Nad Świder !

W długi weekend z jednego miasta pojechaliśmy wypoczywać do innego miasta…  Kraków zamieniliśmy na Warszawę. Miałam ogromną ochotę na jakieś „psie spacery” i gdy tylko pojawiła się możliwość ponownego spotkania z Hixem byłam zachwycona, że będę mogła zobaczyć jak urósł.

Ania, właścicielka Hixa, zaproponowała sobotni wypad nad Świder. Propozycja wydawała się kusząca, szczególnie, że pogoda zapowiadała się piękna i miało być gorąco. Siedzenie nad wodą kusiło 🙂

Wyruszyłyśmy wcześnie rano w sobotę. Mieszkam za Łomiankami, pod Warszawą, więc wsiadłam do autobusu już po 6.00, aby być przed 8.00 w centrum i spotkać się z Ania i Hixem. Obecnie metro w Warszawie jest w części zamknięte więc nasza podróż była dość skomplikowana – musiałyśmy jechać autobusem z Pragi, zamiast wskoczyć w centrum z SKM na Otwock. Tak więc ja i mój szalony, unoszący się pod sufitem pies, jechaliśmy najpierw z Łomianek do metra, potem kawałek metrem, potem doszliśmy do centrum i już razem z Anią tramwajem na Pragę. Tam spotkałyśmy się z Kasią i jej pięknym Foxtrotem, który, podobnie jak Hix, jest rasy Nova Scotia Duck Tolling Retriever. Zaopatrzyłyśmy się klasycznie w jagodzianki i ciacha i pognałyśmy na autobus 702, który miał nas dowieść nad Świder.

Co do podróży … Berek był SPOKOJNY !!! Nie było idealnie, nie był zrelaksowany, ale dało się wytrzymać. Nie szarpał i nie darł się rozpaczliwie, mimo iż widać było, że jest napięty i bardzo czujny. Gdy tylko pojawili się Hix i Fox, Berek żywo się nimi zainteresował i zapomniał o panikowaniu…

Wysiadłyśmy na przystanku Świdry Wielkie skąd jest dość proste dojście nad rzekę. Postanowiłyśmy przejść kawałek dalej, aby uniknąć ewentualnego tłumu plażowiczów. Szybko udało nam się znaleźć  łagodne zejście do wody. Niestety brzeg rzeki jest pokryty śmieciami, ale nie jest źle – można znaleźć milsze fragmenty, gdzie nie ma syfu. Woda w rzece jest czysta i przejrzysta. Bez problemu można przejść na drugą stronę rzeki, gdyż Świder jest płytki, a dno przyjemnie piaszczyste.

Nad rzeką siedziałyśmy ponad 3 godziny. Foxtrot pięknie aportował piłeczkę, a Berek cały czas za nim biegał i mu przeszkadzał. Natomiast Hix nieśmiało właził do wody.  Poruszał się w swoim powolnym, szczeniakowym tempie i gapił na wszystko dookoła :). Psy naprawdę szalały i cudownie było widzieć ich uśmiechnięte ryjki. Dla mnie to bezcenny widok.

Uważam, że wycieczka była wspaniała – bawiłam się świetnie w przemiłym towarzystwie (dziękuję dziewczyny :), a Berek w domu padł  🙂

A z sensacji w stylu mojego Psiego Ryja? Przecież nie mogło być przeciętnie, normalnie i nudno – w końcu moim psem jest Berek 😀   Otóż jak tylko dotarłyśmy nad rzekę Berek wskoczył do wody, zanurzył się chłopak do połowy, wypiął kuper i … zaczął robić co trzeba. Z prądem – mądra psina 🙂 I nie tam, że tylko stopy były w wodzie, o nie! Cały Berek był w rzece – wystawała tylko klatka piersiowa i skupiona minka psiego czubka 🙂 Cudak 🙂

DSC_1113

DSC_1128

DSC_1183
Hix płynie 🙂

DSC_1132

DSC_1139

DSC_1143

DSC_1165

DSC_1166

DSC_1167

DSC_1170

DSC_1176

Wyglądam na 15 lat i mam dużego, czarnego psa

Ok, nie wyglądam może na 15 lat. Pewnie spokojnie można mi dać więcej, jednak na swój wiek nie wyglądam. Szczególnie na spacerze z psem, gdy jestem ubrana na spotowo, mam plecaczek i zero makijażu. I tak naprawdę to się cieszę, bo która kobieta nie chce wyglądać na młodszą niż jest w rzeczywistości? 🙂 Jednakże ja mam zwykle ze sobą dodatkowy element, który skutecznie klasyfikuje mnie jako „tą co jest młoda, niepoważna i którą można zignorować”. Otóż wyglądam na 15 lat i mam ze sobą dużego, czarnego psa… Nie będę tutaj wyskakiwać z feministycznymi poglądami, choć zapewne to jak mnie czasem ludzie traktują (lub ignorują) ma też związek z tym, że jestem kobietą. Jednak jest w tym coś więcej. Wiem, że w oczach ludzi po prostu nie wyglądam poważnie, gdyż przypominam dziecko i to na dodatek z wielkim psem. System myślowy wielu ludzi zawiesza się i nie wiedzą jak zanalizować takie zjawisko 🙂 Rabią więc to co wychodzi im najlepiej – ignorują lub pokazują brak akceptacji poprzez okazanie swojej wyższości.
Psychologiem nie jestem, ale jak można wytłumaczyć fakt, że prawie zawsze, gdy jadę z Berkiem komunikacją miejską, to JA, nikt inny, ustępujemy miejsca, przesuwamy się i dopasowujemy do różnych sytuacji. Każda normalna osoba ustępuje miejsca starszemu w autobusie, ale czemu gdy siedzą inni i ja z Berkiem, to nikt oprócz mnie się nie ruszy? Ostatnio jakaś staruszka była zmuszona przeszurać przez pół autobusu w moim kierunku, minąć paru siedzących wygodnie „gentlemenów”, żebym dopiero ja wstała i zwolniła jej miejsce. Nie mam nic przeciwko ustępowaniu miejsca, gdyż uważam, że tak powinno się robić, ale nie znoszę tego założenia, że „ktoś, zapewne ta dziewczyna co ma psa, wstanie i ja nie muszę”… Z Berkiem jesteśmy na straconej pozycji, bo jesteśmy elementem niepożądanym w komunikacji. Oczywiście nie wszyscy tak nas traktują i nie chcę uogólniać, jednakże zdecydowanie zbyt często jestem postawiona w takiej sytuacji, ażeby tego nie zauważyć.

Widzę dwa rozwiązania:
1. Nie przejmować się i wstawać/przesuwać/usuwać się dalej.
2. Ubierać się w strój wieczorowy żeby poważnie wyglądać i budzić respekt.
3. Nauczyć Berka komendy :Obśliń chama!”

Znając mój charakter i potencjał Berka – połaczymy opcje numer 1 i 3  😀

DSC_1001

Dolina Chochołowska z psem

W ostatni weekend spontanicznie pojechaliśmy do Zakopanego. Chcieliśmy jakoś wykorzystać fakt, iż pożyczyliśmy od rodziców auto i jesteśmy „mobilni”. Pociąg Kraków – Zakopane jedzie prawie 4 godziny i pchanie się z psem w tłumie tylko na dwu-dniowy pobyt nie mam moim zdaniem sensu. Samochodem podróż zajmuje około 2 godzin i przebiega w komfortowych warunkach. Warto!

Do Tatrzańskiego Parku Narodowego nie wolno wprowadzać psów. Jedynym wyjątkiem jest Dolina Chochołowska, gdzie psiaka można zabrać, pod warunkiem, że jest prowadzony na smyczy. W kasie przy wejściu do Parku dowiedziałam się, że nie ma dodatkowych opłat za psa (jak to pan sprzedający bilety powiedział: „Jeszcze nie ma…” 🙂 ) Początkowo planowaliśmy, że Berek będzie iść na długiej lince, ale szybko okazało się to niemożliwe. W dolinie było dużo turystów i ciągle musieliśmy zbierać linkę i przywoływać psa. Trzeba także uważać na rowerzystów (w Dolinie Chochołowskiej można poruszać się na rowerze) i na traktor przebrany za małą, hałaśliwą ciuchcię, który co jakiś czas wwozi  turystów na górę. Natomiast Berek był oszołomiony ilością zapachów i miotał się nieprzeciętnie… Linka okazała się kłopotliwa, mimo iż Berek szedł ścieżką, nie wskakiwał w las i nie plątał się między drzewami.

Do schroniska dotarliśmy dość szybko. Mimo iż wyszliśmy stosunkowo późno, bo dopiero po 8.00 ruszyliśmy doliną, to już około 11.00 siedzieliśmy w cieniu na polanie opodal schroniska. Berek był wyraźnie podekscytowany i nie do końca wiedział co się dzieje. „Bronił” nas przed ludźmi z plecakami, co zmuszało go do nadmiernej aktywności, bo większość ludzi w górach ma plecaki…  Brzęczał na wlokące się w dziwnym tempie grupki ludzi. Nam udało się odpocząć pod schroniskiem, ale pies cały czas czuwał :).

Gdy schodziliśmy, Berek musiał być na krótkiej smyczy, gdyż większość ludzi szła w przeciwnym kierunki niż my, dopiero wspinając się na górę. Przewiązałam sobie naszą krótką Berkową smycz przez ramię i dzięki temu miałam wolne ręce. Przyznaje, że podczas naszej wycieczki pomyślałam o pasie do dog – trekkingu. Nigdy nie miałam okazji go wypróbować, ale wydaje mi się, że mógłby się dobrze spisać podczas takiej wycieczce.  Takiego pasa nie posiadamy, gdyż zawsze miałam obawy, że nie dam rady prowadzić na nim Berka, głównie ze względu na to iż nie ważę nawet dwa razy więcej od niego i bałam się, że mnie przewróci. Dodatkowo Berek jest bardzo silny jak na swój niepozorny wygląd :). Jednakże, gdy wlekliśmy się Doliną Chochołowską, a plan z długą linką legł w gruzach, zaczęłam marzyc o takim pasie 🙂

Schodząc doliną, około południa, spotkaliśmy parę piesków. Minęliśmy dwa Hovawarty, parę Yorków i buldożki francuskie. Moim zdaniem pogoda była ekstremalna jak na wyprawy z psem, a szczególnie dziwne wydało mi się zaczynanie wycieczki koło południa, w największy upał, kiedy nie ma prawie w ogóle cienia, a wszystko powoli zaczyna się gotować. No cóż … może przesadzam :/. Na dole Doliny Chochołowskiej jest asfaltowa nawierzchnia – dotknęłam ją ręką i paliła! Szliśmy z Berkiem poboczem, żeby mógł iść po trawie. Parę razy zamoczyliśmy psiaka w strumieniu. Niestety sądzę, że jest to zabronione, ale nie widziałam nigdzie znaków, a ludzi brodzących w wodzie było multum.

Do Krakowa wracaliśmy w niedzielę popołudniu. Berek w samochodzie spał jak kamień i tylko słychać było jego ciche chrapanie. Weekendowy wypad był super i dał mi dużo pozytywnej energii. Mam nadzieje, że Berkowi też się podobało 🙂

DSC_0947

DSC_0956

DSC_0964

DSC_0968

DSC_0978

DSC_0924
spacer pod Gubałówką

DSC_0908

DSC_0937

Ciszyca 2013

W Ciszycy byliśmy z Berkiem dwa razy: gdy Berek miał 4,5 miesiąca i 7 miesięcy. W ostatnią niedzielę pojechaliśmy znów. Berek ma teraz już 19 miesięcy…

Dotarliśmy na nadwiślańską plaże przed południem, kiedy nie było tam prawie w ogóle ludzi i nie było jeszcze upału. Pogoda była wspaniała! Mimo iż nie mieliśmy czasu na długie plażowanie, to udało nam się odpocząć i zrelaksować. Jednak człowiek najlepiej odpoczywa na łonie natury, w ciszy i spokoju.

A Berek? Znalazł sobie kumpla – buldożka francuskiego – z którym szalał po plaży. Ponieważ rano przed wyjściem dałam mu mało jeść, żeby nie latał z pełnym brzuchem, to co chwila przybiegał prosić o smaczki. Gdy dostał choćby małego psiego chrupka, biegł spowrotem do wody. Tankował dodatkową energię?

Bawiliśmy się super! Warto wybrać się do Ciszycy na jednodniowy detoks od miasta i zamętu dnia codziennego 🙂

DSC_0849

DSC_0865

DSC_0879

s

DSC_0925

DSC_0928

DSC_0935

DSC_0956

s

DSC_1021

DSC_1019

DSC_1012

DSC_1003

DSC_1007

Spacery z psem a kondycja

Spacery z czworonogiem to samo zdrowie, ale bywa, że organizm mówi NIE!. To normalne, że człowiekowi zdarza się przysłowiowy „leń” i spacer wydaje się za długi, trasa nużąca, a każdy krok to ogromny wysiłek. Jednak koniec końców, gdy wracamy do domu i chwilę odpoczniemy, to chcemy iść znów. Osobiście jestem zdrowo uzależniona od spacerów z Berkiem, ale jednocześnie dni kiedy nie mam siły ani ochoty na łażenie po polach czy lesie, uderzają mnie ze zdwojoną siła… przynajmniej tak mi się wydaje, gdy nie mogę zmotywować się i wywlec z domu na psi spacer.

Nie jestem z natury szczupła, mam raczej sylwetkę w typie „sportowym” czyli umieśnioną, bardziej zaokrągloną niż smukłą. Gdy zaczęłam chodzic z Berkiem na długie spacery, gdy jeszcze był młodziutki, mój organizm przeżył szok. Zawsze dużo chodziłam, kiedyś mnóstwo jeździłam na rowerze, więc byłam trochę zdziwiona, że 2-3 godziny codziennego marszu mogły mnie tak zmęczyć. A jednak … Czasem ledwo lazłam do domu po naszych Berkowych spacerach. Mój organizm zaczął walkę – czułam jak próbuje coś zrobić, żeby mieć więcej energii, której starczałoby na dłużej. Przez pierwsze 2-3 miesiące moich codziennych spacerów z Berkiem straciłam na wadze parę kilogramów i nie czułam się dobrze, bo wiecznie brakowało mi energii. Ogólnie nie jadam dużo, wtedy też nie miała większego apetytu niż zwykle, a mój organizm nie radził sobie z wysiłkiem. Na szczęście powoli przestałam tracić na wadzę i wszystko zaczęło się normować. W sierpniu, wrześniu zeszłego roku, gdy Berek miał około 10 miesięcy mogłam z nim łazić już całe dnie i nie czułam sie wykończona. Mój organizm zaczął dopominać się o większe  śniadania i więcej wody – nareszcie nauczył się sam co jest mu potrzebne i dał  mi znać co mam robić żeby było lepiej 🙂

Teraz wydaje mi się, że jestem przypakowana 🙂 – Gdy patrzę na siebie na zdjęciach to widzę mięśnie na nogach, a przynajmniej lubię myśleć, że to mięśnie a nie tłuszczyk :). Nie miewam zakwasów, nie czuję długotrwałego zmęczenia.  Oprócz tego mam opalone skarpetki i szorty co zawsze mnie rozśmiesza 🙂  A okazjonalny „leń spacerowy”? Oczywiście, że się pojawia, ale nie ma nic wspólnego z wycieńczeniem czy zmęczeniem. Wynika raczej z kaprysu :), a ten umiem błyskowicznie wybić sobie z głowy 🙂

A jak to wygląda u Was? Czy codzienne spacery z psem wpłyneły na Waszą kondycję? Dobrze, czy źle?

samochod-pies-spacer
źródło: ziemianarozdrozu.pl

I nie ma problemu!

Otóż posiadanie w Polsce psa i bycie aktywnym psim właścicielem jest bardzo często wyczynem. Może zaznaczę, że mówię o posiadaniu psa większego od kota, którego nie da się zamknąć w transporterze i uznać, że to bagaż podręczny… Pominę fakt, że ludzie są niezadowoleni, gdy widzą psa, pominę też fakt, że gapią się jakbym prowadziła samego diabła z diabelskimi racicami. Pominę też fakt zaczepiania mnie przez wszystkich żuli, próby „podrywu na psa” (mojego!), i panika wszystkich babć, że Berek zaraz je zje. Pominę to wszystko, choć tak na prawdę jest to beznadziejne, irytujące i mnie drażni, bo jestem nerwową i bardzo zasadniczą osóbką. Ale cóż – nie mam wpływu na to co robią inni ludzie. Nie mogę też im zabronić gapić się, albo komentować, bo na to nie ma paragrafu 🙂

Co jednak mnie wykańcza, to fakt, że w naszym kraju obowiązuje chyba prawo: „nie-bo-nie”. Jest ono oparte na chęci uniknięcia ewentualnego problemu poprzez ignorowanie go. A ja zaczynam na to reagować alergicznie … może warto zacząć o tym więcej mówić? Właściciel psa to też człowiek. Tylko taki z psem…

Otóż zastanawiałam się ostatnio czy mogę wejść do knajpy z psem jeśli nie ma na drzwiach oznaczenia, że z psem nie wolno. Czy mogę założyć, że jeśli nie ma zakazu to jest zezwolenie? Czy jak tylko usiądę to jednak podejdzie do mnie ktoś z pracowników i mnie wyprosi? Czy mam ochotę narażać się na to, żeby mnie publicznie wywalali z lokalu? Nie mam. Tak więc zawsze pytam czy mogę wejść z psem i widzę te zdziwione, albo zakłopotane miny kelnerów. Na to też nie mam ochoty. Wnioskuję więc, że lokale nie wywieszają znaków czy z psem wolno czy nie, bo liczą, że takich sytuacji nie będzie, albo będzie ich mało więc nie będą robić sobie kłopotu. Przecież człowiek z psem w knajpie to wyjątek… I może się rozmyśli i w ogóle nie wejdzie?…

Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że nieposiadanie auta może aż tak ograniczać życie. Po tym jak udało mi się przeżyć bez samochodu ponad 4 lata w Stanach Zjednoczonych, stwierdziłam, że mieszkanie w Krakowie bez swoich czterech kółek nie będzie problemem. I może nadal bym tak twierdziła, gdybym nie miała psa… Psa, który nie lubi jeździć autobusem, tzn – nie jest mu owa jazda autobusem obojętna. Tak więc, jeśli chcę gdzieś pojechać z psem to muszę najpierw dowiedzieć się czy z psem  da się tam przebywać. Musze to wybadać, bo rzadko kiedy jest takowa informacja podana na stronie hotelu czy pensjonatu. Zastosowana jest tutaj wspomniana wyżej metoda, że nie będzie się o tym wspominać, bo nie ma przecież potrzeby… Jak już zadzwonię i wybadam czy moge zanocować z psem (który przecież wygląda jak ucieleśnienie diabła…), to muszę poszukać transportu. Sprawa z PKP jest jasna, choc nie uważam, że do końca normalna. Jednak stękać na PKP nie będę, bo nigdy nie miałam problemu ani z uzyskaniem informacji ani z kupnem legalnego biletu dla psa. Siedziałąm wprawdzie na podłodze, a zimą byłam pokryta szronem, ale przynajmniej nie obeszły mnie pluskwy w intercity… Schody zaczynają się gdy chcę przejechać z psem PKS lub lokalnym busem. Berka do PKS nie wsadzę, bo nie lubi autobusów i nie zaserwuje mu takiego stresu. Natomiast busy? Psów nie można przewozić, albo nie ma na ten temat informacji na stronie przeowoźnika, bo po co:/? Kto by chciał jechać busem z Poronina do Słowackiego Zdiaru z psem? Zapewne nikt…

Ale spokojnie, ja coś wymyśle i tam jakoś dotrę. Poszukam lepiej, wypytam, doczytam, podzwonię i dotrę z psem tam gdzie będę chciała. Uda mi się, bo jestem uparta i zasadnicza. Nie rozumiem jednak czemu muszę aż tak walczyć i trafiać na tyle przeszkód. Zdaje sobie sprawę, że stękam, bo to tylko pies. Młode mamy nie maja jak się przemieszczać, bo mają wózek, którego nie ma gdzie wcisnąć w PKS czy busie. A ludzie niepełnosprawni? Chyba słyszałam o jakimś wagonie PKP przystosowanym dla wózków… Jest taki jeden, dwa? Przecież to są problemy nie do pokonania! Jeśli ja, mając po prostu włochatą istotę na końcu smyczy, spotykam się z tyloma trudnościami i jakimś zadziwiającym ostracyzmem, to co muszę przeżywać inne osoby?

DSC_0514

DSC_0521

DSC_0530

Dieta

Dawno nas nie było. Tematyczny zastój nastąpił na blogu, gdyż, jak już pisałam, Berek chorował, a ja walczyłam z jego uczuleniem. Teraz mogę zameldować, że obecny- rewelacyjny- stan Bera potwierdza diagnozę pana weterynarza. Odkąd Berek jest na diecie hypoalergicznej, nie ma żadnych przebojów. Nuuuudyyyy 😀

Dodatkowo, ćwiczymy Berkową jazdę autobusem, co sprawia, że najdalej zajechaliśmy dwa przystanki od domu. Jesteśmy więc trochę „uziemieni”.  Czasem wątpię czy kiedykolwiek uda mi się wyprowadzić Berka z jego autobusowego wariactwa…

Ale dziś pogoda jest paskudna, a ja nie mam siły koncentrować się na problemach. Skupmy się na tym co super czyli na zdrowym brzuchu Berka :). Karmię Berka Trovetem RRD czyli hypoalergicznym Rabbit Rice Diet. Nie mogę pozwolić sobie na mega drogą karmę, a Trovet ma całkiem przystępną cenę jak na karmę weterynaryjną. Na początek kupiłam worek 3 kilogramowy, żeby sprawdzić czy Ryjosław będzie jadł taką karmę. Na początku reagował na nią nijak – jadł, ale nie wyglądał jakby mu smakowała. Obserwowałam dalej, czy aby na pewno Trovet przetrwa próbę „trzech dni na tym samym” i czy jaśnie książę Berek nie znudzi się. Ale co ciekawe z każdym dniem Berek zajadał karmę z większym apetytem. Miało to głównie związek z tym, iż zaczynał regenerować swój brzuch, nabierać sił, po prostu lepiej się czuć. Teraz zachowuje się jak normalny pies, czyli jest zawsze gotów coś podjadać, gapi się na nas, gdy jemy, sprawdza miski, węszy po kuchni :). Nie robił tego, gdy źle się czuł… Karmę je, aż uszy mu się trzęsą. Nabrał też trochę zdrowego ciałka. Wczoraj zaczęliśmy worek 12-kilogramowy. Zobaczymy co będzie dalej.

trovet RRD
trovet.pl

Ciąg dalszy…

Dużo się u nas ostatnio działo. Przynajmniej według mojego, ludzkiego, mniemania :).  Przyjechała w odwiedziny moja mama i Berek przez kilka dni był nazywany „dzidziusiem” i „wnuczusiem” :). Zresztą był grzeczny i słodki jak cukierek, więc zasłużył na to by się nim zachwycać. Zrobiło się u nas ciepło, więc Berek trochę zwolnił, bo upał go męczy. Egoistycznie mnie t cieszy, ale też niepokoi, bo zauważyłam, że Berek kiepsko jednak znosi wysoką temperaturę. Wydaje mi się, że oczywiście jest mu gorąco, ale gdy robi mu się ciepło, to zaczyna trochę panikować. Miota się i widać, że jest zaniepokojony tym stanem. Zachowuje się jakby nie rozumiał, że wystarczy spokojnie leżeć, albo iść, pić wodę, nie denerwować się, a nie będzie się nic działo. Niepokoi mnie to, bo nawet nie ma jeszcze upałów, a już jest dziwnie… No cóż – ma to po „mamusi”, bo mi też jest zawsze cieplej niż innym…. 🙂

Co jeszcze? A no znów biegunka… Nie tak ostra jak ta sprzed kilku miesięcy, ale jednak jest i wraca co jakiś czas. W sobotę byłam z Berkiem znów u weterynarza i psia kupa poszła do analizy. Te badania maja sprawdzić czy Berek nie ma pasożytów. Jeśli okaże się, że są to oczywiście leczymy na pasożyty. Jeśli nie, to zmieniamy dietę. Najpierw przejdziemy na dietę opartą na karmie, która nie może uczulić, a potem drogą eksperymentu, będę dodawać różne składniki i obserwować na co i jak Berek reaguje. Przygoda, ah przygoda … :/.

A jak dotarliśmy do weterynarza? Taksówką! W Krakowie jest już bardzo ciepło, więc nie było opcji, żeby smażyć przerażonego upałem psa w komunikacji miejskiej. Co zauważyłam, gdy wracaliśmy taxi do domu, to Berek piszczał, bo było ciepło, a on chciał wysiąść, zmienić ten stan, kombinować, żeby było inaczej. Mój pies boi się upału!

A co z miłych rzeczy? Zauważyłam, że zaczynam się zgrywać z Berkiem. Psiak ma rok i cztery miesiące i jest coraz fajniejszy :). Zaczynamy się rozumieć, lubić siebie za to jacy jesteśmy. Pomagać sobie, żeby było fajnie. Oczywiście nie zawsze, bo mamy dni, że Berek ma mnie gdzieś, a ja już nie mogę na ta psią mendę patrzeć, ale zdarza się to coraz rzadziej. Kocham tego psa jak nie wiem i jestem z niego dumna … choć nie do końca mam powody :P. Uwielbiam jak na mnie patrzy i ma tą psią, roześmianą mordkę. Mogę iść ponad godzinę po polach i lesie, tylko po to aby dojść do naszej ulubionej ławki na polance i tam siedzieć z Berkiem następną godzinę, uczyć się lub czytać i patrzeć jak mój psiak śpi na trawie lub poluje na mrówki. Obecnie tych fajnych chwil jest więcej niż tych upierdliwych, więc stwierdzam, że albo ja nie jestem taka zmęczona i mam więcej cierpliwości, albo zaczęliśmy się z Berkiem w miarę dogadywać.

W sobotę, po porannej wizycie u weterynarza, poszliśmy do znajomych  na grilla. Był tam najlepszy kumpel Berka – cudny lablador Lenek. Potem przyszedł jeszcze jeden psiak, trochę mniejszy od Berka, który nakręcał całą imprezę i wspaniale bawił się z Berkiem. Berek był grzeczny, choć przyznaję, że jego relacje z Lenkiem są dla mnie zagadką. Nie wiem do końca jak oni się dogadują i na co jeden pozwala drugiemu i w jakich okolicznościach. Oba psy są praktycznie tej samej wielkości (Lenek jest pięknym, długonogim, zwinnym labkiem, nawet chyba wyższym od Berka), w podobnym wieku. Oba są niekastrowanymi samcami. I oba próbują ustawić tego drugiego… choć Berek bywa bardziej agresywny i zaczepny… Wczoraj Berek biegał po terenie Lenka, bawił się jego zabawkami i podchodził do „jego człowieków”, i na dodatek buczał i próbował rozstawiać Lenka…. Lenek jest super i  pozwala Berkowi na dużo. Jednak cały czas czuję, że kiedyś może stwierdzić, ze ma dość. Zresztą już parę razy doszło między nimi do ostrej wymiany zdań – gdy zapieliśmy je na smycz – od razu rzuciły się na siebie, i gdy pojawił się na ziemi jakiś smakołyk – agresja na full. Wczoraj było spokojnie – Berek po jakimś czasie był tak zmęczony zabawą, że co chwila kładł się plackiem na ziemi i odpoczywał „na szybko”. A już po chwili szedł zaczepiać psiaki albo żebrać o kiełbasę z grilla. Ciężko chłopak pracował cały wieczór.  Gdy wróciliśmy pod wieczór do domu, pies padł.

Dziś pada i jest buro. Nasz pies odsypia wczorajszą imprezę i wczesno-poranną biegunkę 😦 Niech juz będą te nieszczęsne wyniki badania, bo chcę wiedzieć co mu jest i jak mu pomóc.

 

Psa trzeba się nauczyć

W niedzielę pogoda w Krakowie była wspaniała – świeciło słońce, ale nie było gorąco. Idealna pogoda na spacer z psami 🙂  Przyjechał w odwiedziny w Berkowe rejony Amber, o którym już kiedyś pisałam TU.

Amber jest moim ulubionym nie moim psem :). Zdobył moje serce już dawno, a chłopak wie ile mocy ma jego słodkie spojrzenie :). Poszliśmy z psiakami na pola, gdzie mogły swobodnie biegać. Przyznaję, że nie do końca rozumiem relacje panujące pomiędzy Berkiem a Amberem. Wydaje się, że tolerują się, ale każdy z nich na swój własny sposób próbuje ustawić tego drugiego. Berek ignorował zaczepki Ambera, ale do czasu, gdy nie pojawiły się smaczki. Wtedy położył go na łopatki i pokazał, że nie ma dyskusji – kiełbaska jest jego. Jednak już po chwili Amber próbował pokazać, że on też ma coś do powiedzenia i tak łatwo nie ulegnie. 

Po spacerze Amber odwiedził nas w mieszkaniu, gdzie oba psy natychmiast zasnęły w dwóch rożnych kątach pokoju. Napięcie pojawiło się dopiero znów przy okazji smaczków.

Spacer był super! Uważam, że jeśli Amber i Berek będą spotykać się częściej to szybko się dogadają i nauczą jeden drugiego. My już wiemy, że trzeba unikać „żonglowania” smaczkami, bo prowadzi to tylko do stresujących sytuacji. Tak więc roczek po kroczku i psiaki się zrozumieją, a my będziemy mieć pełną instrukcje obsługi duetu Amber-Berek 🙂

Mam nadzieję, że Amberowi podobało się chociaż trochę i że będzie więcej okazji do następnych spotkań 🙂

DSC_0335

DSC_0338
Berek pokazał mi język

DSC_0340

DSC_0343

DSC_0347

DSC_0355

DSC_0406

W marcu jak w garncu…

Gdy zaczęło robić się ciepło pomyślałam sobie, że zaczekam na piękną słoneczną pogodę i wtedy dopiero porobię Berkowi zdjęcia. Posiedzimy na trawie, odsapniemy od ciągłego łażenia – będzie super. Ale zaczął padać śnieg… Ciężko mi znaleźć motywację w taka szarą pogodę i, przyznaję, że mam już dość zimy w tym roku. Tak więc to moja wiosenna pogoda z dzisiaj :D…

Berek ostatnio jest grzeczny na spacerach. Parę razy pojechaliśmy na krakowskie Błonia, gdzie szalał z innymi psami. Jednak najczęściej chodzimy na poranne, samotne spacery po polach niedaleko domu. Dzisiaj Berek szalał za dwóch, bo wiało i polował na omiatane wiatrem zaspy 🙂 Łaziliśmy prawie 2 godziny i było cudownie. Dzięki Berek!

DSC_0357

DSC_0354

DSC_0378

DSC_0398

DSC_0399