Po ponad 2 latach życia z Berkiem mogę uznać, że w miarę się rozumiemy. Tak, tak – zgadza się – trochę nam to zajęło, ale za to więź z Berkiem ma solidne podstawy. Także według Berka, co jest niezwykle cenne u takiego psa jak seter gordon. Posiadanie psa to wiele wyrzeczeń, obowiązków i kompromisów. Ale to nasz, człowieka, świadomy wybór i nigdy nie powinniśmy psu dać tego odczuć. Staram się widzieć ile razy Berek idzie na kompromis żyjąc z nami pod jednym dachem. W jego psim świecie koegzystencja z nami to przecież także wyrzeczenia i dostosowanie się do naszych zasad. Staram się to doceniać i nigdy nie zakładać, że to co robi mój pies jest oczywiste, bo dla niego być może, jest to poświęcenie.
Po ponad 2 latach razem wiem co lubi mój pies, wiem kiedy muszę mu pomóc i w jaki sposób poprawić mu humor. Ta wiedza ułatwia nam obojgu życie, bo gdy Berek jest szczęśliwy, ja psychicznie odpoczywam. Natomiast, gdy ja jestem spokojna, Berek od razu to wyczuwa i łapiemy lepszy kontakt. Dostosowałam spacery do Berka, bo mam świadomość jakim jest psem i czego potrzebuje. Nie chcę mu wmawiać, że jest inaczej. Natomiast on zrozumiał, że właśnie „impreza” jest tam gdzie jest jego pani i nie trzeba za dużo kombinować. Może niektórzy powiedzą, że się poddałam, że robię to co chce pies łażąc po polach w błocie zamiast po alejkach w eleganckim parku, ale… to co dostaję w zamian od mojego psa jest bezcenne.
Nawiązując do tytułu posta – mój wymarzony spacer z Berkiem jest trochę dla niego i trochę dla mnie. Berek miałby zapewnione śmiganie po polach, a ja spokój, odpoczynek, cudowne widoki i mojego szczęśliwego psa u boku.
Szkocja – nigdy tam nie byłam i przyznam, że przez długi czas wcale nie znajdowała się na mojej liście krajów do odwiedzenia. Ale od jakiegoś czasu, gdy zdarzają się mi i Berkowi „spacery idealne”, po polach, w spokoju, bez tłumu ludzi często w brzydka pogodę i deszcz, zaczęła mi się marzyć Szkocja.
Ciężko wybrać najpiękniejszą cześć tego kraju, bo każda tak naprawdę urzeka swoją urodą. Zakładając, że nie chcę wspinać się po górach (choć z drugiej strony…), powinnam mieć możliwość stosunkowo łatwego dojazdu, powinnam wybrać się na wschodnie wybrzeża Szkocji. Dodając również, że oczywiście byłby z nami Berek, powinnam darować sobie dłuższy pobyt Edynburgu, albo w Aberdeen i wybrać pieszą wędrówkę wzdłuż wybrzeża. Na wschodzie znajduje się tzn szlak Fife, który jest uwielbiany przez samych Szkotów. Szlak ma około 150km długości i jest podzielony na siedem krótszych odcinków. Swobodnie można zaplanować cały urlop na wędrówkę z plecakiem z jednego miejsca na drugie podążając od początku szlaku w Newport-on-Tay aż do jego końca w North Queensferry. Fife to dużo historii regionalnej i piękna natura. Myślę, że właśnie w taki sposób chciałabym zacząć poznawać Szkocję i z czasem dotrzeć na zachodnie wybrzeża, aż tak daleko jak Knoydart (choć nie wiem, czy to odpowiedni teren dla amatora takiego jak ja).
Szlak Fife ma swoją stronę internetową, gdzie można znaleźć dużo pomocnych informacji: www.fifecoastalpath.co.uk. Warto zajrzeć! 🙂
Parę dni temu skończyłam czterotygodniowy kurs groomingu. Kurs był świetny, gdyż opierał się głównie na zajęciach praktycznych – codziennie, średnio, strzygłam samodzielnie, lub asystowałam w strzyżeniu 3 -4 psów, czasem więcej. Oczywiście taki kurs, mimo iż stosunkowo długi, jest tylko wstępem do sztuki groomingu. Psi fryzjer powinien cały czas rozwijać swoje umiejętności.
Podczas kursu miałam okazje poznać wielu właścicieli psów. Ludzie są różni, podobnie zresztą ich psiaki. Przyznam, że te cztery tygodnie spędzone w salonie groomerskim to była dla mnie niezła szkoła życia. Sama praca groomera jest ciężka fizycznie, wymaga dużo cierpliwości i opanowania. Poza tym, że pracuje się z psami, klientem jest również/głównie (zależy jak i kto na to patrzy) właściciel zwierzaka. Ludzie mają różne podejście do swoich zwierząt, a groomer musi umieć znaleźć wspólny język praktycznie z każdym właścicielem. Wychodzenie z założenia, że moje własne zdanie na temat danego psa, czy jego zachowania czy wychowania jest jedynym słusznym, a inni się mylą, nie pozwoli groomerowi wykonywać swojej pracy. Grooming to opanowanie, samokontrola i wyrozumiałość na poziomie kosmicznym ;).
W czasie mojego kursu leczyliśmy ranę na nodze Berka. Dzięki uprzejmości właściciela salonu groomerskiego, mogłam przyprowadzać Berka do salonu co ułatwiało mi pilnowanie żeby nie lizał gojącej się rany. Niestety zamykanie psa w kennelu w psim kołnierzu to nie jest najlepszy pomysł. Na szczęście Berek świetnie odnalazł się w salonie groomerksim. Już praktycznie po jednym dniu plątania się wszystkim pod nogami załapał co ma robić i … nic nie robił – uspokoił się i zasypiał, gdy ja strzygłam innego psa. Nigdy nie myślałam, że to będzie możliwe. Sądziłam, że w najlepszej sytuacji, będę mogła odizolować Berka od siebie zamykając go w innym pomieszczeniu na czas kiedy ja zajmowałam się innym psem. Nie spodziewałam się, że on wyciszy się do tego stopnia, że zaśnie niedaleko od stołu groomerkiego na którym ja zajmuję się innym psiakiem. Kosmos! Byłam zachwycona zachowaniem mojego psa. Oczywiście pod koniec dnia Berek zaczynał kombinować – podkradał zabawki z półek ze sklepu zoologicznego, który przylegał do salonu, albo zapraszał wszystkie psy klientów do zabawy. Po prostu „berkował” w swoim stylu. Tak czy inaczej nie było problemu żeby w zakładzie wysiedział ze mną ośmio-godzinny dzień pracy. Pomijam już dodatkowo poranne 50 min podróży autobusem , żeby dojechać na miejsce ;).
Jak już wspomniałam, Berek miał niedawno skaleczoną łapę, która goiła się ponad 3 tygodnie. Skaleczenie nie było duże, ale głębokie i konieczne było usunięcie oddartego kawałka opuszka. Ranka musiała nie tylko się zrosnąć, ale zarosnąć. Nogę trzeba było oszczędzać. Berek chodził w opatrunkach, psich butach i unikaliśmy intensywnego biegania. Rekonwalescencja była długa i już nam wszystkim, nie tylko Berkowi, brakowało spacerów po polach. Kiedy wreszcie, po 3 tygodniach, mój A. zabrał Berka na łąki… Pies wrócił wyglądając tak:
Rzepy wyciągaliśmy z psa przez ponad 1,5 godziny. Berek leżał cierpliwie i nie oponował. Chyba rozumiał, że nie poradziłby sobie sam z wyskubaniem tego z futra i musi wytrzymać nasze „iskanie”. A na pewno go ciągnęliśmy i szarpaliśmy walcząc z tą ilością rzep. Ohyda!
Chciałabym w tym miejscu pozwolić sobie na mały apel. Otóż grooming uchodzi za usługę ekskluzywną, skierowaną głównie do właścicieli małych piesków. Osobiście nie zgadzam się z tym, ale rozumiem skąd wynika takie przeświadczenie. Zanim zaczęłam uczęszczać na kurs uważałam podobnie. Oczywiście, że grooming zwykle tyczy się mniejszych psów. Jednakże, niezależnie od tego jakiego mamy psiaka, warto odwiedzić salon groomerski i dowiedzieć się jaka jest tam oferta i w jaki sposób możemy z niej skorzystać. Grooming to także profesjonalne podcinanie pazurów, czyszczenie psich uszu i dbanie o higienę wokół psich oczu (dotyczy to głównie psów długowłosych). Korzystając z usług salonu groomerskiego można ułatwić sobie po prostu życie – jeśli przyzwyczaimy swojego psa do regularnych wizyt w salonie, można będzie go tam bez stresu zostawić na porządne wyczesanie, a w tym czasie coś samemu załatwić na mieście. Wchodzą do groomera nie musimy od razu strzyc psa zmieniając jego wygląd, zaplatać mu warkoczy czy robić kucyka na czubku głowy. Groomer może po prostu profesjonalnie zadbać o psa.
Nareszcie, po wielu rozmowach w sieci, udało nam się poznać osobiście Homera i jego panią. Co tu dużo mówić – spacer był wspaniały: świetne towarzystwo i cudne tereny w Dziekanowie Leśny nad Wisłą pod Warszawą.
Berek i Homer są w podobnym wieku i mają podobny temperament. Z „panią Homerkową” przegadałyśmy o naszych psach prawie dwie godziny i doszłyśmy do wniosku, że nasze czworonogi są bardzo do siebie podobne z charakteru. Podobnie również zachowują się w stosunku do innych psów i ludzi. Podobieństwo jest tak duże, że aż obie byłyśmy tym zaskoczone.
A co na to Homer i Berek? Chłopaki przez większość spaceru udawali, że się nie widzą, ale też nie oddalali się od siebie celowo. Każdy miał tego drugiego na oku gotowy pobiec w jego kierunku i sprawdzić co nowego wywęszył. Nieśmiało poganiali ze sobą przy niewielkiej sadzawce, ale jakoś beż przekonania. Natomiast pod koniec spaceru zaczęło się prawdziwe, seterze szaleństwo – biegali jak szaleni po plaży nad jeziorkiem, wskakiwali do wody, podgryzali sobie uszy. Było na co popatrzeć, bo mimo, iż oba psy były brudne i zaślinione, to nadal uważam, że psie szczęście to najpiękniejszy widok. A to szczęście aż z nich kipiało:). popatrzcie na te dwa wspaniałe cudaki ! 🙂
Kliker odmienił moje życie. Nie, nie – nie przesadzam. Dzięki metodzie klikerowej udało mi się porozumieć z moim psem. Ale od początku.
Czym jest kliker?
Kliker to małe urządzenie, które przy naciśnięciu wydaje charakterystyczny dzięki-kliknięcie. Metoda szkolenia zwierząt oparta w której wykorzystuje się kliker polega na dźwiękowym wzmocnieniu pozytywnym, odnoszącym się do warunkowania instrumentalnego. Warunkowanie instrumentalne to nic innego jak uzależnienie jednej czynności od wykonania innej czynności. I w tej metodzie chodzi o to żeby pies chciał usłyszeć kliknięcie. A dopiero kliknięcie klikera będzie warunkowało nagrodę. Kliknięcie staje się sposobem w jaki człowiek może porozumieć się z psem. Odpowiednie uwarunkowanie dźwięku klikera sprawi, że pies będzie chciał go usłyszeć.
Ćwiczenie z psem klikerem to wspaniała przygoda. Pies musi sam wymyślić o co nam chodzi, gdy w żaden sposób nie komunikujemy się z nim werbalnie. Jest to także ciekawe dla naszych czworonogów, bo uczą się nas i dzięki kliknięciom, są w stanie wyłapać o co nam chodzi. Jest to bardzo jasny komunikat dla psa, że właśnie zrobił coś prawidłowo. Zwierzak musi sam wyłapać co spowodowało pojawienie się charakterystycznego kliknięcia (czyli czegoś co dobrze kojarzy się naszemu psu).
Jak to działa?
1. Klikamy dokładnie w momencie kiedy pies wykonuje czynność o którą nam chodzi – czyli musimy dokładnie wiedzieć co chcemy wypracować i pracować szybko.
2. Najpierw kliknięcie, a potem nagroda.
3. Praca z klikerem jest dynamiczna. Klikamy szybko, gdyż najważniejszy jest moment kliknięcia, a nie podanie nagrody. Pamiętajmy, że z czasem pies będzie pracował bo będzie bardzo chciał usłyszeć kliknięcie, kojarzące mu się z nagrodą (nagrodą przecież wcale nie musi być smaczek).
4. Pracujemy klikerem w krótkich, paro-minutowych sesjach.
5. Na początku nie wydajemy żadnych komend. Porozumiewamy się z psem tylko za pomocą kliknięć. Komendy wprowadzamy później, gdy pies opanuje komendę. Wprowadzamy komendę słowną, gdy pies wykonuje już dana czynność na kliker. Jednakże komendę słowną także warunkujemy, czyli uczymy psa, że do czynności którą już ma opanowaną dochodzi kolejny uwarunkowany kliknięciem czynnik, czyli słowo: zaczynamy klikać dopiero, gdy pies wykona dana rzecz po naszej komendzie.
A jak to było u nas?
Sięgnęłam po kliker w akcie desperacji. Zaniedbałam uczenie psa samokontroli i, gdy mój niezwykle żywiołowy seter dorósł, zaczęło być ciężko. Ciężko praktycznie wszędzie, przy przeróżnych czynnościach. Z racji tego, że Berek jest sporym psem, przestawałam radzić sobie z nim fizycznie. Pomijam już, że jego rozbrykanie wykańczało mnie również psychicznie. Podróże autobusem były gehenną. Spotkanie z behawiorystką w niczym za bardzo nie pomogło. Natomiast ja miotałam się pomiędzy przeróżnymi teoriami, które rzekomo miały wyjaśnić zachowanie mojego psa i pomóc mi znaleźć powód jego nieprawdopodobnej ekscytacji w autobusie. Nie poddawałam się i walczyłam dalej. Z moich obserwacji wywnioskowałam tylko jedno – Berek nie wie co ze sobą zrobić w autobusie, natomiast doskonale wie co będzie robić jak wreszcie z niego wysiądzie. Z takim stanem umysłu mój zadaniowy, pracujący pies nie był w stanie się uspokoić. Co ciekawe, motywowanie i zajmowanie Berka samymi smakołykami nie sprawdza się, co zresztą jest częste u seterów. I wtedy, gdy ja już byłam bliska załamania, a Berek wariował w komunikacji miejskiej i też nie wyglądał na szczęśliwego – sięgnęłam po kliker.
źródło: merlin.pl
Nasze szkolenie
Daleko mi do klikerowego eksperta. Nadal uczę się co może mi zaoferować klikerowe szkolenie. Za wstęp do klikania z psem posłużyła mi książka, która od dawna jest bardzo istotną lektura dla świadomych psiarzy: Kliker – skuteczne szkolenie psa autorstwa Karen Pryor i wydane nakładem wydawnictwa Galaktyka. Do książki dołączona jest płyta DVD z ćwiczeniami (84min.) Książkę polecam, bo jest przystępnie napisana i może być bardzo inspirująca dla osób, które nadal nie są przekonane co do klikera i wątpią czy uda im się opanować podstawy klikania.
Z Berkiem zaczęłam od ćwiczenia samokontroli przy wychodzeniu i wracaniu ze spaceru. Zaopatrzona w smakołyki i kliker, w spacerowym rynsztunku, który jednoznacznie kojarzy się mojemu psu z super imprezą, siedziałam na klatce schodowej i czekałam aż Berek się położy. Wtedy szybkie „klik” i nagroda. Z czasem zaczynałam klikać z opóźnieniem – przez to zmusiłam Berka do dłuższego leżenia. Ćwiczeniem tym uwarunkowałam kliker – Berek sam wymyślił, że ma położyć się, aby usłyszeć kliknięcie i potem dostać nagrodę.
Następnie, już uwarunkowany kliker, wprowadziłam w autobusie: kiedy Berek kładł się – natychmiast klikałam. Potem przedłużałam moment pomiędzy kliknięciami, żeby zmotywować Berka do dłuższego pozostania bez ruchu. Teraz klikam mniej więcej co przystanek.
Berek w autobusie nie jest zrelaksowany, nie zasypia, nie wyłącza się. Jednakże dzięki klikerowi, mój pies przestał się kręcić, szarpać i miotać. Berkowe leżenie w autobusie jest czynnością wykluczającą – tzn że Berek robi coś co wyklucza robienie czegoś innego, czyli kręcenie się w autobusie. Berek leżąć w autobusie cały czas „pracuje” – czyli wykonuje konkretną komendę. Jest to także istotne dla psów, które wydaja się zagubione w niektórych sytuacjach – kliker pozwala im skupić się na czymś konkretnym i wyłączyć na te rzeczy które je przytłaczają. Przykład? Berek nie lubi zamieszania i tłumu na ulicy. Jeśli idziemy z klikerem, mój psiak koncentruje się na mnie i na klikerze i zapomina o tym co dzieje sie naokoło. Oczywiście nie zawsze to nam wychodzi-zależy to też od jego i mojego nastawienia i nastroju. Obecnie za pomocą klikera ćwiczymy przeróżne rzeczy. Coraz lepiej wychodzi nam chodzenie na luźnej smyczy, co było (i trochę nadal jest) nasza zmorą. Regularnie ćwiczymy także przeróżne sztuczki, które rozwijają koncentrację Berka i wzmacniają samokontrolę (no. Berek potrafi nie ruszyć kiełbasy położonej na jego stopach :)… ). Istotne dla mnie są także ćwiczenia, które robimy przy okazji karmienia Berka. Pisałam już wcześniej, że miałam z Berkiem problem jeśli chodzi o jego zachowanie przy misce. Dzięki klikerowi obecnie jestem w stanie posadzić Berka w salonie, daję mu komendę „zostań!”, stawiam miskę z jedzeniem w przedpokoju, wracam do Berka, obchodzę go dookoła, robię komendę „łapa”, po czym klikam „weź” i Berek dopiero idzie do miski. Chciałabym tutaj zaznaczyć, że w misce jest surowe mięso, a nie sucha karma… ;).
Oczywiście nie zawsze jest aż tak różowo i wspaniale. Berek ma dni, kiedy ćwiczyć nie chce, jazda autobusem znów okazuje się walką (Berek ma problem ze skupieniem się, gdy jest tłoczno), a klikanie nie jest dla niego dostatecznie interesujące. Dodatkowo, zdaję sobie sprawę, że muszę jeszcze dużo dowiedzieć się o samym metodzie szkolenia klikerem, aby urozmaicać polecenia i zarazem rozwijać umiejętności Berka. Mój wpis nie jest przewodnikiem po metodzie szkolenia klikerem. Chciałam Was jednak nią zainteresować i pokazać, że warto zagłębić się w ten temat.
I jeszcze na koniec kilka słów o naszych klikerach:
Kliker ze zdjęcia poniżej kupiłam ponad dwa lata temu w jakimś sklepie internetowym, niestety nie pamiętam w jakim. Cena była przeciętna, około 10zł. Spisuje się super, choć kliknięcia są, moim zdaniem, za ciche.
Ponieważ klikera używam obecnie bardzo intensywnie, postanowiłam kupić sobie zapasowy. Wybrałam taki jak na zdjęciu poniżej. Niestety zepsuł się po tygodniu – wypadł mu plastykowy guziczek do klikania. Kliker jest stosunkowo drogi – kosztuje od 15 do 18 zł, zależy w jakim sklepie. W zestawie jest spężynowa bransoletka i tasiemka.
Kolejny kliker jaki kupiłam to był już ten najzwyklejszy, najprostszy i najtańszy. Niestety nie podoba mi się, bo dość ciężko się nim klika. Na kliker idealny będę nadal polować.
Oprócz psów i kierunku który studiowałam/studiuję, kocham kawę. Uwielbiam odkrywać jej różne smaki, po prostu rozbudza moją żądzę wiedzy ;). W związku z tym w sobotę pomiędzy spacerem z Berkiem, a weekendowymi zakupami na bazarku, wpadliśmy z rana na Targ Śniadaniowy żeby odwiedzić stoisko mojej ukochanej kawiarni Tektura. Tektura serwuje rewelacyjną kawę parzoną metodami alternatywnymi i odwiedzam to miejsce kiedy tylko mam okazję.
Targ Śniadaniowy* odbywa się w soboty Parku Krakowskim, niedaleko Placu Inwalidów. Natomiast w niedzielę gości w Parku Ratuszowym w Nowej Hucie. Targ tylko z nazwy jest „śniadaniowy” – trwa bowiem od około 8.00 do 16.00. Na Targu były przygotowane różne atrakcje dla najmłodszych. Natomiast w parku jest mnóstwo miejsca, gdzie można spokojnie rozłożyć się na kocu i cieszyć słońcem. Psy oczywiście też są mile widziane. Wydaje mi się, że z łatwością można tam spędzić większość weekendu podjadając przeróżne smakołyki kupione na stoiskach.
My podjechaliśmy tam wracając z Berkiem z pól. Oczywiście nasz artysta wykąpał się w gnijącym bajorze i cuchną na odległość. Ale co zrobić, gdy zachce się kawy? 😉 Od razu polecieliśmy w stronę stoiska Tektury. Okazało się, że mają w sprzedaży nowość czyli zabutelkowane Cold Brew robione na cascarze, z miodem, cytryna i innymi dodatkami. Poezja! Dawno nie piłam czegoś tak rewelacyjnego i odświeżającego!
* Targ odbywa się także w innych miastach: w Warszawie, Poznaniu, Sopocie i Gdańsku.
Ostatnio nareszcie zaczęto mówić o losie wiejskich psów. O tym, że traktowane są przedmiotowo, przywiązane często do bud, zapomniane, zaniedbane i pomiatane. Dyskusja pojawia się w mediach, wśród dość zamkniętego kręgu psiarzy. Niestety nie sądzę aby los psów na wsi szybko zmienił się na lepsze. Na to na pewno potrzeba jeszcze dużo czasu.
Pojawia się także psia dyskusja wśród mieszkańców miast. Coraz więcej inicjatyw mających na celu wprowadzenie psa w środowisko miejskie powoli wpływa na to jak psy i ich właściciele postrzegają swoje prawa i obowiązki w miastach. Jest to temat fascynujący, a debata szybko rozkwita.
Ale co z psami podmiejskimi? Odnoszę wrażenie, że jest to grupa czworonogów o których my, psiarze, zapomnieliśmy. Czy mają swojego adwokata w debacie publicznej? Chyba nie.
Pies podmiejski, mieszkający w domu z ogrodem. Czasem ma prawo wejść do domu, czasem mieszka w pięknej budzie, lub boksie i dom opiekuna to teren dla psa niedostępny. Taki psiak kontakt z człowiekiem ma sporadyczny, najczęściej, gdy opiekun wynosi mu jedzenie, albo wychodzi lub wraca do domu. A i tak często w takich momentach psy są oddzielane od opiekuna, aby nie uciekły przy otwieraniu bramy, lub nie wskoczyły do domu. Zawsze sam, zawsze blisko, ale jednak za daleko od właściciela…
A one chcą się wydostać… Ogród nie jest atrakcją dla psa. To zwykłe przedłużenie budy, gdzie śpi. Pies nie wie co jest za ogrodzeniem, ale czuje niepokój, że prawo odkrywania i poznawania nowych terenów jest mu odebrane. Trzeba pamiętać, że pies zna tylko to co pokaże mu opiekun. Psiak mieszkający całe życie za ogrodzeniem, w pięknym ogrodzie przy jeszcze piękniejszej willi, nie rozumie co to spacer, co nie oznacza, że mu nie brakuje wrażeń jakie podczas spaceru lub kontaktu z człowiekiem mógłby otrzymać.
W Polsce panuje przeświadczenie, że dom z ogrodem to raj dla psa. Pogląd, że ogród i płot wzdłuż którego pies może sobie polatać i poszczekać to pełnia szczęścia, jest bardo krzywdzący. Każdemu psu jest potrzebny kontakt z człowiekiem. To właśnie opiekun ma obowiązek stymulować psa do działania, zajmować się jego rozwojem psychicznym i intelektualnym. Nie trzeba być od razu idealnym, wszystko-wiedzącym trenerem psów, żeby zapewnić zwierzęciu dobry dom. Trzeba się po prostu starać. I to starać się przez całe psie życie.
Zawsze mnie ciekawiło, po co ludziom pies jeśli trzymają go cały czas tylko w ogrodzie, nigdy nic z nimi nie robią, nie zabierają na spacery, nie bawią się. Na serio – po co? Do ozdoby? Dla zasady, że jak jest dom z ogrodem to ma w tym ogrodzie być pies? Te psy wiodą bardzo samotne życie, bez nadziei na jego odmianę.
Czy jest coś co można zrobić, żeby ograniczyć liczbę psów samotnie tkwiących w wielkich ogrodach przy wielkich willach, bez człowieka, bez spacerów? Być może hodowcy powinni zwracać większą uwagę na to komu sprzedają szczeniaka i co nowi opiekunowie są w stanie zaoferować zwierzakowi? A co z mieszańcami? Być może warto mówić o tym, że pies nie jest naszym sługą. Pies nic nie jest nam winien, a wręcz odwrotnie – to my, jego opiekunowie, jesteśmy zobowiązani poświęcić się psu. Jeśli ktoś nie chce tego robić- może kupić sobie plastykowe zwierzątko i przyozdobić willę stadkiem plastykowych flamingów, krową, albo sztucznym pieskiem. Takie będą grzecznie stać w ogrodzie i zawsze ciekawie wyglądać…
Wiadomo, że nie ma nic wspanialszego dla psa niż możliwość schłodzenia się w upalny dzień w chłodnej wodzie. Berek praktykuje również kąpiele błotne, praktycznie niezależnie od pogody. Uważam, że mój pies czerpie przyjemność nie z ochłody jaką oferuje błocko, ale z samego faktu moczenie w nim psiego kupra. Na szczęście nie samym błotem pies żyje – są jeszcze leśno-polne bajorka. I dzisiaj będzie trochę o nich, a także o naszych nowych znajomych 🙂
Magdę i Tahira poznałam niedawno. Dziś udało nam się wreszcie spotkać na poranny długi spacer po polach. Jako stała bywalczyni pychowickich pól postanowiłam oczywiście pokazać ich największy walor czyli bajorka. Ku mojemu zaskoczeniu nie tylko Tahir był nimi zachwycony… Magda niby nie wskoczyła w błoto dla ochłody ale jako wzorowa psiara widząc radość swojego czworonoga od razu zaczęła zachwycać się bajorami.
Psy raczej nie ganiały się, ani nie bawiły, choć Berek w pewnym momencie dostał głupawki i zaczął zaczepiać Tahira zapraszając do wspólnych szaleństw. Niestety nie udało się. Między Tahirem a Berkiem pojawiła się kumpelska nić porozumienia pozwalająca każdemu z nich zajmować się swoimi sprawami, albo pilnować co robi ten drugi. Biegały dwie godziny bez żadnych konfliktowych sytuacji. Osobiście byłam zachwycona, bo nawet wspólna podróż autobusem czy spacer wzdłuż ulicy na smyczach nie był w ogóle żadnym problemem dla naszych psów.
Niestety ciężko było zrobić psom statyczne zdjęcie – Berek był cały czas Berkiem, a Tahir zajmował się tropieniem. Ale udało się uwiecznić kąpiele w bajorkach. Na tych błotnych zdjęciach nie widać do końca jak piękny jest Tahir – ma nieprawdopodobną czekoladową barwę i orzechowe oczy. I co najważniejsze – ma super charakterek, bo to indywidualista z pasją :).
Ostatni weekend spędziliśmy w Warszawie. I dzięki temu nareszcie Berek miał okazję poznać piękną, rudą T. – seterką irlandzką. Blog T. śledzę z wielką uwagą właściwie od samego początku jego powstania. T. to młodziutka, czternasto-miesięczna, niezwykle wesoła sunia. Jej niezwykły entuzjazm, energia i żywiołowość to najwspanialsza definicja tego jaki jest seter. Przyznaję, że jestem T. oczarowana! 🙂
Dominika, opiekunka T. zasugerowała spotkanie na Polu Mokotowskim. Mimo iż z domu moich rodziców, gdzie pomieszkujemy w czasie weekendów, to niezły kawałek, ale czego to się nie zrobi dla widoku dwóch szalejących we wspólnej zabawie seterów. Umówiłyśmy się na 8.00, zanim trawniki przykryją miejscy plażowicze. Pole Mokotowskie to wspaniałe miejsce do aktywnego spędzania czasu – obawiałam się dużej ilości rowerzystów i rolkarzy, ale… ku mojemu zaskoczeniu Berek zupełnie nie zwracał na nich uwagi.
Jak już wiele razy wspominałam, Berek nie jest miejskim psem. Nie chodzimy na spacery do parków, a Berek nie rozumie na jakich zasadach oparte jest funkcjonowanie takich miejsc. Zwykle śmigamy po pustych polach i właśnie tam Berek otwiera się i szaleje. W polu mój pies po prostu wie co robić, wie jak wyszukać sobie zajęcie, a otwarta pusta przestrzeń dodaje mu skrzydeł. Miejski park? Wyraźnie uznał, że lepiej trzymać się blisko mnie i w razie czego liczyć na moje wsparcie. Zresztą zauważyłyśmy z Dominiką, że nasze oba psy zachowują się podobnie w nowym miejscu spacerowym – są spokojniejsze i zostają blisko człowieka. To chyba naturalne dla każdego psa. Berek próbował powoli zaobserwować co dzieje się na Polu Mokotowskim i czym można się zająć. Szybko znalazł sobie odpowiednie zajęcia 😉 …
Tak więc było BIEGANIE – setery uwielbiają gonitwy. Ich żywioł do wiatr . Uważam zresztą, że mają długie uszy tylko po to by mogły łopotać na wietrze, gdy seter dziko galopuje. T. biegała dla samej radości biegania. Berek nawet parę razy postanowił do niej dołączyć. Wielki patyk to gadżet używany chyba tylko dla zmylenia obserwatorów – niby gonią się, żeby odzyskać drąg, ale tak naprawdę gonią się, bo bieg jest radością.
Była WODA – Berek uwielbia taplać się w błocie. Co do wody to nie jest to takie oczywiste. Jak już wejdzie, to nie ma problemu, lecz bywa, że waha się przy pierwszym zanurzeniu. Tym razem poszło w miarę szybko, bo w wodzie siedziała T. , kaczki pływały niedaleko i był upał więc chciał się ochłodzić. Berek raz popłynął. Jednak przez resztę czasu tylko brodził. I wyglądał na trochę zagubionego, bo dno takie równe, woda czysta… Takie nie-wiadomo-co i do czego ta fontanna 😀
Były też momenty seterzej REFLEKSJI czyli tzn „ZAWIESZKA”. Berek tak miewa, że czasem szczęścia psa obezwładni i trzeba sobie przysiąść na tym psim zadzie i poczekać na jakąś konkretną myśl i następny bodziec do szaleńczej gonitwy. Berek usiadł na górce i patrzył na hasanie T. Za chwilkę zobaczyłyśmy jak T. przystanęła na sekundę – chyba się dziewczynie już zaczęło kręcić w głowie do tego hopsania 🙂
Były też SPOTKANIA Z INNYMI PSAMI. Pierwszy raz widziałam na żywo hiszpańskiego psa wodnego. Od właściciela suni dowiedziałyśmy się, że psiak został niedawno ostrzyżony dlatego kędziorki są stosunkowo krótkie. Sunia zajmowała się cały czas swoją piłeczką. Berek był wyjątkowo nią zainteresowany i zapraszał sunię do zabawy.
Był też uroczy miks spaniela, który, podobnie jak T. i Berek był zainteresowany gonitwami.
hiszpański pies wodny
Spacer był wspaniały! Świetnie się bawiłam obserwując zabawę psów, a rozmowa z Dominiką była istnym relaksem. Wymieniłyśmy się naszymi doświadczeniami, a ja powspominałam szczenięce lata Berka. W końcu mogłam głośno powiedzieć, jakie błędy popełniłam wychowując Berka i zobaczyć tą iskierkę zrozumienia w oku właściciela innego setera :). T. jest psem przepięknym i niezwykle wesołym. Samo przebywanie w jej towarzystwie poprawia humor. Mam nadzieje, że spotkamy się znów i to niebawem. Bardzo dziękuję Dominice i T. za wspólny spacer i do zobaczenia ! 🙂
Książka zainteresowała mnie ponieważ autorka posiadała i opisywała wychowanie swojej seterki angielskiej. Poza tym, książka jak książka – nie zrobiła na mnie wrażenia. Ale czemu? *
źródło: merlin.pl obecna cena – obniżka z 35zł na 26,99zł
Pani Jolanta Antas jest pani profesor na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego i zajmuje się teorią komunikacji. Jest też psiarą. Jak napisała, psy towarzyszyły jej w życiu od zawsze, ale świadomym ich opiekunem nauczyła się mając dopiero wyżlicę Fanę Mzuri (w Języku Suahili znaczy to „jaka piękna !) Jej kolejne psy to seterka Chmurka, i goldenka Fraszka. W książce jest wiele anegdot dotyczących innych psów, które autorka spotkała podczas spacerów, lub historie którymi dzielili się z nią znajomi psiarze. Nie wiem czemu wszystkie one dotyczą psów rasowych. Im dłużej je czytałam tym bardziej wydawał mi się taki zbieg okoliczności zupełnie absurdalny…
Książka to stosunkowo luźno napisana opowieść autorki o tym jak sama szkoliła swoje psy, wychowywała je na swoich towarzyszy. Wydaje się, że pani Antas postanowiła pokazać, że w relacji człowieka z psem bardzo ważny jest szacunek dla zwierzęcia. Opiekun nie powinien naruszać godności psa, uczłowieczać go, wymagać rzeczy dla zwierzęcia niejasnych. I tu z autorką zgadzam się w stu procentach. Są jednak fragmenty książki pani profesor które bardzo mnie zaskoczyły.
W książce znajdziemy porady jak nauczyć psa podstawowych komend i dlaczego powinniśmy nad tym z naszymi czworonogami pracować. Pani Antas opisuje na jakich zasadach ona i jej psy funkcjonowały w środowisku miejskim (tu mowa o Krakowie), jak je socjalizowała i z nimi pracowała, żeby ułatwić sobie i im życie. Opisuje swoje spacery, wakacje, przygodę z wystawami psów rasowych na które przez chwilę uczęszczała z Chmurką. Pani Antas wspomniała o osiedlowym Psim Klubie, który założyli nowohuccy psiarze i który znacznie pomógł autorce w socjalizacji swoich kolejnych psów. W książce jest też wiele krytyki odnoszącej się do miejskiego, społecznego braku akceptacji dla obecności psa w miejscach publicznych.
Niestety wiele jej teorii jest opartych na zasadzie dominacji nad psem. Wiele poglądów wypowiada w dość kategoryczny sposób, który mnie zaskoczył, bo, co jak co, nie wydaje mi się, że Antas jest ekspertem w behawiorystyce. Osobiście zabrakło mi wyjaśnienia co psy motywuje, bo bez tego nie widzę i nie rozumiem jak można psa czegoś nauczyć i to od psa wyegzekwować.
Z ogromnym zainteresowaniem czytałam fragmenty dotyczące seterki angielskiej. Zachowanie tego psiak ten był dla Antas niemałym zaskoczeniem, gdyż wcześniej miała okazje pracować z karną Fana Mzuri. Spodobało mi się coś o czym pani Antas wspomina przy okazji opisywanie setera – że ten pies nie rozumie konceptu kary. Zmusiło to autorkę do zwrócenia się w stronę metod pozytywnego wzmocnienia – czyli jedynego sposobu dotarcia do setera. Jestem pewna, że Chmurka była świetnie ułożonym psem. Na jej przykładzie pani Antas opisała psią wrażliwość, umiejętność odczytywania przez psy ludzkich emocji. Jednakże znalazłam dwie zaskakujące informacje, gdzie jedna – jestem pewna – jest błędem, natomiast druga – mam nadzieję, że też nim jest. Otóż na stronie 100 książki pani profesor jest fragment: „Psy na tych spacerach szalały. Seter to pies, który na spacerze potrafi oddalić się od swojego opiekuna nawet na dwadzieścia metrów – on węszy, poluje i tropi”. Na dwadzieścia metrów ?!?!?!?! Mam nadzieję, że to zwykłe przejęzyczenie, błąd redakcyjny, bo jeśli nie to powinnam lekturę tej książki kategorycznie skończyć na tej stronie … Założyłam, że pani Antas miała na myśli dwieście metrów i czytałam dalej. Nie dało mi to jednak spokoju.
Kolejny fragment, który mnie zaskoczył, a raczej rozśmieszył, to stwierdzenie, że wyraz „fąfel” to psi policzek… Nic mi o tym nie wiadomo, ale na polonistyce nie pracuję, więc może się mylę co do definicji takich pojęć jak „fąfel” i „fafel”.
Cieszę się, że przeczytałam „Rozmowy z psem”, bo lektura każdej książki potrafi wzbogacić. Książkę polecam psiarzom, jako punkt zaczepny do dalszej debaty, ale nie przewodnik.
* Okazało sie, że moją recenzje przeczytała sama autorka książki i napisała do mnie maila z osobistymi przemyśleniami. Jestem bardzo wdzięczna za jej uwagi i żywą reakcję na moją recenzję. Autorka pragnie zaznaczyć, że w jej książce najważniejszy jest jej osobisty aspekt, który mi rzekomo umknął podczas lektury. Zgadzam się, że „Rozmowy z Psem” to bardzo osobista książka. Bardzo to doceniam i szczerze podziwiam autorkę za odwagę. Na pewno jest to godne uwagi podczas lektury.
W lato jest to jedna z naszych codziennych tras. Spacer nie jest długi, bo w jedną stronę to tylko około 3 km, ale pies ma możliwość pobiegać. Ja natomiast dodatkowo cenię fakt, iż na tej trasie spacerowej mam również okazję poćwiczyć z Berkiem grzeczne chodzenie na smyczy i relaksowanie się przy ujadających przez płot psach. A na koniec? Zabawa na plaży 🙂
Kiedy warto?
Oficjalnie do zalewu w Kryspinowie psy wchodzić nie mogą. Podobno jednak bardzo dużo właścicieli czworonogów zjawia się tam wieczorami ze swoimi psiakami. Z Berkiem chodzę na długi spacer zwykle wczesnym rankiem, więc spotykam tylko „zestaw psiarzy porannych”. Od właściciela pięknego retrievera, który bywa tam niemal codziennie, dowiedziałam się, że wczesnym rankiem i wieczorem można wejść nad zalew nie płacąc, bo „bramkarze” zjawiają się na swoich stanowiskach trochę później w ciągu dnia.
Zwykle do Kryspinowa docieram z Berkiem po 7.00, co jest dobrą porą, szczególnie w upalne letnie dni. Pies ma okazje schłodzić się w zalewie, a na plaży nie ma jeszcze nikogo. Kryspinów jest oblegany przez mieszkańców Krakowa, więc wybierając się tam z psem warto brać pod uwagę innych użytkowników plaży.
Na mapce powyżej pozaznaczałam kolorowymi punktami miejsca które znajdują się na zdjęcia w tym wpisie. Być może taka mapka przyda się tym osobom, które chcą zorientować się jak wygląda dany fragment proponowanej trasy.
punkt NIEBIESKIpunkt ZIELONYpunkt BRĄZOWYpunkt RÓŻOWYpunkt ŻÓŁTY
punkt CZARNY
A na koniec filmik , gdzie udało mi się uchwycić jak Berek okłada pole…. no może nie pole, ale raczej polankę koło naszego domu (okolice niebieskiego punktu na mapce). Piękny widok! 🙂