej liście krajów do odwiedzenia. Ale od jakiegoś czasu, gdy zdarzają się mi i Berkowi „spacery idealne”, po polach, w spokoju, bez tłumu ludzi często w brzydka pogodę i deszcz, zaczęła mi się marzyć Szkocja.
Ciężko wybrać najpiękniejszą cześć tego kraju, bo każda tak naprawdę urzeka swoją urodą. Zakładając, że nie chcę wspinać się po górach (choć z drugiej strony…), powinnam mieć możliwość stosunkowo łatwego dojazdu, powinnam wybrać się na wschodnie wybrzeża Szkocji. Dodając również, że oczywiście byłby z nami Berek, powinnam darować sobie dłuższy pobyt Edynburgu, albo w Aberdeen i wybrać pieszą wędrówkę wzdłuż wybrzeża. Na wschodzie znajduje się tzn szlak Fife, który jest uwielbiany przez samych Szkotów. Szlak ma około 150km długości i jest podzielony na siedem krótszych odcinków. Swobodnie można zaplanować cały urlop na wędrówkę z plecakiem z jednego miejsca na drugie podążając od początku szlaku w Newport-on-Tay aż do jego końca w North Queensferry. Fife to dużo historii regionalnej i piękna natura. Myślę, że właśnie w taki sposób chciałabym zacząć poznawać Szkocję i z czasem dotrzeć na zachodnie wybrzeża, aż tak daleko jak Knoydart (choć nie wiem, czy to odpowiedni teren dla amatora takiego jak ja).
Szlak Fife ma swoją stronę internetową, gdzie można znaleźć dużo pomocnych informacji: www.fifecoastalpath.co.uk. Warto zajrzeć! 🙂
Kliker odmienił moje życie. Nie, nie – nie przesadzam. Dzięki metodzie klikerowej udało mi się porozumieć z moim psem. Ale od początku.
Czym jest kliker?
Kliker to małe urządzenie, które przy naciśnięciu wydaje charakterystyczny dzięki-kliknięcie. Metoda szkolenia zwierząt oparta w której wykorzystuje się kliker polega na dźwiękowym wzmocnieniu pozytywnym, odnoszącym się do warunkowania instrumentalnego. Warunkowanie instrumentalne to nic innego jak uzależnienie jednej czynności od wykonania innej czynności. I w tej metodzie chodzi o to żeby pies chciał usłyszeć kliknięcie. A dopiero kliknięcie klikera będzie warunkowało nagrodę. Kliknięcie staje się sposobem w jaki człowiek może porozumieć się z psem. Odpowiednie uwarunkowanie dźwięku klikera sprawi, że pies będzie chciał go usłyszeć.
Ćwiczenie z psem klikerem to wspaniała przygoda. Pies musi sam wymyślić o co nam chodzi, gdy w żaden sposób nie komunikujemy się z nim werbalnie. Jest to także ciekawe dla naszych czworonogów, bo uczą się nas i dzięki kliknięciom, są w stanie wyłapać o co nam chodzi. Jest to bardzo jasny komunikat dla psa, że właśnie zrobił coś prawidłowo. Zwierzak musi sam wyłapać co spowodowało pojawienie się charakterystycznego kliknięcia (czyli czegoś co dobrze kojarzy się naszemu psu).
Jak to działa?
1. Klikamy dokładnie w momencie kiedy pies wykonuje czynność o którą nam chodzi – czyli musimy dokładnie wiedzieć co chcemy wypracować i pracować szybko.
2. Najpierw kliknięcie, a potem nagroda.
3. Praca z klikerem jest dynamiczna. Klikamy szybko, gdyż najważniejszy jest moment kliknięcia, a nie podanie nagrody. Pamiętajmy, że z czasem pies będzie pracował bo będzie bardzo chciał usłyszeć kliknięcie, kojarzące mu się z nagrodą (nagrodą przecież wcale nie musi być smaczek).
4. Pracujemy klikerem w krótkich, paro-minutowych sesjach.
5. Na początku nie wydajemy żadnych komend. Porozumiewamy się z psem tylko za pomocą kliknięć. Komendy wprowadzamy później, gdy pies opanuje komendę. Wprowadzamy komendę słowną, gdy pies wykonuje już dana czynność na kliker. Jednakże komendę słowną także warunkujemy, czyli uczymy psa, że do czynności którą już ma opanowaną dochodzi kolejny uwarunkowany kliknięciem czynnik, czyli słowo: zaczynamy klikać dopiero, gdy pies wykona dana rzecz po naszej komendzie.
A jak to było u nas?
Sięgnęłam po kliker w akcie desperacji. Zaniedbałam uczenie psa samokontroli i, gdy mój niezwykle żywiołowy seter dorósł, zaczęło być ciężko. Ciężko praktycznie wszędzie, przy przeróżnych czynnościach. Z racji tego, że Berek jest sporym psem, przestawałam radzić sobie z nim fizycznie. Pomijam już, że jego rozbrykanie wykańczało mnie również psychicznie. Podróże autobusem były gehenną. Spotkanie z behawiorystką w niczym za bardzo nie pomogło. Natomiast ja miotałam się pomiędzy przeróżnymi teoriami, które rzekomo miały wyjaśnić zachowanie mojego psa i pomóc mi znaleźć powód jego nieprawdopodobnej ekscytacji w autobusie. Nie poddawałam się i walczyłam dalej. Z moich obserwacji wywnioskowałam tylko jedno – Berek nie wie co ze sobą zrobić w autobusie, natomiast doskonale wie co będzie robić jak wreszcie z niego wysiądzie. Z takim stanem umysłu mój zadaniowy, pracujący pies nie był w stanie się uspokoić. Co ciekawe, motywowanie i zajmowanie Berka samymi smakołykami nie sprawdza się, co zresztą jest częste u seterów. I wtedy, gdy ja już byłam bliska załamania, a Berek wariował w komunikacji miejskiej i też nie wyglądał na szczęśliwego – sięgnęłam po kliker.
źródło: merlin.pl
Nasze szkolenie
Daleko mi do klikerowego eksperta. Nadal uczę się co może mi zaoferować klikerowe szkolenie. Za wstęp do klikania z psem posłużyła mi książka, która od dawna jest bardzo istotną lektura dla świadomych psiarzy: Kliker – skuteczne szkolenie psa autorstwa Karen Pryor i wydane nakładem wydawnictwa Galaktyka. Do książki dołączona jest płyta DVD z ćwiczeniami (84min.) Książkę polecam, bo jest przystępnie napisana i może być bardzo inspirująca dla osób, które nadal nie są przekonane co do klikera i wątpią czy uda im się opanować podstawy klikania.
Z Berkiem zaczęłam od ćwiczenia samokontroli przy wychodzeniu i wracaniu ze spaceru. Zaopatrzona w smakołyki i kliker, w spacerowym rynsztunku, który jednoznacznie kojarzy się mojemu psu z super imprezą, siedziałam na klatce schodowej i czekałam aż Berek się położy. Wtedy szybkie „klik” i nagroda. Z czasem zaczynałam klikać z opóźnieniem – przez to zmusiłam Berka do dłuższego leżenia. Ćwiczeniem tym uwarunkowałam kliker – Berek sam wymyślił, że ma położyć się, aby usłyszeć kliknięcie i potem dostać nagrodę.
Następnie, już uwarunkowany kliker, wprowadziłam w autobusie: kiedy Berek kładł się – natychmiast klikałam. Potem przedłużałam moment pomiędzy kliknięciami, żeby zmotywować Berka do dłuższego pozostania bez ruchu. Teraz klikam mniej więcej co przystanek.
Berek w autobusie nie jest zrelaksowany, nie zasypia, nie wyłącza się. Jednakże dzięki klikerowi, mój pies przestał się kręcić, szarpać i miotać. Berkowe leżenie w autobusie jest czynnością wykluczającą – tzn że Berek robi coś co wyklucza robienie czegoś innego, czyli kręcenie się w autobusie. Berek leżąć w autobusie cały czas „pracuje” – czyli wykonuje konkretną komendę. Jest to także istotne dla psów, które wydaja się zagubione w niektórych sytuacjach – kliker pozwala im skupić się na czymś konkretnym i wyłączyć na te rzeczy które je przytłaczają. Przykład? Berek nie lubi zamieszania i tłumu na ulicy. Jeśli idziemy z klikerem, mój psiak koncentruje się na mnie i na klikerze i zapomina o tym co dzieje sie naokoło. Oczywiście nie zawsze to nam wychodzi-zależy to też od jego i mojego nastawienia i nastroju. Obecnie za pomocą klikera ćwiczymy przeróżne rzeczy. Coraz lepiej wychodzi nam chodzenie na luźnej smyczy, co było (i trochę nadal jest) nasza zmorą. Regularnie ćwiczymy także przeróżne sztuczki, które rozwijają koncentrację Berka i wzmacniają samokontrolę (no. Berek potrafi nie ruszyć kiełbasy położonej na jego stopach :)… ). Istotne dla mnie są także ćwiczenia, które robimy przy okazji karmienia Berka. Pisałam już wcześniej, że miałam z Berkiem problem jeśli chodzi o jego zachowanie przy misce. Dzięki klikerowi obecnie jestem w stanie posadzić Berka w salonie, daję mu komendę „zostań!”, stawiam miskę z jedzeniem w przedpokoju, wracam do Berka, obchodzę go dookoła, robię komendę „łapa”, po czym klikam „weź” i Berek dopiero idzie do miski. Chciałabym tutaj zaznaczyć, że w misce jest surowe mięso, a nie sucha karma… ;).
Oczywiście nie zawsze jest aż tak różowo i wspaniale. Berek ma dni, kiedy ćwiczyć nie chce, jazda autobusem znów okazuje się walką (Berek ma problem ze skupieniem się, gdy jest tłoczno), a klikanie nie jest dla niego dostatecznie interesujące. Dodatkowo, zdaję sobie sprawę, że muszę jeszcze dużo dowiedzieć się o samym metodzie szkolenia klikerem, aby urozmaicać polecenia i zarazem rozwijać umiejętności Berka. Mój wpis nie jest przewodnikiem po metodzie szkolenia klikerem. Chciałam Was jednak nią zainteresować i pokazać, że warto zagłębić się w ten temat.
I jeszcze na koniec kilka słów o naszych klikerach:
Kliker ze zdjęcia poniżej kupiłam ponad dwa lata temu w jakimś sklepie internetowym, niestety nie pamiętam w jakim. Cena była przeciętna, około 10zł. Spisuje się super, choć kliknięcia są, moim zdaniem, za ciche.
Ponieważ klikera używam obecnie bardzo intensywnie, postanowiłam kupić sobie zapasowy. Wybrałam taki jak na zdjęciu poniżej. Niestety zepsuł się po tygodniu – wypadł mu plastykowy guziczek do klikania. Kliker jest stosunkowo drogi – kosztuje od 15 do 18 zł, zależy w jakim sklepie. W zestawie jest spężynowa bransoletka i tasiemka.
Kolejny kliker jaki kupiłam to był już ten najzwyklejszy, najprostszy i najtańszy. Niestety nie podoba mi się, bo dość ciężko się nim klika. Na kliker idealny będę nadal polować.
W lato jest to jedna z naszych codziennych tras. Spacer nie jest długi, bo w jedną stronę to tylko około 3 km, ale pies ma możliwość pobiegać. Ja natomiast dodatkowo cenię fakt, iż na tej trasie spacerowej mam również okazję poćwiczyć z Berkiem grzeczne chodzenie na smyczy i relaksowanie się przy ujadających przez płot psach. A na koniec? Zabawa na plaży 🙂
Kiedy warto?
Oficjalnie do zalewu w Kryspinowie psy wchodzić nie mogą. Podobno jednak bardzo dużo właścicieli czworonogów zjawia się tam wieczorami ze swoimi psiakami. Z Berkiem chodzę na długi spacer zwykle wczesnym rankiem, więc spotykam tylko „zestaw psiarzy porannych”. Od właściciela pięknego retrievera, który bywa tam niemal codziennie, dowiedziałam się, że wczesnym rankiem i wieczorem można wejść nad zalew nie płacąc, bo „bramkarze” zjawiają się na swoich stanowiskach trochę później w ciągu dnia.
Zwykle do Kryspinowa docieram z Berkiem po 7.00, co jest dobrą porą, szczególnie w upalne letnie dni. Pies ma okazje schłodzić się w zalewie, a na plaży nie ma jeszcze nikogo. Kryspinów jest oblegany przez mieszkańców Krakowa, więc wybierając się tam z psem warto brać pod uwagę innych użytkowników plaży.
Na mapce powyżej pozaznaczałam kolorowymi punktami miejsca które znajdują się na zdjęcia w tym wpisie. Być może taka mapka przyda się tym osobom, które chcą zorientować się jak wygląda dany fragment proponowanej trasy.
punkt NIEBIESKIpunkt ZIELONYpunkt BRĄZOWYpunkt RÓŻOWYpunkt ŻÓŁTY
punkt CZARNY
A na koniec filmik , gdzie udało mi się uchwycić jak Berek okłada pole…. no może nie pole, ale raczej polankę koło naszego domu (okolice niebieskiego punktu na mapce). Piękny widok! 🙂
Czy pies brudzi? Oczywiście, że TAK! Pies to owłosiony stwór, który zwykle włazi w każdą kałużę po kolei, lubi tarzać się w błocie, po czym suszyć na piasku. Zwykle ma cztery łapy, a do każdej łapy potrafi przykleić się pół kilograma ziemi. Ale to jest nic – są techniki zapanowania nad tym i w normalnych warunkach w 2 minuty można doprowadzić psa do neutralnego stanu i puścić go bezpiecznie po domu. Warto po prostu zawczasu pomyśleć o nauczeniu psa niewskakiwania na łóżko, lub osuszaniu się w kennelu. Jako właścicielka długowłosego psa stwierdzam, że da się to zrobić 🙂 Zresztą mina szczęśliwego psa taplającego się w błocie jest po prostu bezcenna 😀
Ale człowiek uczy się całe życie i głównie na własnych błędach – to są bardzo mądre słowa i zgadzam się z nimi w 100%. Oczywiście jedni uczą się od razu, inni potrzebują trochę więcej czasu. Niektórzy pewne swoje błędy ignorują i nie wyciągają z nich żadnej nauki. Czasem taki błąd zmienia ludzkie życie, czasem jest zwyczajny, wręcz nudny i można o nim opowiadać dowcipy. Różnie w życiu bywa.
Mi chwilę zajęło zrozumienie, że nie da się normalnie funkcjonować mając mieszkanie w 3/4 wyłożone białymi kafelkami z połyskiem. Takie otóż mieszkanie sobie wynajęliśmy z A. Jest ładne, świeci się i błyszczy jak na reklamie płynu do mycia wszystkiego. Niestety taki stan utrzymuje się przez około 15 sekund po sprzątnięciu, jak jeszcze stoję z mopem w ręku, gdyż przejście do łazienki, do kąta, gdzie mop mieszka, już brudzi śnieżnobiałą powierzchnię… I mogę właściwie zacząć sprzątać od początku
Kuchnię też mam białą z połyskiem – podłoga biała, szafki kuchenne białe. Ściany w kuchni? Kruczo-czarne, oczywiście z połyskiem… Piękne! Ale do sprzątania to koszmar! Widać każdą kropelkę wody, pyłek kurzu i okruszka.
Nie mam fisia na punkcie sprzątania i w moim mieszkaniu nie musi być sterylnie. Mając psa trzeba sobie uzmysłowić, że będzie trochę brudniej niż w domach, gdzie zwierząt nie ma. Jednak w mieszkaniu z białymi kafelkami to inna historia. I nie ma tak naprawdę znaczenia czy masz CZARNEGO, DŁUGOWŁOSEGO PSA, czy nie. Na pewno Berek syfi, bo po każdym spacerze wnosi do mieszkania błoto, piach, liście i trawę. I wszędzie wszystko gluci… Jednakże nie on tylko szkodzi śnieżnobiałym kafelkom. Otóż śnieżnobiałym kafelkom z połyskiem szkodzi wszystko! Jakakolwiek istota, która ma nogi i ręce, je i przemieszcza się – wychodzi na największego brudasa świata, gdy ośmiela się egzystować na śnieżnobiałej, święcącej powierzchni.
I wiem, że mogę po prostu to ignorować i nie sprzątać, ale powiem Wam, że … się nie da! Plamy i zacieki na białej podłodze atakują gapiąc się na mnie, gdzie bym nie ruszyła. Nie sprzątam codziennie dlatego, że nie mam co robić, albo, że to lubię. Sprzątam codziennie moją śnieżnobiała podłogę, ponieważ psuje mi humor mozaika plam, pyłków, włosów, śladów kapci i … smug po mopie To jest to czego ja się nauczyłam o sobie, tym jak się mieszka w niefunkcjonalnym, ale ładnym mieszkaniu, o tym jak to jest mieć długowłosego, czarnego psa, który dodatkowo jest brudasem, i o tym czego nie będę mieć w przyszłości w swoim mieszkaniu…
Poniżej kilka fotek, które zapewne pojawiały się już wcześniej na blogu. Berek w pełnej krasie 🙂 Istotne jest też to, że setery mają miękką, przepuszczającą wodę, sierść – z nich nie da się zetrzeć brudu, bo nasiąkają błotem w sekundę. Niech żadnego przyszłego właściciela psa nie zaskoczy tak stan jego pupila. Tak jak wspomniałam – to jest do ogarnięcia i trzeba ta dodatkowa pracę wliczyć w koszta. Biała podłoga jest elementem zbędnym i można jej uniknąć. Mam nadzieje, że mój wpis sprawi, że unikniecie mojego błędu i będziecie się trzymać z daleka od białej podłogi.
Nigdy nie ukrywałam, że mam problem z zachowaniem Berka w autobusie lub tramwaju. Jest i tak o dużo lepiej niż było jeszcze rok temu, bo jestem w stanie jechać z nim autobusem, a było to dla mnie niemożliwe. Jednakże nadal jest to czynność bardzo uciążliwa, męcząca i mnie i psa.
Po długim czasie doszłam do wniosku, że to nie strach męczy mojego psa w autobusie, więc moje próby umilenia mu podróży nie mają sensu. Berek chce po prostu wysiąść, bo nie wie co ze sobą w tym autobusie robić… Nie nauczyłam go opanowywać się, kontrolować, uspakajać. Moje zaniedbanie w połączeniu z jego charakterem i temperamentem dały mieszankę wybuchową, która reaktywuje się za każdym razem, gdy jesteśmy w autobusie. Zauważyłam również, że Berek ma kłopoty z „wyłączeniem mózgu” za każdym razem, gdy musi po prostu „być”. Berek w domu jest cichy jak myszka, właściwie cały czas śpi. Natomiast w momencie wyjścia na dwór zaczyna pracować. Niestety ja, jako właściciel, powinnam mu pokazać jak wygląda „stand by mode”, bo pies, taki jak Berek, sam nie ma zakodowane, by przestać pracować. Nie po to został wyhodowany.
Berek ma niezwykły temperament i kocham w nim to, że jest tak żywiołowy. Zawsze daje z siebie wszystko. Nigdy nie znałam psa, który zachowywałby się podobnie i, przyznaję, że podziwiam go często z nieukrywaną dumą. Niestety fakt iż zawczasu zaniedbałam naukę samokontroli u Berka daje mi teraz w kość. Jednak nic straconego!
Błąd
Berek w autobusie wykonywał komendę „siad!” i waruj i dostawał za to smaczki. Potrafił skoncentrować się na mnie i ćwiczyć. Jednak jest cwany i błyskawicznie wyłapał, że żeby usiąść i dostać znów smaczek musi wstać… Zaczęło się więc ciągłe „padnij, powstań padnij, powstań” w wykonaniu Berka, żeby tylko wymusić ode mnie smaczek. Nie o to mi chodziło w szkoleniu. Musiałam się zastanowić co robię źle i jak mogę dotrzeć do Berka w inny sposób.
Co robię?
Postanowiłam pominąć komendę, a skupić się bardziej na czynności. Wtedy przyszedł mi do głowy kliker. Zaczęliśmy ćwiczyć na klatce schodowej u mnie w domu, bo tam Berek jest już „w pracy” i tylko czeka, aż wyjdziemy na zewnątrz i zacznie latać. Wychodząc na spacer i z niego wracając siadałam na schodach i czekałam aż Berek wreszcie podda się i połozy. Wtedy klikałam i nagradzałam Berka smaczkiem. Robiliśmy tak przez kilka dni i Berek momentalnie załapał co ma robić. I jeszcze na dodatek patrzył na mnie z zainteresowaniem, a nie z pretensją ;).
W autobusie podobnie: klikałam jak się kładł. Natomiast, gdy wstawał, lub popiskiwał za smaczkiem, ostentacyjnie odwracałam się od niego. I naprawdę robiłam to ostentacyjnie… Wiem, że robiliśmy z Berkiem widowisko, ale trudno – wolę klikać, cmokać i rzucać smaczkami, niż szarpać się z poirytowanym psem… Teraz jesteśmy na etapie wydłużania przerw pomiędzy kliknięciami.
Dużo cierpliwości
Przed nami jeszcze miesiące ćwiczeń. Berek nadal walczy, jest daleki od bycia zrelaksowanym w autobusie. Jednak dzięki klikerowi mój pies wie co ma ze sobą zrobić i nie jest aż tak zagubiony, gdy nagle okazuje się, że ma przestać pracować i po prostu być bierny. Mam nadzieje, że pojmie, że nic-nie-robienie też może być pracą za którą zostanie nagrodzony. Trzymajcie za nas kciuki, bo jeśli to nie pomoże to już nie wiem co …
… Takim zdaniem uzasadniłam ostatnio swoja prośbę, aby właścicielka odwołała swojego psa, który podszedł do mnie i Berka. Berek w kontaktach z innymi psami jest nieśmiały i zaniepokojony chowa się za mną. Z moich obserwacji wynika, że jest to dość rzadkie zachowanie wśród dorosłych psów. Berek bardzo chętnie się wita i jest chętny do kontaktu, ale jeśli z jakiegoś powodu obawia się innego psa, to najchętniej chciałby go spokojnie wyminąć i iść dalej. Jednak wiele psów widząc jego obawę wykorzystuje to i w dość dominujący sposób próbuje do Berka podejść.
I właśnie wczoraj, po raz kolejny, podbiegł do nas duży mieszaniem i nie chciał odejść. Był naprężony i onieśmielająco dominujący. Wierzyłam właścicielce, gdy zawołała do nas, że jej pies nic nie zrobi. Jednak to nie zmieniło faktu, że Berek był spanikowany, a 15 metrów linki oplotło się wokół mnie i mojego psa. Dwa razy zawołałam w stronę właścicielki, żeby zabrała swojego psa, aż w końcu na jej uspakajające „On nic nie zrobi” powiedziałam, że wiem, ale po prostu „nie ma potrzeby, żeby mój pies się bał”. Z czymś takim ciężko dyskutować, bo nie jest to pretensja skierowana w stronę drugiego psa, ani właściciela – to jest po prostu moja opinia, trochę prośba, mój wybór do którego mam prawo. Wybieram spokój mojego psa, a ktoś/coś mi w tym przeszkadza, więc uprzejmie proszę o to aby dać mi i mojemu psu spokój. Może to jest sposób na uniknięcie bzdurnej dyskusji o tym, że „PRZECIEŻ on chce się tylko przywitać i nic nie zrobi”….?