Komenda „Ryjek!”

Nauczyłam Berka tej sztuczki w dwa „posiedzenia”. Mam naprawdę mądrego psiaka :). Teraz tylko utrwalanie i jeszcze raz utrwalanie.
Do filmiku zrobiliśmy „Ryjek!” tylko trzy razy, ale myślę, że Berek dałby radę więcej, choć już raczej z rozpędu i trochę bezmyślnie, więc nie ciągnęłam tego dłużej.
Jak go tego nauczyłam? Bardzo prosto – posadziłam Berka i przytrzymałam jego zabawkę- kółeczko przed jego pyskiem. Potem wzięłam smaczek i drugą ręką trzymałam za kółeczkiem.. Gdy Berek wciskał ryj w kółko, mówiłam komendę. Za jakiś czas planuję oddalać kółeczko od jego pyska i umieszczać na różnych wysokościach.

Pies w autobusie

Dawno nie pisałam o Berku i jego zachowaniu w autobusie. Już wcześniej wspominałam na blogu o tym, że Berek nie przepada za jazdą autobusem i tramwajem i do tego stopnia źle się zachowuje, że przemieszczanie się komunikacją stało się dla mnie bardzo uciążliwe. Ponieważ nie posiadamy auta i jesteśmy zmuszeni do poruszania się autobusami, gdziekolwiek byśmy nie zabierali psa, problemu tego nie mogłam po prostu zignorować.
Konsultowałam się z behawiorystką  i zastosowałam do jej rad. Siedziałam z nim na przystankach, łaziłam po pustych autobusach, potem jeździłam tylko kilka przystanków i wracałam do domu. Niestety nie mając auta nawet tego typu „terapio-szkolenie” jest utrudnione, ponieważ każda, nawet drobna wizyta u weterynarza równoznaczna jest z koniecznością przejechania się autobusem. podobnie z naszymi, sporadycznymi ale jednak, wypadami do Warszawy do rodziców. Byłam sfrustrowana, ale robiłam co do mnie należy. Zaczęło być trochę lepiej. Szczęśliwa zaczęłam jeździć z Berkiem więcej i dalej. W końcu popołudniami zaczęłam zabierać go na spacery z innymi psami na Błonia lub na wybieg na ul. Strzelców. I to był błąd taktyczny…. A dlaczego? Otóż Berek szybko skojarzył sobie jazdę autobusem tylko i wyłącznie z ogromną frajdą jaka następowała praktycznie zawsze jak wysiadaliśmy. Nie ma nic fajniejszego niż hasanie z psimi kumplami, nie? 🙂 Tak więc Berek zaczął znów szaleć w komunikacji. Nie od razu skojarzyłam z czego to może wynikać. Najpierw zaczęłam się martwić, ze znów wracamy do punktu wyjścia, że jazdy autobusem było dla Berka za dużo i że zaczął się znów czegoś bać. Ręce mi opadały, gdy widziałam jak z każdą następną minutą jazdy autobusem Berek zaczyna coraz bardziej się miotać. Ale zauważyłam też, ze jest znacznie spokojniejszy, gdy wracamy do domu. To dało mi do myślenia… Szybko skonsultowałam moje spostrzeżenia z behawiorystką i okazało się że tak! – najprawdopodobniej Berek nie przepada za autobusami, ALE bardziej na jego zachowanie wpływa fakt, że nie może się doczekać jak już dojedzie i będzie impreza … 🙂
Berek ma niesamowity temperament, jest bardzo żywiołowy i zawsze chętny do biegania. Te cechy sprawiają, że nie jest cierpliwy i nie jest dla niego naturalne spokojne czekanie i nie kombinowanie. Jazda autobusem to dla niego moment kiedy wie, że zaraz coś się wydarzy, pewnie będzie mega fajnie. Najzwyczajniej w świecie mój pies nie może usiedzieć na tyłku. A że jest psem to inaczej mi nie potrafi tego pokazać jak poprzez kręcenie się i stękanie i ciągnięcie do drzwi.

Ale co z tym zrobić?  Muszę pokazać Berkowi, że jazda autobusem nie równa się super spacerowi i spotkaniu z kumplami. Po prostu muszę zmienić psie skojarzenie, co łatwe nie jest :/. Tak więc od jakiegoś czasu jeżdżę z Berkiem na spacery po mieście na smyczy. Przy okazji ćwiczymy nieciągnięcie i różne komendy w rozproszeniach. Czasem spędzam dwie godziny na kręceniu się w kółko po mieście z psem. Nie powiem żeby było to ciekawe :P. A że nic się nie da załatwić mając ze sobą psa, są to zwykle godziny spędzone na niczym. Nie pójdę do biblioteki, nie wejdę do większości sklepów. Powoli robi się zimno, więc tułaczka bez celu po mieście nie jest za przyjemna. Berek nadal jest niecierpliwy, więc umówienie się ze znajomą na kawę i przyprowadzenie Berka nie gwarantuje, że uda nam się posiedzieć i pogadać, bo a nóż Berek nie wytrzyma spokojnie więcej niż 15 min. Ciężko też zaryzykować, bo jak mam znajomej powiedzieć, że sorry, ale ja muszę iść, bo pies stwierdził, że będzie się miotać i musimy wyjść z lokalu :(. Bywa ciężko, najgorzej, żeby się nakręcić na działanie. Ale pocieszam się tym, że wiem co robić dalej. Może będzie lepiej i z moim nastrojem. Raptem po paru takich spacerach zauważyłam poprawę w zachowaniu Berka. Gdy wracaliśmy ostatnio do domu autobusem, to moje „szczenię” wlazło mi na kolana i zasnęło przytulone. Nie było pasażera który by się na nas nie patrzył 😉

A teraz trochę zdjęć z naszych spacerów po polach. Berek chyba uwielbia obecną pogodę, bo jest chłodno, ale nie zimno i błoto nie jest zamarznięte… Ja się nie wypowiem.

DSC_0109

DSC_0106

DSC_0115

DSC_0116

DSC_0118

DSC_0128

DSC_0132

DSC_0105

Wolontariat w schronisku dla zwierząt

Wreszcie się zdecydowałam. Nie była to dla mnie łatwa decyzja. Wiedziałam, że jest to bardzo specyficzne zajęcie i, dodatkowo, jest do deklaracja i zobowiązanie. Nie chciałam działać pochopnie i dlatego długo się zastanawiałam czy aby na pewno jestem w stanie zostać wolontariuszką w schronie.

Oprócz samego faktu, że trzeba znaleźć czas dla zwierzaków, dochodzi również ogólne zmęczenie psychiczne, które mnie akurat dopada, gdy skończę wyprowadzanie schroniskowych psiaków. To nie jest relaksujące zajęcie, nie jest to przyjemne w takim sensie w jakim normalnie człowiek postrzega przyjemne rzeczy.

Ja dopiero się uczę. Przebywam w schronisku cały czas pod opieką innego wolontariusza z długim stażem. Uczę się co robić, uczę się w jakich sytuacjach mogę się znaleźć. Jest to też czas kiedy mogę zweryfikować swoje założenia i zrezygnować stwierdzając, że jednak to nie jest to i nie dam rady… Jak na razie osobiście nie mam zamiaru się poddawać…

Trzeba pamiętać, że psy w schronisku żyją w nienaturalnych, bardzo dla nich trudnych warunkach. Różnie sobie radzą, lub nie radzą, z nową sytuacją. Założenie schroniska jest takie, że zwierzęta przebywają tam tylko tymczasowo i należy zrobić co się da, aby znaleźć im dom. Zwierzę schronisku zachowuje się zupełnie inaczej niż nasze psiaki w domu. A tych zsocjalizowanych, słodkich, łaszących się do każdego człowieka psiaków nie ma w schroniskach aż tak wiele…. Wolontariusze są między innymi po to, aby poznać psa, pracować  z nim i być w stanie powiedzieć coś więcej o danym zwierzęciu. Niektóre zwierzęta potrzebują bardzo dużo pracy, wiele czasu, aby wyrwać je ze schroniskowego marazmu i pokazać, że jest dla nich coś innego na tym świecie i że mogą czuć się bezpiecznie i być spokojne w swoim domu. Sam fakt, że zwierzęta w schronisku rywalizują o jedzenie, sprawie, że mogą funkcjonować zupełnie inaczej niż nasi domowi pupile… Dla nich to nie jest „tylko jedzenie” – dla psów (i kotów) w schronisku każdy posiłek to „aż posiłek”, szansa na to by doczłapać się do następnego dnia.  Psy w schronisku czują potrzebę ciągłego potwierdzania swojej pozycji w psim stadzie. I samo to sprawia, że czasem ciężej do nich dotrzeć.

Druga rzecz to fakt iż psy w schronisku nie są wybiegane i nie mają kontaktu z człowiekiem. Często te psiaki które wyprowadzałam do tej pory, wyglądały jakby nie wiedziały co ze sobą zrobić – biegać, skakać czy zatrzymać się na chwilę i dać się pogłaskać. Mają w końcu tylko tych kilka minut na bycie zwykłym psem, tym szczęśliwszym i wolnym…. Często po prostu przebiegały koło mnie, ocierając się, bo nie miały czasu żeby zwolnić i dać się pogłaskać. I to nie znaczy, że nie są w głębi psiej duszy pieszczochami, albo że nie lubią kontaktu z człowiekiem.

Ja, osoba, która potrafi rozpłakać się oglądając filmik o biednych psach, albo film przyrodniczy o małej antylopie, którą zjada lew – chodzę do schroniska patrzeć na setki zwierząt, które cierpią, a ja nie mogę im realnie pomóc. Jestem w stanie wymienić masę innych rzeczy które wolałabym robić zamiast tkwić w hałaśliwym, śmierdzącym schronisku, ale one nie dają tego uczucia jakie mam, gdy kończę kilka godzin wolontariatu. Przeważanie te miłe rzeczy nie dają mi nic oprócz krótkotrwałego uczucia, że fajnie się bawiłam, ale za sekundę znikają z mojej głowy. Łatwo jest nic nie robić i łatwo jest załamać ręce i powiedzieć, że się nie da. Warto jednak czasem zacisnąć zęby i chociaż spróbować swoich sił. Argument „ja bym nie dała rady, bo to takie smutne” jest bez sensu. Takie myślenie nikogo nigdzie nie zaprowadzi i nie pomoże żadnemu zwierzęciu. Oczywiście wiem, ze nie każdy jest w stanie iść do schroniska i naprawdę wierzę, że atmosfera jaka tam panuje może być przytłaczająca i za ciężka. Sama, wchodząc tam, włączam tryb „robię- nie myślę i nie analizuję”, bo inaczej bym zwariowała. Jednak tak musi być. Nie wszystko co się w życiu robi może być przyjemne.

Trzymajcie za mnie kciuki, żebym się nie poddała! Planuję też więcej wpisów o schronisku w Krakowie.
Tymczasem zajrzyjcie na stronę schronu i na ich facebook’a 🙂

1
źródło: http://www.schronisko.krakow.pl

Pomilczeć …

W nocy z 6 na 7 września 2013 na ulicy Grodzkiej w Krakowie został zamordowany młody człowiek. Był nim Dawid, syn Pani Moniki, która prowadzi hodowlę seterów z której pochodzi Berek. Nigdy nie miałam okazji poznać Dawida osobiście, ale Pani Monika wiele razy mi o nim opowiadała podczas naszych spotkań.

W tym poście nie chcę opisywać tego dramatycznego zdarzenia, podawać faktów itp, bo nie o to mi chodzi. Nie potrafię o tym mówić. A z własnymi myślami przez ostatnie dni też kiepsko sobie radzę. Jestem wstrząśnięta tym co się stało, sparaliżowana. I muszę trochę pomilczeć …

Myślałam, że dam radę robić posty i wrzucać Berkowe zdjęcia i nawet robiłam to, choć mniej, przez ostatni tydzień. Jednak muszę zniknąć na chwilkę, bo przestałam to wszystko czuć i rozumieć.

Dwa setery

Przyjechałąm z Berkiem na kilka dni do Warszawy, do moich rodziców.  Już zreanimowałam sie po podróży PKP, udało mi się przeziębić siedząc na korytarzu w pociągu, ale jestem w stanie skupić się na tyle, żeby zrobić nowy post.

W piątek w pociągu relacji Kraków – Warszawa było OK – dla mnie najorsze jest dotarcie do pociągu komunikacją miejską, gdyż Berek właśnie w autobusach i tramwajach dostaje często bzika. W pociągu zasypia zanim wytoczymy się ze stacji. Na szczęście w drodze na dworzec był spokojny, w pociągu to anioł. Jadąc w Warszawie z Centralnego do Łomianek – metrem i autobusem, też nie było tragicznie, choć Berek był zdenerwowany, ciągnął i kręcił się. Mam wyjątkowo trudnego psa jeśli chodzi o podróżowanie, a ponieważ nie mamy auta, jest to nieuniknione. W trochę zarozumiały sposób powiem, że jeśli psiarz nie jeździ ze swoim pupilem komunikacją miejską , to dużo jeszcze nie wie o swoim psie… NIc nie wiecie o życiu ;)… I chociażby ten fakt jest najlepszym argumentem do tego, że pies w komunikacji miejskiej, czy łagodny czy nie,  mały czy duży, MUSI mieć kaganiec. A ostatnio widziałam w metrze psiaka większego od Berka bez kagańca…

Ale udało się 🙂 i jestem z Berka i siebie dumna, że daliśmy radę :). Za to w sobotę umówieni byliśmy z Pepe – seterem Irlandzik z bloga Living with Pepe. Było super, choć psiaki nie szalały w zabawie. Jednakże, osobiście podejrzewałam, zę tak będzie gdzyż Pepe jest dorosłym samcem, a Berek podrostkiem, któy jest już w tym wieku, że nie jest zawsze przez samce akceptowany. Normalne. Pepe delikatnie, ale też bardzo jednoznacznie, pokazał Berkowi kto tu rządzi na tym spacerze. Berek to zaakceptował i psy uprzejmie się tolerowały przez resztę wycieczki :). Zauważyłam, że Berek nie biegał tylko szedł, przeważnie z boku albo z przodu. Unikał kontaktu i wyglądał na trochę przygaszonego. Myślę, że w taki sposób pokazywł Pepe, że nie będzie mu wchodzić w drogę. Przyznaję, że trochę zaskoczyło mnie Berkowe zachowanie, bo wiem jak szaleje na tych polach i biega w prędkością wiatru, niezależnie od pogody i pory dnia. Jednak psy mają swoje sposoby porozumiewania się i nie ma co w to integrować. Psy dogadały się tak, a nie inaczej, ustaliły taką a nie inną hierarchię i musieliśmy to uszanować. Ciężko było złapać oba psiaki w jeden kard do zdjęcia 🙂

Osobiście byłam zachwycona spacerem 😀 Mam nadzieję, że to powtorzymy i być może Pepe i Berek powoli się do siebie bardzie przekonają. A jeśli nie? Berek musi umieć odnaleźć się i w takiej sytuacji, a Pepe jest wspaniałym kompanem do tego aby pokazać młodszemu, że nie zawsze może robić co mu się podoba 🙂

P.S Na spacer wybraliśmy się na pola nad Wisłą, na wysokości Dziekanowa Leśnego, pod Warszawą.

DSC_0122
Piekny, mahoniowy Pape

DSC_0127

DSC_0161

DSC_0154

DSC_0133

DSC_0140
Ta czarna plana to Berek – coś właśnie upolował w trawie 🙂

DSC_0141

DSC_0155

DSC_0173

Psie poczucie godności i dumy – opis rasy

Decydując się na psa rasowego decydujemy się na zwierzę o danym charakterze, konkretnej użytkowości i, oczywiście, wyglądzie. Szukając odpowiedniej dla siebie rasy psa powinniśmy zapoznać się z tzn. opisem rasy, gdzie znajdziemy podstawowe informacje, które MUSI znać przyszły właściciel zwierzaka. Jednakże należy pamiętać, że żadnej opinii nie powinniśmy traktować jak wyroczni – wszystko co znajdziemy w internecie, bądź od kogoś usłyszymy należy zweryfikować z innym źródłem, bo ludzie są różni (my też!), psy również. Najlepiej jednak zacząć od samokrytyki.

Moim zdaniem samokrytyka jest kluczowym elementem przy wyborze psa. Jeśli już zdobędziemy, naszym zdaniem, rzetelna wiedzę na temat rasy, tzn poczytamy w książkach, przeszukamy internet, zapoznamy się z opinia hodowców i osób, które takie psy mają, należy pomyśleć o tym jacy jesteśmy my i jaki jest NASZ OPIS :).

Zastanówmy się jak najchętniej spędzamy czas, co sprawia nam największą radość i o czym marzymy. Czy widzimy w naszych planach na przyszłość psa? Co będzie za 5, 10 lat? Warto podchodzić do psa ambitnie, czyli mieć konkretny plan związany ze zwierzakiem, jak np. chęć zmobilizowania się do porannego wstawania, regularnego biegania, czy ciekawych wyjazdów. Ale musimy pamiętać, że ten „plan” to plan na wiele lat, plus jest to plan który nie tylko zależy od nas. Pies ma swoje potrzeby i pomysły, i wszystko, ale to WSZYSTKO co sobie zaplanowaliśmy może być niemożliwe do zrealizowania.  Warto mieć trochę pokory i bardzo dużo szacunku dla zwierzaka. On ma prawo nie spełniać naszych zachcianek i nie być takim jakim go sobie wymyśliliśmy. Nawet psy konkretnej rasy bywają różne i nie jest to skserowany produkt.

Często z ciekawości zaglądam na różne strony w internecie i czytam opisy rasy Gordon seter, gdyż jest to właściwie jedyna rasa na temat której mogę się w jakiś sposób wypowiedzieć, a informacje zweryfikować. Ostatnio zszokowała mnie informacja zamieszczona na jednej ze stronek o Gordonach, mianowicie, że seter szkocki ma niesamowite poczucie dumy i swojej godności. Dalej można przeczytać, że jeśli pies będzie nieposłuszny, to jest to nasza wina, a nie setera. Nie należy stosować kar fizycznych, krzyczeć itp, gdyż seter źle reaguje na brak sprawiedliwości i przestanie na nas reagować. Po pierwsze – to odnosi się do KAŻDEGO PSA! Jak można uważać inaczej? Każdy pies ma swoja dumę, swój świat i wie kiedy jest źle traktowany. Każda żywa istota jest w stanie dostosować się do najgorszego traktowania i znosić je z pokorą jeśli chce przetrwać (człowiek też!), ale zawsze będzie wiedzieć, że to nie jest sprawiedliwe i dobre. Żaden pies, żądna rasa nie jest trudniejsza lub łatwiejsza od innych, jeśli tylko odpowiednio do niej podejdziemy i uszanujemy to jaki ten pies jest i jacy jesteśmy my. I co najważniejsze – jacy będziemy i my i nasz zwierzak za 10 lat kiedy nie będziemy mieć już tyle siły, doba będzie coraz krótsza, będziemy mieć więcej obowiązków, a nasz pies nie da rady rano wstać z posłania, bo tylne łapy odmówią mu posłuszeństwa…

Jeśli pewnego dnia uderzy nas myśl, że nasz pies jest nudny, albo, że właściwie nic nas z nim już nie łączy, bo jest gruby, nieciekawy, albo po prostu nie taki jak był kiedyś – to pamiętajmy, że on już dawno poczuł co my o nim sądzimy i jego duma powoli zaczęła gasnąć… To jest niesprawiedliwość.

DSC_0116

DSC_0132
W tych krzakach nic nie ma

DSC_0134

DSC_0096
praca

 

DSC_0144

DSC_0151
relaks na spacerze

 

Fafle

Fafle – najpiękniejsza część psiego pyska. Uwielbiam psy z faflami! Setery szkockie mają imponujące fafelki, a Berek to już w ogóle ma fafle idealne 🙂 Fafle Berka żyją własnym życiem – latają, łopoczą, czasem są nad oczami, czasem zwisają nisko pod brodą. Gdy Berek leży, fafle leżą koło niego i zajmują sporo miejsca. Pod faflami Berek chowa sobie na później jedzenie, a marcheweczka znaleziona po godzinie podczas drzemki jest ogromną radością dla psa :). Pod faflem jest też miejsce na trochę lasu, bukiet trawy i kilogram piachu z plaży. Berek faflem potrafi przytulić się do mojej ręki. Czasem także coś skutecznie faflami nakrywa i nagle zwinięte w kulkę skarpetki znikają… Faflem Berek też „smyra” – widać na gifie poniżej 🙂

DSC_1031-MOTION
posmyrać piłeczkę faflami 🙂

Tak więc fafle mają dużo walorów praktycznych. Natomiast te wizualne najlepiej podziwiać na filmach „slow motion” albo zdjęciach. Berkowe fafle maja masę fotek. Ostatnio, podczas spaceru z Hixem, zauważyłam jak kosmicznie wygląda mój pies przy innym psiaku, szczególnie mniej faflastym. Kontrast pomiędzy minami normalnego psa, a szaleństwem Berkowych fafli był zaskakujący. Dodatkowo mój Psi Ryj wyjątkowo się miota, skacze, wprost lata jak jakiś przedziwny potwór, gdy tymczasem Hix sobie stoi i jest psem 🙂 A to przecież szczeniak i jego właścicielka Ania sama dobrze wie ile przedziwnych rzeczy potrafi wymyślić jej pies ;).
Ale to taka natura setera – zawsze w ruchu, zawsze bardzo zaangażowany we wszystko co robi. Ostatnio zrozumiałam, jak bardzo już się do tego przyzwyczaiłam i przestałam zauważać jak charakterystyczne jest zachowanie Berka. Dopiero w kontaktach z innymi psami, plus na fotkach, widać jaki to żywioł. Dużo osób patrząc na Berka pyta mnie ile on ma. Gdy mówię, że 20 miesięcy, są zaskoczeni, bo przed nimi kręci się wielki szczeniak, któremu drga w radości każdy mięsień, a ogon chodzi we wszystkich kierunkach.

DSC_1076
Hix – tollerhix.blogspot.com

DSC_1030

DSC_1052

DSC_1061

DSC_1062

DSC_1066

DSC_1071

DSC_1074

DSC_1081

Identyfikator dla psa

Uważam, że puszczenie psa bez adresówki jest bardzo nieodpowiedzialne. Berek zawsze ma obroże z adresówką, nawet na spacerach na których nie planujemy spuszczać go ze smyczy. Berek jest też zachipowany, jednak wierzę w moc adresówki. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś znajdzie mojego psa i będzie tak uczciwy, że się o niego zatroszczy i wykaże chęć odnalezienia właściciela, to ma to być dla niego łatwe. Ludzie nie chcą robić rzeczy które wymagają zachodu. Zabieranie psa do weterynarza, aby zlokalizował chipa jest problematyczne i nie każdy może chcieć lub mieć możliwość to zrobić. Trzeba też brać pod uwagę, że są osoby, które najzwyczajniej w świecie nie wiedzą o istnieniu psich chipów… Tacy ludzie dobrej woli, ale nie psiarze, powinni móc szybko zlokalizować adresówkę i łatwo skontaktować się z właścicielem.

Jestem przeciwna śmiesznym adresówkom, które nie wiadomo czym są – czy to ozdoba, czy jakiś idiotyczny gadżet? Identyfikator powinien być wykonany z trwałego materiału, z którego napis nie zetrze się, ani nie zmyje w kałuży lub jeziorze. Adresówka musi być przymocowana na „mur-beton” do obroży i być stosunkowo duża, żeby rzucać się w oczy. Przy Berkowej obroży dynda dość dużo rzeczy, ale identyfikator jest zdecydowanie największy i „najciekawszy”. Berek, oprócz identyfikatora, ma doczepione dwa małe dzwoneczki, a także informacje od weterynarza o szczepieniu na wściekliznę. Wszystko to przymocowaliśmy do obroży przy pomocy … zestawu do mocowania kabli czyli plastykowej małej zapinki zaciskowej.

300_300_productGfx_b4f2987504cd88d34c1fd1cc001229a4
http://www.e-connectors.pl

Niedawno trafiłam w internecie na Miedziankę u której można zamówić przeróżne identyfikatory dla psa, a dla siebie wisiorek :). Oferta jest bogata i na pewno warto zajrzeć na jej stronę. Za identyfikator o średnicy 3 centymetrów, z imieniem psa i dwoma numerami telefonu, zapłaciłam 20 złotych, plus 5 złotych przesyłki.

DSC_0120

Nad Świder !

W długi weekend z jednego miasta pojechaliśmy wypoczywać do innego miasta…  Kraków zamieniliśmy na Warszawę. Miałam ogromną ochotę na jakieś „psie spacery” i gdy tylko pojawiła się możliwość ponownego spotkania z Hixem byłam zachwycona, że będę mogła zobaczyć jak urósł.

Ania, właścicielka Hixa, zaproponowała sobotni wypad nad Świder. Propozycja wydawała się kusząca, szczególnie, że pogoda zapowiadała się piękna i miało być gorąco. Siedzenie nad wodą kusiło 🙂

Wyruszyłyśmy wcześnie rano w sobotę. Mieszkam za Łomiankami, pod Warszawą, więc wsiadłam do autobusu już po 6.00, aby być przed 8.00 w centrum i spotkać się z Ania i Hixem. Obecnie metro w Warszawie jest w części zamknięte więc nasza podróż była dość skomplikowana – musiałyśmy jechać autobusem z Pragi, zamiast wskoczyć w centrum z SKM na Otwock. Tak więc ja i mój szalony, unoszący się pod sufitem pies, jechaliśmy najpierw z Łomianek do metra, potem kawałek metrem, potem doszliśmy do centrum i już razem z Anią tramwajem na Pragę. Tam spotkałyśmy się z Kasią i jej pięknym Foxtrotem, który, podobnie jak Hix, jest rasy Nova Scotia Duck Tolling Retriever. Zaopatrzyłyśmy się klasycznie w jagodzianki i ciacha i pognałyśmy na autobus 702, który miał nas dowieść nad Świder.

Co do podróży … Berek był SPOKOJNY !!! Nie było idealnie, nie był zrelaksowany, ale dało się wytrzymać. Nie szarpał i nie darł się rozpaczliwie, mimo iż widać było, że jest napięty i bardzo czujny. Gdy tylko pojawili się Hix i Fox, Berek żywo się nimi zainteresował i zapomniał o panikowaniu…

Wysiadłyśmy na przystanku Świdry Wielkie skąd jest dość proste dojście nad rzekę. Postanowiłyśmy przejść kawałek dalej, aby uniknąć ewentualnego tłumu plażowiczów. Szybko udało nam się znaleźć  łagodne zejście do wody. Niestety brzeg rzeki jest pokryty śmieciami, ale nie jest źle – można znaleźć milsze fragmenty, gdzie nie ma syfu. Woda w rzece jest czysta i przejrzysta. Bez problemu można przejść na drugą stronę rzeki, gdyż Świder jest płytki, a dno przyjemnie piaszczyste.

Nad rzeką siedziałyśmy ponad 3 godziny. Foxtrot pięknie aportował piłeczkę, a Berek cały czas za nim biegał i mu przeszkadzał. Natomiast Hix nieśmiało właził do wody.  Poruszał się w swoim powolnym, szczeniakowym tempie i gapił na wszystko dookoła :). Psy naprawdę szalały i cudownie było widzieć ich uśmiechnięte ryjki. Dla mnie to bezcenny widok.

Uważam, że wycieczka była wspaniała – bawiłam się świetnie w przemiłym towarzystwie (dziękuję dziewczyny :), a Berek w domu padł  🙂

A z sensacji w stylu mojego Psiego Ryja? Przecież nie mogło być przeciętnie, normalnie i nudno – w końcu moim psem jest Berek 😀   Otóż jak tylko dotarłyśmy nad rzekę Berek wskoczył do wody, zanurzył się chłopak do połowy, wypiął kuper i … zaczął robić co trzeba. Z prądem – mądra psina 🙂 I nie tam, że tylko stopy były w wodzie, o nie! Cały Berek był w rzece – wystawała tylko klatka piersiowa i skupiona minka psiego czubka 🙂 Cudak 🙂

DSC_1113

DSC_1128

DSC_1183
Hix płynie 🙂

DSC_1132

DSC_1139

DSC_1143

DSC_1165

DSC_1166

DSC_1167

DSC_1170

DSC_1176

Pozazdrościłam…

Uwielbiam czytać bloga o Puzonie. Zajrzyjcie, bo warto 🙂 Puzon jest zdecydowanie większy od Berka, ale wyczuwam, że oba psiaki nadają na podobnych falach. Berek też lubi taplać się w błocie, biega  jak maszyna, wchodzi na kolach mimo iż jest wielki jak koń. Podobnie jak Puzon, mój Psi Ryj okazuje swoją miłość tuląc się do mnie w najlepsze, totalnie mnie miażdżąc …

Ostatnio Puzon bawił się piłeczką na sznurku. A ja mu pozazdrościłam 🙂 Mieliśmy taką piłeczkę w domu i tylko wystarczyło wziąć ją na poranny spacer 🙂 Szaleństwa było co nie miara! W nocy były burze, temperatura zdecydowanie się obniżyła, co sprzyjało bieganiu. Zabawa była przednia 🙂

Do biegania wykorzystaliśmy teren pod Kopcem Piłsudskiego w Lasku Wolskim. Rano, albo gdy jest paskudna pogoda, jest tam cudownie pusto 🙂 Czy ktoś z krakowskich psiarzy chodzi tam ze swoim czworonogiem na spacery?

DSC_1019

DSC_1048

DSC_1088

DSC_1131

DSC_1136