Na starych śmieciach ;)

Fajnie czasem wrócić do domu, do Warszawy :). W Krakowie mieszkam od mniej więcej września zeszłego roku. Tak więc Berek zaczynał swoje pierwsze poważne spacery jeszcze w Warszawie. Chyba oboje mamy sentyment do terenów koło Młocin, nadwiślańskich łąk i pól pod Puszczą Kampinowską. Dzisiejszy dzień zaczęliśmy od 2,5 godzinnego spaceru po lesie. Nie było ludzi, nigdzie nie jeździły samochody. Gdy już byliśmy głęboko w lesie, odważyłam się spuścić Berka z naszej 15-metrowej smyczy… Szaleństwo 😀 Jakie to wspaniałe widzieć jak pies się cieszy, biega z patykiem, „atakuje” zaspy śniegu 🙂

Berek, dziękuję za taki początek tygodnia, chłopaku 😉 Tak bardzo było mi to potrzebne…

DSC_0364

DSC_0368

DSC_0317

DSC_0340

DSC_0373

O tym co czasem prowadzę na końcu smyczy

Dużo się ostatnio działo. Przyznaję, że na blogu Berka pojawiły się poważne zaległości. Winię za to zimę.

Nigdy wielbicielka zimy nie byłam. Zauważyłam jednak, że odkąd mam psa to zimno wydaje się mniej dokuczliwe. Jakoś łatwiej mi je znosić na spacerach po lesie, czy po polach. I nawet jak biegam po mieście z Berkiem to jest jakoś lepiej, cieplej, ciekawiej, niż jak jestem bez niego. Mniej też kicham, prycham i nie łapią mnie tak często sezonowe przeziębienia. Czyli super :). Ostatnio jednak zauważyłam, że coraz ciężej jest mi zmobilizować się rano do dłuższego spaceru. Nudzi mnie okolica, a dystans do lasu codziennie się wydłuża. Masakra jakaś. Berek jest jaki jest – nie odpuszcza nawet na chwilę. Nie ma lenistwa, a spacer musi być odpowiedni, a nie byle co. Wiem wiem – różne psy, różne potrzeby. Chciałam setera to mam :). Jednakże czasem wlekę się po lesie o 7.30 rano i kwestionuję sens wszystkiego. Wydaje mi się, że ta czarna istota na końcu 10-metrowego sznurka jest potworem bez litości, maszyną. I ta „maszyna” chce tylko jeść, walić kupy i biegać w kółko 24/7.  Oj rano w zimę jest ciężko. Dlatego postuluje już za tym by była wiosna. Jestem gotowa już na wiosenną wersje Berkowego szaleństwa i lataczki. Nie chcę już ślizgać się po lodzie ciągnięta przez „czarnego stwora”. Nawet bez tego jest mi go trudno utrzymać. Nie chcę już mieć mokrych rękawiczek, które wiecznie pachną kiełbasą, która próbuję przekupić mojego psa, aby trochę zwolnił. Mam też dość szarej aury, bo nie wychodzą zdjęcia, a i ciężko obsługiwać aparat w kiełbasianych rękawicach… Zgłaszam też sprzeciw co do wieczornych spacerów – kiedy zawsze jest zimno i zawsze ciemno a wszystkie latarnie są „na świeżo” obsikane przez okoliczne psiaki i Berek wciąga je nosem jak narkoman. I mam też dość herbaty – którą piję w zimę, bo najlepiej rozgrzewa. Mam jej dość, bo przecież jestem kawową osobą, a tu herbatę trzeba, żeby było lepiej.

A czemu wszystko to piszę? Otóż wiem, jestem tego pewna, że psy mogą leczyć nasze smutki, polepszać humor, leczyć z depresji. Jednakże, każdy lek ma skutki uboczne. A to nam wyleczy nadciśnienie, ale rozwali wątrobę, lub będziemy musieli być na diecie, itp. Trzeba więc przygotować się na wszystkie ewentualności – najlepiej mieć grupę wsparcia, alternatywę, kogoś kto będzie czuwać nad tym abyśmy nie przedobrzyli. Ja od poniedziałku do piątku jestem z Berkiem i zimą sama. Postanowiłam, że od lutego, zaraz po sesji, zaczynam o siebie i Berka dbać. Nie ma co czekać do wiosny.

A „wielkie zmiany” u Berka? Otóż wróciliśmy do chodzenia na lince. Wraca na „do mnie!” pięknie, ale dzięki temu, że jest na lince to mogę go korygować, gdy nie widzę u niego reakcji na wołanie. I co najważniejsze – nie stresuje się na spacerach, a ostatnio spokojnych spacerów bardzo mi brakowało. Nie lubić prowadzać go na lince, ale nic na to nie poradzę. Ważniejsze jest dla mnie aby go nauczyć i zapewnić mu jako-takie bezpieczeństwo, niż szpanować tym, że pies niby to mnie wraca jak go wołam :). Berek ma podobno potencjał i, według trenerki, powinnam iść z nim dalej ze szkoleniem i może nawet zdawać egzaminy z obedience. Teraz już nie mam wątpliwości, że to do czego dojdę z Berkiem to głównie będzie moja zasługa/lub wina, bo psa mam superowego :). Jest presja 🙂

A na koniec: już niedługo napiszę o jednej z najmilszych rzeczy jaka mi się ostatnio przydarzyła :). Spójrzcie na tego przystojniaka na zdjęciu poniżej- to NERO. Więcej już wkrótce 🙂

Nero

 Piękny Nero z Irlandii

 

Powtórka z rozrywki

I znów jest ciężko. Nie wiem czy jest to związane z pogodą, moim nastrojem, czy może zupełnie z niczym, tylko po prostu tak teraz musi być. Berek szaleje. I nie chodzi o to, że biega i ma energię, bo to akurat biorę pod uwagę i nie oczekuję, że będzie inaczej. Chodzi raczej o to, że znów się miota, kombinuje, ma masę swoich pomysłów na to co robić podczas spacerów i w domu.

Kiedyś już wspominałam, że Berek czasem, gdy mu się nudzi na spacerze na pobliskiej łączce, to zaczyna zerkać w stronę ulicy i czasem „poluje” na auta. Zupełnie chyba nie rozumie, że to świecące w oddali „coś” to auto… Gdy idziemy ulicą na smyczy w ogóle nie zwraca uwagi na samochody. Dziś rano na spacerze z jego kolega Lenkiem Berek praktycznie cały czas gapił się w stronę ulicy, a ja tylko czekałam jak ruszyyyyy………  Nie reagował na zaczepki, rzucanie śnieżek, próby odwrócenia jego uwagi od ulicy. Nic. W końcu nie wytrzymałam i zapięłam go na smycz. Zostawiliśmy Lenka na polance, a ja poszłam z Berkiem do lasu z dala od ulicy. Tam biegał w miarę normalnie i dopiero jak wracaliśmy to znów napinał się i zerkał czy można upolować auto. Dla mnie to za dużo. Tak okropnie mnie to stresuje, że czasem płaczę ciągnąć tego psa na smyczy, ćwicząc „równaj” itp, aż do miejsca, gdzie wiem, że już nie widać samochodów jako przemieszczających się w oddali punkcików. Stres mnie wykańcza.

Zawsze chodziliśmy na polankę na wieczorne bieganko z Lenkiem. Dziś postanowiłam, że nie już nie pójdę, bo nie chcę ryzykować spuszczania Berka ze smyczy, gdy jest ciemno. Trudno, będziemy łazić po osiedlu na sznurku i jakoś wytrzymam jego stęki wieczorem. Chyba muszę gdzieś wyjechać z Berkiem, zmienić otoczenie, popracować nad moim nastrojem. Gdzieś gdzie nie ma aut i nie będę musiała tak bardzo się wszystkim martwić… A Berek mógłby przełożyć swoje wizje na „po sesji”, co? 🙂

 

Las Wolski

W ostatni poniedziałek poszliśmy  z Berkiem do Lasu Wolskiego. Jest to największa, zielona enklawa Krakowa, często zwana „płucami” miasta. Nigdy wcześniej tam nie byłam i nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Weszliśmy od strony  Klasztoru Kamedułów (wjazd od ulicy Księcia Józefa) i troche pokręciliśmy się po najbliższych scieżkach. Nie mieliśmy za dużo czasu na długi spacer, ale tak czy inaczej, Las Wolski mnie zafascynował. Poleciałam tam znowu nastepnego dnia i wspiełam się na jakieś wzniesienie, gdzie znalazłam wspaniałą buczynę. Cudo! Od tamtej pory byłam tam z Berkiem już parę razy i każdego kolejnego dnia stwierdzam, że Lasek podoba mi sie coraz bardziej.

Jak widać na zdjęciach, poniedziałkowy poranek był mglisty i pochmurny. Zastanawialiśmy się czy zdjęcia wyjdą ładne, bo nasze umiejętności są bardzo ograniczone, ale coś tam wyszło. I tak zdjęcia nie oddają tego jak wspaniale prezentował się las  we mgle. I jeszcze na dadatek cisza poranka… Poezja :D.

Pogoda

 

Nie znoszę upału. Nie znoszę mrozu (no chyba, że jestem na nartach. Stękam, nie?  Pomyślicie, że musi mi być bardzo ciężko życ w kraju gdzie upały się zdarzają a i zimy są ccałkiem mroźne i długie. Cóż, radzę sobie i nie jest źle. Tajemnica tkwi w tym, że na każdą pogodę można sobie wyszukać zajęcie, które umili nam czas i sprawi, że beznadziejna temperatura nie będzie przeszkadzać.

A moim zdaniem pies jest dobry na każdą pogodę. Pies mnie mobilizuje, sprawia, że nawet jak się nie chce to muszę, a potem jestem zachwycona, że byłam na spacerze i chcę jeszcze. Kiedyś, gdy byam za granicą na studiach, to pomagałam zajmować się seterem angielskim. Czasem jego państwo wyjeżzali a ja niańczyłam Becketa. Uwielbiałam tego psa! Mieszkałam i studiowałam w Duluth w stanie Minnesota gdzie jest pieruńsko zimno. To własnie tam przeżyłam najdłuższą zime wswim życiu – trwała od początku wrzesnia do połowy maja- a temperatura spadałą do -38C. To było straszne. Przy takich ekstremalnych temperaturach oczywiście nie należy spędzać dużo czasu na zewnątrz. Jednak zwykle w Duluth było  około -20C i spokojnie mozna było włóczyc sie z psem po lesie. Zabierałąm Becketa na długie spaceru, ubrana we wszystko co mam, a pies w psim kubraczku :). Wyglądaliśmy jak czóbki bo miałam kurtkę dokładnie w tym samym kolorze co Becket swój płaszczyk :). Ten pies pomógł mi pokochać zimę i mróz, bo pokazał, że może być super śmiesznie nawet gdy odpadają Ci od mroz ręce w wielkich rękawicach i nie czujesz już zamrożonej twarzy.

Ostatnio spacerując z Berkiem w deszczu przypomniał mi się właśnie Becket i zima w Duluth. Gdy pogoda jest brzudka nie spotykam nikogo na spacerze z psem. Pewnie wynika to z faktu, że w okolicy gdzie mieszkam większośc ludzi ma ogródki i psy muszą zadowolić sie siku w rabatki. Ja łątwo się nie poddaję i ciągnę Berka do lasu nawet w deszcz. Spacery pewnie trochę skróce gdy się ochłodzi, jednak na razie wiem, że psu nie jest zimno i może biegać w deszczu, a ja moge odpowiednio się ubrać ,by było przyjemnie.

Lubię to jaką się staję dzięki mojemu psu.  Podoba mi się, że Berek dba o to bym była konsekwentna , pozytywnie uparta, pracowita i pomysłowa. Dzięki Psi Ryju 🙂 !