Szlak Tyniecki i Bielańsko-Tyniecki Park Krajobrazowy

Zima była. Trwała tydzień. Teraz chyba mamy wiosnę, a już na pewno wiosenny nastrój. Wydaje mi się jakby przyroda nie zasnęła i nie zwolniła, a wręcz przeciwnie, tętni cały czas życiem. Las pachnie. Pola całe ruszają się, bo wszędzie skaczą ptaki. Bażanty krzyczą w trawach. Wariactwo! 🙂 Jest w tym wszystkim coś niesamowitego. Postanowiłam wybrać się na wycieczkę trochę dalej od miasta, aby zobaczyć co tam słychać w „dziczy”. Zawsze w nowych miejscach spacerowych prowadzę Berka na lince. Szczególnie, gdy na wyprawie jestem z nim sama, wcześniej nie konsultowałam z nikim trasy i po prostu nie znam terenu. Dlatego też w tym poście zobaczycie zdjęcia Berka wędrującego na naszej 15-metrowej lince treningowej.

Plan był żeby przejść kawałek Szlakiem Tynieckim i sprawdzić jak wyglądają nadwiślańskie tereny za Tyńcem idąc od Bogucianki. Jednak plan planem, wyszło trochę inaczej. 😉
Mapy Google

Dojazd autobusem 112, kierunek Tyniec Kamieniołom. Należy wysiąść na przystanku Bogucianka i skręcić w ulicę Grodzisko na końcu której jest wejście do lasu i początek zielonego szlaku (Szlak Tyniecki).

I jak było? Pięknie! Pomimo iż nie puściłam Berka luzem, spacer i tak był ciekawy i dla mnie i dla niego. Na ulicy Grodzisko przywitało nas wiele obszczekiwaczy pozamykanych na posesjach, ale Berek dzielnie przeszedł dalej. W lesie, który zaczyna się na końcu ulicy, przepięłam go na linkę i już było super – Berek zaczął zwiedzać. Ścieżka przez las nie jest długa ale kończy się stromym zejściem na nadwiślańskie łąki. Szlak, jak widać na mapce na górze, skręca w prawo w stronę Opactwa Ojców Benedyktynów w Tyńcu. Ja jednak poszłam w lewą stronę i szybko wyszłam na otwarte przestrzenie Bielańsko-Tynieckiego Parku Krajobrazowego. Pola są porośnięte wysoką trawą. Po jednej stronie jest Wisła i można iść wałem wzdłuż rzeki. Po drugiej stronie są pagórki porośnięte lasem. Przeszłam się kawałek wałem, skręciłam na pola, a potem znów wróciłam na wał, bo tam było zdecydowanie najmniej błota. Wszędzie było widać ślady zwierzyny, a Berek momentami bardzo intensywnie węszył. Przez chwilę pocieszałam się, że wysokie trawy są w stanie zapobiec psiej pogoni, ale szybko przypomniałam sobie słowa Stanley’a Coren’a (Tajemnice Psiego Umysłu) o tym, że psi „[…] zmysł wzroku potwierdza jedynie to, o czym powiadomił go wcześniej węch”, więc po co się łudzić? 🙂
Szczerze polecam taką wyprawę – odświeża umysł i ciało. Berek też był zadowolony, bo odwiedził nowe miejsce, a to jest zawsze przygoda. Żałuję, że nie polatał luzem, ale niestety, nie ufam mu aż tak, nie znałam terenu i ie liczę na szczęście. Planuję natomiast na pewno tam wrócić i pozwiedzać dokładniej Bielańsko-Tyniecki Park Krajobrazowy, jak i sam Tyniec i okoliczne lasy.

gordon seter seter gordon setter seter, Berek seter seter seter seter Berek, seter seter seter berek, seter IMG_2149 unnamed

„Jak na setera…”

Autorka bloga Trend z Seterem często wspominała, że według niej najważniejszą komendą u psa (nie tylko setera) jest przywołanie. Zgadzam się z tym w pełni. Jest to komenda, która przydaje się w wielu sytuacjach, a może też uratować psu życie.

A jak to wygląda u nas? Ano, różnie. Jak na setera, Berek ma dobre przywołanie. Jednak w tym stwierdzeniu są dwa „ale”…
Pierwsze „ale” co znaczy „jak na setera”? Nie znoszę tak myśleć o moim psie, choć czasem się na tym łapie i chyba jest to nieuniknione. Seter to pies jak każdy inny tylko, że ma silny instynkt myśliwski. Oczywiście nie każdy seter, bo jest to też kwestia indywidualna. Berek kocha tropić, jest temu oddany i doskonale wie, że nie ma nic lepszego. Sądzę, że oddałby duszę diabłu za gonienie po polach za tropem. Biorąc to pod uwagę, nauka przywołania u setera jest dość trudna. Jako amatorowi, wychodzi mi to różnie, ale o tym za chwilę.
Drugie „ale” to próba odpowiedzenia sobie na pytanie co to znaczy, że przywołanie jest na poziomie dobrym… Czy jeśli jest po prostu tylko dobre, a nie jest idealne, to nie znaczy to, że właściwie go w ogóle nie ma? Czy pies, który nie ma wyćwiczonego przywołania na 100% ma wyćwiczone w ogóle przywołanie? To to działa czy nie działa?

Tak więc mając na uwadze co napisałam powyżej – u Berka, jak na setera ;), jest dobrze. Berek w ciągu 3 lat z niknął mi z oczy może 2 razy na około 1-2 minuty (wskoczył w krzako-las wyraźnie idąc za tropem). Raz miał bliskie spotkanie z sarną. Za każdym razem byłam przerażona i reagowałam pewnie histerycznie, ale to już mój problem, a nie psa. Nie sądzę jednak, żebym miała powody do tego by osiąść na laurach. Dla mnie, jako właśnie właściciela setera, przywołanie jest tym samym co odwołanie. A odwołanie to jest przerwanie czegoś co pies już robi. Osobiście uważam, że przywołanie psa, który sobie biega wesoło po znajomym trawniku nic nie znaczy, bo pies właściwie czeka na kontakt z właścicielem i nie jest niczym konkretnym zajęty. Natomiast odwołanie psa, który zaczyna bawić się z innymi psami, lub który zaczyna biec po tropie, robić coś co jest dla niego praktycznie sensem i miłością życia, to zupełnie inna para kaloszy…

Spacer z psem po polach to dla mnie ciężka praca. Ćwiczę z Berkiem przywołanie, cały czas go obserwuję, patrzę co robi, próbuję zgadnąć co będzie robić za chwilę. Po trzech latach z Psim Ryjem wiem, że na jakoś naszego przywołania/odwołania ma wpływ:
– czy jest to zwykłe pole, czy np polanka w parku miejskim (np. na Polu Mokotowskim) –  tam gdzie Berek wie, że może być zwierzyna zachowuje się zupełnie inaczej.
– czy wieje wiatr, czy jest wilgotno, zimno, ciepło, itp.
– czy zapachy są świeże – Berek przecież to doskonale wie, ja mogę to zgadywać tylko  obserwując jego zachowanie.
– czy wszedł już na trop i nim idzie, czy jeszcze nie. W momencie kiedy ślad jest świeży i  Berek go dokładnie zidentyfikował, bywa ciężko. Na szczęście potrafię często dostrzec,  że Berek jest danego dnia pobudzony, szuka i że mam z nim kiepski kontakt na spacerze.  Zwykle wtedy wracamy do domu, albo zmieniamy miejsce spaceru. Nie ma sensu, abym  próbowała zainteresować go czymś innym, biegała z patykiem, czy robiła pajacyki, bo  Berek nie będzie tym zainteresowany.
– jeśli widzi zwierzynę istotne jest czy ona się rusza czy stoi nieruchomo i czy jest  blisko czy daleko. Od zwierzyny znajdującej się daleko raczej mogę go odwołać, ale  wtedy zapewne Berek jej jeszcze nie czuje, bo już wcześniej widziałabym, że węszy i  podchodziłby do niej po łuku, więc taka sytuacja się nie liczy. Jeśli zwierzyna jest blisko i się rusza…  zachęcam do wpisu, który podlinkowałam wcześniej…
– czy jest zmęczony, bo wtedy, po prostu, mniej tropi.
– od humoru Berka. Czasem ma dni, że po polach spaceruje niby książę, a czasem nie  przestaje galopować z nosem przy ziemi.

Na pewno popełniłam mnóstwo błędów ćwicząc przywołanie, ale robiłam co umiałam. I teraz jestem o 3 lata z Berkiem mądrzejsza. „Jak na setera” jest dobrze. Jak na mojego setera to mogłoby być lepiej :(.
Poniżej dwa filmiki z naszego porannego spaceru. Na pierwszym Berek już leciał po śladzie, jednak nie był nim aż tak bardzo zainteresowany i odwołanie go nie było problemem. Na drugim filmiku Berek okładał pole szukając czegoś ciekawego – to dla niego norma i „nudy”, więc odwołałam go od tej czynności w miarę szybko.
(przyciszcie kompy 😉 )

Saszetki na smaczki

Moje spacery z Berkiem są przeważnie długie. W trakcie takiego wyjścia, ćwiczymy chodzenie na smyczy, posłuszeństwo, czasem robię z nim sesję różnych sztuczek. Obowiązkowo też Berek dostaje smaczek, gdy do mnie wraca na wołanie. Smaczki są też potrzebne w czasie jazdy komunikacją miejską, gdyż Berek działa na kliker, wykonując cały czas komendę, która wyklucza miotanie się. W związku z tym potrzebuję saszetkę na smaczki, która jest duża, wygodna i trwała. Ważna jest także możliwość łatwego czyszczenia saszetki, gdyż jako smakołyki używam kawałków kiełbasy, parówek lub mięsa. Obecnie posiadam dwie saszetki, które postanowiłam Wam pokazać w krótkim poście. Czy spełniły moje oczekiwania?

Zdjęcia nie są może najlepsze i wątpię by były pomocne – zwykle spaceruję z Berkiem sama i fotografowanie mojego własnego pasa mi nie wyszło ;). Jeśli coś jest niejasne to z chęcią odpowiem w komentarzach na dodatkowe pytania dotyczące saszetek.

Saszetka na smaczki firmy Doog

Odpowiada mi jej wielkość, gdyż pozwala na zapakowanie dużej ilości smakołyków, które starczają mi na cały spacer/trening. Saszetka jest podłużna i sztywna, dzięki czemu łatwo sięgnąć do środka. Z przodu ma kieszonkę na suwak i drugą małą do której zmieszczą się torebki na psie odchody. Co dla mnie było istotne to fakt iż saszetka Doog’a ma wyjmowany wkład, łatwy do wyczyszczenia. Wkład jest zamykany na ściągany sznurek, lub na rzep. Do samej saszetki jest przymocowany za pomocą pięciu mocnych rzepów (w tym jeden od spodu). Owe mocowanie są i plusem (mocno trzymają wkład w środku saszetki, nie rusza się i nie wypada), jak i minusem (w zimie rzepy służące do zamykania saszetki mogą przyczepiać się do rękawiczek). Oczywiście saszetkę można stosować bez wyjmowanego wkładu.
Pasek i zatrzask do mocowania saszetki w pasie są bardzo mocne.* (poniżej więcej uwag po dłuższym użytkowaniu)

DSC_0177

DSC_0178

Saszetki Doog są dostępne w sklepie internetowym prodog.pl . Można je dostać również w innych kolorach. Cena to 109 zł. Saszetka została do mnie dostarczona z zestawem torebek na psie nieczystości.

Po dłuższym użytkowaniu, oczywiście dość intensywnym, klamry trzymające saszetkę na pasku oberwały się. Musiałam reperować saszetkę u kaletnika, który doszył nowe szlufki. Na razie jest OK, choć za taką cenę oczekiwałam trochę lepszej jakości. 

Saszetka na smaczki z Karuska

Saszetka, którą kupiłam w sklepie Karusek w Krakowie, także świetnie się spisuje. Jest również sztywna i odpowiednio duża, aby pomieścić tyle smaczków ile jest mi potrzebnych na długi spacer. Z boku ma dwie małe kieszonki – jedna jest na woreczki na psie odchody, a druga może być na kliker. Saszetka jest zamykana na zaciągany sznurek. Minusem jest materiał, który ma się ściągać, gdyż przeszkadza w sięganiu po smaczki. Nie da się go niestety wywinąć na zewnątrz sakiewki. Sznurek wpada więc do środka i plącze się między palcami, gdy sięgamy po smakołyki. Saszetka nie ma też wyjmowanego wkładu przez co w celu utrzymania czystości trzeba ją prać całą. Podobnie do saszetki z Doog’a, Karuskowa torebka ma stosunkowo mocne mocowanie, pasek i zatrzaski.

DSC_0174

DSC_0175 DSC_0176

Saszetka jest dostępna w sklepie karusek.com.pl. Są też inne kolory. Cena saszetki to 26,90 zł.

Berkowa przygoda życia?

Musiało minąć kilka dni, żebym się uspokoiła i stwierdziła, że jednak opiszę naszą przygodę na blogu. Ostatnie święta przejdą u mnie do historii i to oczywiście dzięki Berkowi. Niestety wcale mnie to nie cieszy aż tak bardzo…

Na święta pojechaliśmy do rodziców, którzy mieszkają pod Warszawą. Zaraz koło domu są ogromne nadwiślańskie łąki. Wprost uwielbiam te tereny – jest tam ładnie, teren jest duży, Berek ma gdzie śmigać. Jest rzeka, jezioro, drzewa. Korzystając z okazji w Wigilię śmignęłam rano na spacer. Tego dnia był silny wiatr i Berek biegał w kółko ganiając podmuchy. W pewnym momencie wręcz wbiegł na sarnę siedzącą w wysokiej trawie. Ona chyba też nas nie czuła i nie słyszała (mimo iż idąc po polach ciągle ćwiczę przywołanie gwizdkiem…). Wyskoczyła na zaorane, błotniste pole i zaczęła biec. Berek niestety za nią. Ja stałam i czekałam, żeby Berek odpuścił, co robi po iluś-dziesięciu metrach jak widzi, że sarna zwiewa. Jednak tym razem sarenka miała inny pomysł: zaczęła zwalniać, po czym … zatrzymała się. Ja zamarłam, bo Berek do niej podszedł i zaczęli beztrosko kicać wokół siebie. Zaczełam biec w ich kierunku, bo nie widziałam co się dzieje i dlaczego to zwierze nie ucieka. Gdy zbliżyłam się do nich, sarna przebiegła przez wysoki gąszcz na sąsiednie pole, a Berek oczywiście za nią. Wypadłam z krzaków za nimi i nie mogłam uwierzyć własnym oczom: znów stali obok siebie i się nie ruszali. Berek był w pozie zapraszającej do zabawy i gapił się raz na sarnę, raz na mnie. Nie miałam pojęcia co zrobić. Zaczęłam wołać Berka, jednak ten nie do końca chciał odejść od „koleżanki”. W końcu odpuścił i zaczął do mnie biec. Niechętnie, bo niechętnie, ale do mnie przybiegł, a sarna schowała się w trawie, bo wyraźnie moja obecność i wołanie ją niepokoiły.

Gdy wreszcie zapięłam Berka na smycz, opadły mi emocje. Wpadłam w panikę. Tysiące myśli przelatywało mi przez głowę. Berek był cały w błocie, opluty, roztrzęsiony z emocji i podniecenia. Chciał biec do niej znowu, przeszukać krzaki i imprezować dalej. Ja byłam w stanie tylko dowlec się do domu i to też nie do końca, bo musiał przyjechać do mnie A. i mi pomóc się pozbierać, bo wypełzanie z błota jakoś mi nie wychodziło i dzwoniłam do niego wygadując rzeczy, których on nie rozumiał. Moje przerażenie pewnie było przesadzone, ale w całej historii było kilka elementów, które mnie totalnie zbiły z tropu. Po pierwsze dość długo zwierzaki były daleko ode mnie, a widziałam już, że sarna nie biegnie. Nie wiedziałam dlaczego i spodziewałam się najgorszego. Po drugie, pomyślałam, że dzikie zwierze będzie się desperacko bronić i może zrobić Berkowi krzywdę. Po trzecie, gdy już mogłam całą akcję obserwować z bliska, nie miałam pomysłu jak to wszystko się skończy, bo nie wydawało mi się możliwe, żeby mój super myśliwski pies tak po prostu odszedł od sarny i do mnie wrócił ( co jednak zrobił!). Koniec końców, niby nic się nie stało, ale jednak…
Następnego dnia A. poszedł razem z nami na pola. Berek latał jak szalony i szukał tropów. Przez 1,5h biegał bez przerwy, zagotował się, para z niego buchała i musiał ochłodzić się w jeziorze. Poziom podekscytowania ? Maksymalny. Wieczorem wzięłam go na spacer po mieście, żeby trochę ochłonął z tych sarnich emocji. Kolejne spacery? Tym razem dołączyła do nas moja koleżanka z jej psem. Berek przegonił kolegę, wyraźnie dał mu znać, że nie ma ochoty na nic innego jak tropienie i kumpel ma spadać. Latał może mniej, ale wyraźnie szukał zapachów i był nastawiony tylko na węszenie. Natomiast dziś na polach nie spuściłam go ze smyczy, bo widziałam, że nie miał ze mną kontaktu. I również dziś wróciliśmy do Krakowa, czyli teraz spacery będą już odbywać się w innym miejscu, na innych polach, więc jest nadzieja, że będzie „po staremu” i Berek będzie spokojniejszy i nie będzie tak nakręcony.

Berek ma silny instynkt łowiecki. Nie jest to dla mnie zaskoczenie, bo taki sam był seter gordon moich rodziców, ale… przestraszyłam się opisanej powyżej sytuacji i boję się do tej pory. Berek okazał się i tak super, bo sarnie nic nie zrobił i po paru minutach (które wydawały się wiecznością) wrócił do mnie po prostu odchodząc od niej (jak dla mnie-kosmos)… Jednak, biegnąc blisko za sarną, nie posłuchał się i nie zatrzymał co jest moją porażką. Nie potrafię wypracować przywołania do tego stopnia, żeby Berek mając tuż przed sobą truchtający coraz wolniej sarni tyłek, zawracał na komendę. Nie wiem jak to zdarzenie wpłynie na zachowanie Berka. Czy będzie tak „odfruwać” na każdym spacerze, a ja stresować? Jutro spacer i zobaczymy jak kontaktuje na polach w Krakowie.
A poniżej filmik… taki w temacie 😉

https://www.youtube.com/watch?v=0qvx5ax-hDo

Stary pies

Parę razy wspominałam już na blogu, że jestem wolontariuszką w Krakowskim Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt. Mój blog nie jest pełen ogłoszeń o psich biedach, staram się również ograniczać ogłoszenia o psach szukających domu na Berkowym FB. Temat jest bardzo ciężki i nawet ja czuję się czasem tym wszystkim przytłoczona. Stron promujących adopcje psów jest wiele i tworzenie nowych inicjatyw czasem mija się z celem, bo jeśli ktoś chce się zaangażować to fundacji, czy psich przytułków i akcji medialnych jest wystarczająca liczba. Trzeba tylko poszukać, wybrać i zacząć działać w sposób jaki do nas przemawia.

Na blogu ogłaszałam Robercika – psiaka z krakowskiego schronu o którym nie mogłam przestać myśleć. W końcu adoptowali go moi rodzice, ratując mu po prostu tym życie. Pisałam także o paru innych psiakach z mojego boksu, licząc, że może dobra passa po Roberciku utrzyma się i one także szybciej znajdą dom. Raz się udawało, raz nie.
Trochę śledzę losy psiaków z krakowskiego schroniska, bo wolontariusze przekazują sobie informacje. Regularnie też zaglądam a stronę schroniska. I ostatnio dotarła do mnie historia staruszki Tiny… Tiny nie znam, nie jest u mnie w boksie i nie miałam okazji jej zobaczyć. Pojechała ostatnio do hoteliku, sponsorowanego przez wolontariuszki, bo nie radziła sobie zupełnie w schronisku. Tina nadal szuka domu. A jaka jest jej historia?

Tragiczna. Tina ma 13 lat i została niedawno oddana do schroniska przez właściciela u którego mieszkała od szczeniaka. Powód oddania? Suka nie jest już w stanie wytrzymać bez spaceru 12h… I uwierzcie mi, że staram nie wzruszać się, nie robić z bloga następnego serwisu, gdzie ludzie wchodzą, klikają i czytają o psich dramatach, ale Tina… Sunia w schronisku zaczęła gasnąć w błyskawicznym tempie. Wolontariuszki zajmujące się nią mówiły, że jeszcze nigdy nie widziały, żeby pies tak szybko poddawał się. Schudła, przestała chodzić, ledwo wstaje. Tina była ogłaszana w gazecie, jest ogłaszana w internecie, ale jak na razie nic. Jak wspomniałam wcześniej, Tina pojechała tymczasowo do hoteliku, bo zupełnie nie radziła sobie w schronisku. Jednak hotelik to rozwiązanie tymczasowe i nie jest to jej dom.

Uważam, że w internecie za mało mówi się o starych psach. Już nawet nie tych ze schronisk, ale po prostu o starych psach. Gdy urodziłam się, w domu był 6-7 letni seter i, można powiedzieć, że wychowałam się ze starym (i ciężko chorym) psem. Z dzieciństwa pamiętam Baszę jak był staruszkiem i może dzięki temu jestem bardziej świadoma co będzie się działo z moja relacją z Berkiem za 10 lat. Nie chodzi o pesymizm i sztuczny tragizm. Nie ma nic dziwnego w tym, że już teraz o tym myślę. Człowieku, jeśli nie możesz POŚWIĘCIĆ psu minimum 10-13 lat to w ogóle nie decyduj się na psa!

Wracając do Tiny. Mam nadzieję, że znajdzie dom w którym będzie czuć się bezpiecznie. I to szybko, bo ta sunia nie ma wiele czasu…

10806489_10152818298744799_2881878147495665877_n

Jak z bicza strzelił

Mam dorosłego psa. Często spotkani na spacerach ludzie patrzą na Berka i od razu pada pytanie czy to młody pies. Od jakiegoś czasu przyłapałam się na tym, że uśmiechając się z rozbawieniem odpowiadam, że nie, bo ma prawie trzy lata… Jutro powiem, że już MA TRZY LATA :). Czy to coś zmieni? Oczywiście, że nie. Berek jest taki jaki jest – impulsywny, radosny, żywiołowy i … wielkogłowy . Pies – szczeniak, ale z mocnym charakterkiem. Czasem nieśmiały, chowa się w trawie i czeka aż napotkany na spacerze psiak przejdzie i da mu spokój. A już za chwilę zaczepia innego kumpla i zaprasza do zabawy. Rozpieszczony psi jedynak, zakochany w kanapie i porach karmienia. Nas też chyba trochę lubi, na psi sposób – taki co raz łamie serce, a raz wydaje się wspaniałym wybawieniem od wszystkiego co złe i ponure na tym świecie.

Berek już z niczego nie wyrośnie. To co ma w głowie, jego pasje miłości i strachy, pewnie już tam zostaną. Z biegiem czasu po prostu będzie mieć coraz miej energii by wyrażać siebie, by aż tyle z siebie dawać każdego dnia. Kiedyś ludzie przestaną pytać czy Berek to młody pies. Jako staruszek będzie łaził powoli, wąchał zapachy i załatwiał swoje sprawy zwiedzając powoli okolicę. W jego psiej głowie nadal będzie się dużo działo i ja będę zawsze o tym pamiętać i dawać mu znać, że jest najwspanialszy. Z czasem, gdy psie lata lecą, to my – ich właściciele – stajemy się dla nich całym światem, bo cała reszta zaczyna być rozmyta i zawodzi…

Wszystkiego najlepszego Psi Ryju ! 😉

Poniżej przegląd moich ulubionych zdjęć Berka.

75981_416722495016303_52681094_n

Berek seter szkocki, Berek seter szkocki

eter szkocki szczeniak

fafledownload (2)

pies śpi w kennelu

download (7)

seter szczeniakseter szkocki

seter seter download (10) seter download (13) pies zimą

seter szkocki seter, pies w błocie seter szkocki, BerekPies Berekseterseterseter szkocki, pies, zima

seter szkocki

422286_10200471138566903_1527315178_n

 

seter szkocki, pies berek

 

seter szkockiseterseterseter nad morzem

 

setery
Z siostrą Coco

994451_767931596562056_2097236794005878211_n

DSC_1088

DSC_1143

Akcja: pies w lampkach choinkowych

Okres przedświąteczny w psim internecie to głównie wpisy z propozycjami prezentów dla psów i ich właścicieli i … zdjęcia psów w lampkach choinkowych.

Zupełnie świadomie postanowiłam nie przygotowywać wpisu o prezentach.*  Moim zdaniem prezent to coś bardzo indywidualnego. Doskonale wiem co przydałoby się mi i Berkowi i nigdy jakoś nie byłam zainspirowana uniwersalnymi listami upominków dla czworonogów czy ich właścicieli.

Dodatkowo przed Gwiazdką internet pełen jest zdjęć psów owiniętych w lampki choinkowe (wystarczy wejść na Pinterest i wpisać „dog christmas”. Pomysł uroczy, ale… co za dużo to niezdrowo. Jednak dekoracje świąteczne są często dość tendencyjne i trudno wyjść poza pewne ramy. W tym roku, kiedy po raz już enty natknęłam się na psa przybranego jak choinka, stwierdziłam, że może i nie mam modnego psa, ale można się pobawić w bycie na topie 🙂 I tak ogłaszam…..

Akcja: PIES W LAMPKACH CHOINKOWYCH
Zapraszam wszystkich moim czytelników do nadsyłania na maila zdjęć swoich psiaków ozdobionych lampkami choinkowymi. Stworzymy na Berkowym facebook’u album pełen słodkich świątecznych zdjęć, które podążają za internetowymi trendami :).
Zdjęcia wysyłajcie na adres: pies.berek@gmail.com

unnamed

*Za to polecam listę z bloga Trend z Seterem. Jest świetna i zdecydowanie inna 😉

A w internetach…

Nie będę udawać, że uwielbiam setery gordony i zachwycam się ich urodą. Jestem też dumna z Berka i zawsze, gdy idę z nim ulicą, albo jestem na spacerze na polach to czuje się po prostu lepiej. W związku z tym czasem chciałabym mieć jakieś seterowe gadżety, żeby móc obnosić się z ta moją miłością do rasy nawet, gdy Berek nie jest ze mną. Jednakże jak do tej pory mam tylko seterowy (podobno jest na nim irland) wisiorek od Miedzianki , który noszę cały czas już od ponad roku. Czasem zaglądam do internetu i szukam jakiś seterowych nowości, ale … no zobaczcie sami ;). Przyznaję, że ja się w tym czasem gubię…

il_570xN.28942559
źródło: https://www.etsy.com/listing/12431453/gordon-setter-dog-custom-painted-powder?ref=sr_gallery_10&ga_search_query=setter+gordon&ga_search_type=all&ga_view_type=gallery
il_570xN.425660748_j94b
źródło: https://www.etsy.com/listing/123113475/gordon-setter-dog-handcrafted-round?ref=sr_gallery_23&ga_search_query=setter+gordon&ga_page=3&ga_search_type=all&ga_view_type=gallery
il_570xN.365760715
źródło: https://www.etsy.com/listing/87253741/gordon-setter-vintage-movie-style-poster?ref=sr_gallery_1&ga_search_query=setter+gordon&ga_page=4&ga_search_type=all&ga_view_type=gallery
il_570xN.379992118_ox1z
źródło: https://www.etsy.com/listing/110793797/gordon-setter-art-print-11-x-14-inch?ref=sr_gallery_7&ga_search_query=setter+gordon&ga_page=6&ga_search_type=all&ga_view_type=gallery
il_570xN.384279130_4fns
źródło:https://www.etsy.com/listing/111982475/gordon-setter-dog-art-print-canvas-fine?ref=shop_home_active_19&ga_search_query=setter
il_570xN.640491931_nbet
źródło: https://www.etsy.com/listing/199965034/gordon-setter-angel-vintage-style?ref=sr_gallery_18&ga_search_query=setter+gordon&ga_page=6&ga_search_type=all&ga_view_type=gallery

 

door-knockers
żródło: http://www.anythingdogs.com/deluxe-dog-knocker-irish-setter.html
GordonSetter
źródło: http://www.mpwoodcarver.com/adultproducts.php?id=68

Znalazłam te rzeczy w parę minut. Potem niestety poddałam się.

 

 

 

 

Dobre wieści – zamarzło błoto

Po niefortunnej przygodzie parę tygodni temu, byłam zmuszona ograniczyć Berkowi spacery do krótkich wyjść za potrzebą i to jeszcze w dodatku na smyczy. Staraliśmy się oszczędzać psią łapę, ale tak czy inaczej gojenie rany przedłużało się. Na szczęście w tym tygodniu nareszcie mogłam zabrać Berka na pola i pozwolić mu biegać luzem. Znów mógł robić to co kocha czyli gonić wiatr, powiewać uszami i opluwać sobie czubek głowy.

Dwa tygodnie bez spacerów bez smyczy były dla nas ciężkie. Mi też bardzo ich brakowało, bo nie ma nic przyjemniejszego od spokojnego spaceru z psem. Psiemu Ryjowi nic się nie stało przez te dwa tygodnie łażenia na smyczy – przebolał to jakoś, mimo iż już ostatnie dni spacerował koło mnie bokiem, bo chciał być grzeczny, nie ciągnąć, ale było mu trudno się opanowywać. Kilka dni temu zatrzymał się koło nas samochód i starszy, przemiły pan zaczął komplementować Barka, że ma tyle energii, jest taki wesoły i idzie jak na sprężynkach… O tak!- szedł jak na sprężynkach. Wyglądał jakby brał udział w jakiś zawodach, chciał zaprezentować całego siebie, pokazać jaki jest nieprawdopodobny. Każdy jego nabuzowany krok w truchciku na smyczy był spektakularny… Bo ledwo powstrzymywał się od biegu :(… Tylko ja wiedziałam skąd bierze się ta Berkowa werwa i wcale mnie to nie cieszyło. Ale musiał przetrzymać, bo przecież było to dla jego dobra. Nie jest to aż takie nieszczęście ;).

Przez te dwa tygodnie bez seterowych spacerów ćwiczyłam z Berkiem klikanie różnych sztuczek. Miałam plan ćwiczyć tyle, żeby po wyleczeniu ranki można było go zapisać do MENSy… Mroziłam smaczki w zabawkach typu Kong. Zabierałam go gdzie mogłam, starałam się jakoś urozmaicić mu czas. Wędrowaliśmy po mieście, ale niedużo, trzeba było oszczędzać łapę. Psi Ryj czasem wędrował bokiem. Co kto lubi, nie? 🙂 Ogólnie jednak mogę stwierdzić, że mam bardzo dzielnego psa, grzecznego i wyrozumiałego. Jest przyzwyczajony do codziennych szaleństw na łąkach, a jednak szybko dostosował się i widziałam, że stara się panować nad sobą.

Ku mojemu zaskoczeniu podczas pierwszego spaceru luzem po polach Berek wcale nie szalał. Biegał jak zwykle, węszył, zaczepiał mnie przynosząc patyk. Zachowywał się tak jak zwykle. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że u Psiego Ryja nie do końca chodzi o samo bieganie, ale o poczucie wolności i niezależności. On po prostu musi czuć, że może biec jeśli tylko o tym zamarzy. Ta myśl go uspokaja i psychicznie relaksuje. Każdy pies tak ma, nie tylko Psi Ryj, nie tylko seter. Najprawdopodobniej nie objawia się to zawsze sprężystym truchtem przy nodze czy chodzeniem na smyczy bokiem. Być może pies, który za mało ma okazji do decydowania o sobie, staje się apatyczny, agresywny, uparty, nie chce współpracować. Jest to zapewne kwestia indywidualna i psiaka i właściciela. Natomiast ja już wiem, że po dwóch tygodniach ciągłego łażenia na sznurku, Berek robi „dog show” na sprężynach.

DSC_1102 DSC_1128 DSC_1126 DSC_1116 DSC_1115 DSC_1095 DSC_1085 DSC_1081 DSC_1082 DSC_1098 DSC_1109

Do trzech razy sztuka

Do trzech razy sztuka, a potem co? Mam nadzieję, że już NIC; że na długi czas wykorzystałam z Berkiem naszego pecha do rozcinania łap i więcej takich „przygód” nie będzie.
W sierpniu Berek rozciął sobie opuszek. Rana była głęboka i goiła się dość długa. Niestety nie udało mi się szybko dotrzeć do weterynarza i nie mogła być szyta. Myślałam wtedy, że trudno – musi tak być, a i tak cud, że biegając jak to Berek potrafi, udawało mu się uniknąc ran łapek jak do tej pory. Potem na przełomie września i października znów Berek skaleczył się w łapę. Tym razem odciął w 3/4 opuszek od nogi (nie mam pojęcia jak to zrobiła, ale gonił jak szalony z psami więc może dlatego). Szczęście w nieszczęściu rana była wysoko na nodze (ten piąty palec) i szybko się goiła bo Berek na tym nie stawał.
A dziś? Berek biegał z psiakami i wyjątkowo szalał. Tylko usłyszałam jak przebiega po jakiś połamanych płytkach od glazury czy terakoty. Potem przybiegł do mnie kuląc tylną nogę z której ciekła krew. Próbowałam zawinąć mu nogę w reklamówkę by nie dostało się tam więcej brudu, ale siatka szybko spadła pod ciężarem krwi. Na spacerze nie miałam przy sobie portfela. Na szczęście dwie przemiłe dziewczyny (jestem Wam bardzo bardzo wdzięczna za pomoc!!) zajęły się nami: podwiozły do weterynarza na Ruczaju i pożyczyły pieniądze na „w razie czego”. Nie wiem co bym bez Nich zrobiła. dzięki pomocy Berek trafił do weterynarza bardzo szybko i mógł mieć szycie rany, co na pewno przyspieszy gojenie. W czasie całego zabiegu miałam czas na sprit do domu po portfel i dokumenty psa.

Okazało się, że rana jest długa i głęboka. Berek dostał głupiego jasia, kroplówkę i miał założonych 6 szwów. Po 2 godzinach wróciłam po niego do przychodni i na szczęście A. podjechał po nas autem i zawiózł do domu. W aucie Psi Ryj jeszcze nie do końca był przytomny i widać było, że już chce znaleźć się w domu i mieć spokój.

Wiem, że Berek potrafi biegać jak szalony, że nie patrzy, rozpędza się do ogromnych prędkości i nie ma czasu na rozglądanie się. Taki jest. Jak spodoba mu się jakiś kompan do zabawy to Psi Ryj szaleje. I nie będę trzymać go na smyczy i zabraniać mu śmigać z kolegami jak mu się podoba, bo po to zwierzę żyje, żeby być szczęśliwe. Boję się tych brudów, śmieci zostawionych przez syfiarzy na polach, w lasach, w parkach – dosłownie wszędzie! Jak można wywalić ciężarówkę połamanych płytek glazury, starych samochodowych wycieraczek, tonę gruzu i stare wyposażenie łazienki, w tym świecący klozet, jak nietknięty??? Czy oni go umyli zanim wywalili na polance?  Ja schylam się po stary bilet autobusowy jeśli wypadnie mi przez przypadek z kieszeni, a celowego wywalenia śmieci nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Wiem, że pies może skaleczyć się o patyk itp, jednak wątpię, żeby patyki były aż tak niebezpieczne… Psy wczoraj szalały – ryje im się śmiały, aż usłyszałyśmy szklano-metaliczny dźwięk, gdy przebiegły po śmieciach, a potem z krzaków wynurzył się Berek pokazując ociekająca krwią ranę :/. Chyba nie patyk…

DSC_1065

 

DSC_1066

10408729_828955630459652_8764123318417606006_n