Basza

Kiedyś wspominałam już wszystkie zwierzaki jakie przewinęły się przez moje życie: https://piesberek.wordpress.com/2012/05/28/jestem-kociara-psiara/   Nie było ich aż tak wiele, ale wszystkie, bez wyjątku były i są wyjątkowe. Dzisiaj, w czasie odwiedzin u rodziców, zanurkowałam w pudło ze starymi zdjęciami. Wydaje się, że takie pudła nie mają dna !! Teraz trzymamy wszystkie zdjęcia na komputerze, lub na płytach – nic się nie kurzy i nie wala po domu… Ale jakoś te zdjęcia oglądane na ekranie nie potrafią tak rozśmieszyć jak te „papierowe”… Jakoś zawsze brak cierpliwości na oglądanie zdjęć na ekranie komputera.

Dzisiaj udało mi się dogrzebać do paru naprawdę archiwalnych fotosów :). Na początek zdjęcie mojego Taty z Baszą – seterem szkockim, którego mieli moi rodzice, jeszcze zanim się urodziłam. Basza był ukochanym psem moich rodziców, a dla mnie był … po prostu był i jako dziecko nie istniał dla mnie świat bez niego. Trochę niewyraźne…

Dla mnie Basza był najpiękniejszym psem na świecie 🙂

Urodziłam się jak Basza już mieszkał z moimi rodzicami. Dla mnie ten pies był „od zawsze”. Dzieci wszystko postrzegają i uznają za dane i nie zastanawiają się nad alternatywami do tego co ich otacza. Dla mnie wielki, czarny, kudłaty pies był elementem mojego świata. Na tym świecie wszystko się opierało, wszystko się zaczynało i kończyło. Pewnie dlatego jak odszedł jak miałam osiem lat to, jako mała Ewa, zamknęłam w swojej głowie rozdział pt. „Basza” i nigdy, ale to przenigdy, nie porównałam żadnego psa do Baszy, nigdy nie pomyślałam o czymś w kwestii „bo Basza to….”. On był i zawsze będzie dla mnie niezastąpiony, a życie bez niego musiało być już inne. Nieczęsto mówię o takich rzeczach, bo jest mi trudno. Byłam małym brzdącem i niewiele rozumiałam z tego co się wokół mnie działo.  Ale wiedziałam, że cokolwiek się działo to zawsze był tam gdzieś w okolicy Basza. I to było coś co taki mały dzieciak wie, ale nie do końca jeszcze rozumie. Nie musi….

Jak sarenka

Ostatnio przeglądałam fotki Berka i natknęłam się na te z jakiejś „sesji” weekendowej. Jest pare zdjęć ze spaceru, ale nic secjalnego, jest też ta fotka:

Berusław ma relax 🙂

Wygląda troche pokracznie z tym małpim ogonem, nie? 🙂 I jeszcze mu się fafel zawinął…. Cudak mój 😀

Wypad na Mazury

Ostatni weekend spędziliśmy na Mazurach. To były superowe dwa dni, ale zdecydowanie za krótkie :(. Oj, nie chcieliśmy wracać do domu!

Wyjazd był dość spontaniczny: zwieliśmy pierwszy lepszy nocleg, który wyglądał OK na zdjęciach w ofercie w internecie i gdzie akceptowano nasz pobyt z psem. Chcieliśmy by było stosunkowo niedaleko Warszawy i z łatwym dostępem do jakiegoś jeziorka, ale bez tłumu ludzi. Nie było czasu na większe planowanie. Szczęśliwie udało nam się znaleźć bardzo sympatyczne miejsce, w Warchałach, około 13 km od Szczytna, w gminie Jedwabno. Postanowiliśmy wynająć domek letniskowy, z ogrodzonym terenem, na obrzeżu lasu. Okolica Szczytna jest naprawdę przepiękna; zakochiwałam się w widokach dosłownie co chwilka :).

A Berek? Berek zakochał się w wodzie :). Myślę, że psiak jest już dostatecznie duży i pewny siebie by naprawdę cieszyć się z pluskania w jeziorze. Wyraźnie ciągnęło go do wody. Czasem miałam wrażenie, że z tej wody wystaje uśmiechnięta w Disney’owski sposób psia morda :). Berek dzielnie wbiegał do wody i dopływał do wrzucanych przez nas patyków. Wybiegał z jeziora galopem, wpadał na nas i prosił by wrzucać mu znów patyk do wody. Bał się jednak wskakiwać z pomostu, choć wydaje mi się, że gdybyśmy spędzili nad wodą jeszcze z jeden dzień to by fruwał z pomostu do wody z rozbiegu 🙂

Bawiliśmy się wspaniale, a odpoczynek wieczorem był jak najbardziej zasłużony i naprawdę słodki. Planujemy w te wakacje jeszcze parę takich wypadów, jeśli tylko czas i finanse nam pozwolą.

Fasolka

Zawsze, gdy jadę w odwiedziny do Rodziców to Berek chyba ładuje akumulatorki w jakiś specjalny, jemu tylko wiadomy sposób, bo szaleje jak dziki. Doszło do tego, że Rodzice na wieść, że znów odwiedzę ich z Berkiem, zaczęli ciężko wzdychać :).

Berek wykrada różne rzeczy z domu i biega z nimi po ogrodzie. A to kapeć, a to poduszka, a to wycieraczka, czasem kocia miska…. Rusza się cały czas, nie śpi, nie ma czasu na jedzenie, bo „pracuje” :). Dziś „Babcia” obierała na obiad fasolkę… Wiem, że pies strączkowych jeść nie powinien, ale to nie była taka zwykłą fasolka, o nie! To była zdobycz, prawdziwa psia zdobycz 🙂

Czy powinnam się przyznawać że… ?

Ah, ostatnie dni, tygodnie, były zakręcone. Wyraźnie zaniedbałam bloga i tylko czasem updatowałam Berkowego facebooka. Czasem muszą pojawić się „przerwy w nadawaniu” choć zupełnie mi się to nie podobało. Teraz jednak myślę, że powoli wszystko zacznie wracać do normy i poprzedniego trybu.

Był ślub, było zamieszanie :). Wiadomo; niby nic wielkiego się nie dzieje, ale masa planowania i miotania to ślubny pewniak. Berek raczej niczego nie zauważył, bo w dniu ślubu został rano zabrany do „dziadków”, gdzie fruwał po ogródku aż do ostatniej chwili. Potem niestety wylądował na kilka godzin w zamknięciu, ale nie za bardzo mu to przeszkadzało, bo odsypiał całodzienne ogródkowe szaleństwo. Mój Tata wpadał do niego co kilka godzin, a potem niańczyła go moja ciocia.

A ja? A ja ślubowałam, świętowałam i tańczyłam całą noc. O godzinie 4.00 rano, gdy wesele się skończyło i ostatni goście pojechali do domów, udało mi się na chwile przysiąść w ciszy i spokoju i pomyśleć na spokojnie o wszystkim. Przytuliłam się do (już) męża i co wystękałam mu w ramie?

– „Chyba chcę teraz do Berka… Pewnie śpi”.

I może nie powinnam się przyznawać, że właśnie o tym myślałam po swoim ślubie, ale cóż mogę na to poradzić? Berek tworzy mój dom, a gdzie zmęczony człowiek chce? Gdzieś gdzie jest zawsze tak samo i znajomo – do domu, do psiaka…. Więc chyba ze mną wszystko ok … 🙂 🙂 🙂

Królewskie psy

W Wielkiej Brytanii już trzeci dzień trwają obchody 60-tej, rocznicy panowania królowej Elżbiety II. Rocznica jest diamentowa. „She is a diamond”. Na monarchii się nie znam, nie wiem nawet czy mi się to podoba czy nie. Jednak taki jubileusz na pewno jest wart świętowania, bo 60 lat na tronie to nie byle co.

Pamiętam, że jedna z pierwszych informacji dotyczące królowej Anglii, które zaczęłam rozumieć jako małe dziecko, było to, że królowa ma pieski. Takie z krótkimi nóżkami. Dopiero po latach dowiedziałam się jak nazywa się ulubiona rasa Królowej Elżbiety II: Walijskie corgi pembroke. Królowa miała ich łącznie 16.

Corgi to psy pasterskie, zaganiające, jednak coraz częściej pełnią rolę psów do towarzystwa. Sa bardzo  żywiołowe, chętne do zabawy, wspaniałe psy rodzinne. Corgi jest potomkiem cardigana, rasy która powstała pomiędzy VIII-X wiekiem, gdy na południowym wybrzeżu Walii osiedlili się Wikingowie. Przywieźli oni ze sobą skandynawskie pasterskie szpice ze szczątkowym ogonem. Obie rasy były bardzo pomocne w zaganianiu i pilnowaniu bydła i gęsi. Związek kynologiczny zainteresował się corgi dopiero w początkach zeszłego stulecia, jest to więc rasa stosunkowo młoda.

Ponieważ corgi jest spokrewniony ze starą rasą cardigana, o jej pochodzeniu krążą legendy. Jedna z nich mówi, że niziutkie corgi służyły leśnym wróżkom za wierzchowce… Jeśli dokładnie przyjrzymy się brązowym łatom corgi, zobaczymy ślad uprzęży 🙂

Po drabinie

Spędzam z Berkiem na spacerach znaczącą cześć swojego dnia. Ze spacerów wracam cała w błocie i ślinie (Berek uwielbia strzepywać wodę stojąc 3 cm ode mnie). Czasem jak już gdzieś dojdziemy to ja sobie siadam na trawce i łapię relax. Berek zwykle pomiota się trochę koło mnie, po czym przysiada na moich stopach i też odpoczywa… Nie pytajcie czemu siada mi na stopach, bo nie wiem :). Wyglądamy wtedy jak para dobrze zgranych wędrowców, którzy mieszkają w jednym plecaku i odpoczywają pod chmurką. Oj, lubie te momenty :).

Dziś, podczas porannego spaceru, dotarliśmy na wielka polanę, gdzie wśród krzaków i komarów był plac zabaw. Wlazłam na drabinki myśląc, że porobię Ryjowi trochę fotek z innej perspektywy niż zwykle… Niestety mi się to nie udało, bo Berek natychmiast postanowił do mnie dołączyć… Był tak zdesperowany, by wleźć na górę, że musiałam do niego szybko zejść, bo gotów był zrobić sobie krzywdę … Co za kochana ciamajda 🙂

Jestem kociarą-psiarą

Zawsze dziwiła mnie zaciekła walka jaka staczają właściciela kotów z właścicielami psów. Idiotyczna jest też ignorancja jaką kociarzom okazują psiarze. Czemu w ogóle mówimy „psiarze” i „kociarze”? Przecież to nie ma sensu! Jest tak wiele osób, które maja i psy i koty, ale o nich się nie mówi, oni się nie wypowiadają… Czy taki ludek jak ja, czyli kociarzo-psiarz, jest „wyklęty przez obie grupy w imię założenia,  że albo lubi się koty albo psy, bo te zwierzaki są zupełnie inne i nie można lubić dwóch ekstremów… No właśnie…. Koty są inne od psów, psy różnią się od kotów, i to jest dokładnie to co ja w nich KOCHAM 🙂

Gdy się urodziłam moi rodzice mieli Gordona o imieniu Basza. W moim dziecięcym świecie Basza był elementem stałym. Był od początku i tak miało być. Niestety pewnego dnia Baszy zabrakło. Miałam wtedy chyba 8 lat, ale dokładnie pamiętam moment, gdy Tata powiedział mi, że Baszusia już nie będzie w domu jak wrócimy od Dziadków. Byłam mała, ale Basza nie był dla mnie po prostu psem. Nie mówiłam rodzicom, że chcę nowego pieska, bo Baszy nie postrzegałam jako psa. Basza był niezastąpiony, poza zasięgiem. Nie pies, nie brat – to był Basza.

Po jakimś czasie w domu pojawił się czarny kociak. Moja ciotka wyciągnęła go z krzaków przy Hali na Woli w Warszawie. Byłam zachwycona, gdy wreszcie rodzice zgodzili się zatrzymać tą małą koteczkę. Nazwałam ją Nitka. Czarna, słodka i chuda jak nitka kicia szybko urosła i stała się diabłem wcielonym. Kot był nie-do-opanowania. Mimo iż byłam nadal małą dziewczynką to pamiętam, że poważnie zastanawiałam się czy nie oddać kotki do domu z ogródkiem, gdzie mogłaby się do woli wyszaleć. Jednak w tamtym czasie moi Rodzice zaczęli mówić o wyprowadzce do domku pod Warszawę więc kotka z nami została, gdyż wiedzieliśmy, że za chwilę będzie opcja ogródka i „wybiegu” dla diablicy. Okazało się, że po przeprowadzce Nitka zrobiła się natychmiast spokojniejsza, szczęśliwsza, wolna.

W ciągu pierwszych paru lat mieszkania pod Warszawą trafiły do nas kolejne 3 koty i pies. Do Nitki dołączyła ruda sunia średniej wielkości, która nazwaliśmy Pomyłka. Pomyłka przyplątała się pod nasz dom pewnej październikowej niedzieli. Była przerażona i miała złamaną przednią nogę. Lekarz w psim pogotowiu zapytał moich Rodziców czy ja wezmą, bo inaczej psa trzeba będzie uśpić gdyż noga musi być operowana, a w schronisku po operacji nikt się tak chorym psem nie zajmie. Lekarz nie był też pewien czy nóżkę da się w ogóle uratować… Rodzice zobowiązali się do wzięcia suki po operacji do domu. Pomyłka bardzo powoli wracała do zdrowia. Bała się ludzi, długo musieliśmy pracować aby zdobyć jej zaufanie i chyba nigdy tak naprawdę nam się to nie udało. Psiak nie umiał się bawić, bo wpadał w panikę gdy wykonywałam jakikolwiek gwałtowny ruch. Bała się, gdy podnosiłam rękę do góry lub ją wołałam głośniej niż zwykle. Ktoś musiał w przeszłości bardzo ją skrzywdzić, bić i straszyć. Pomyłka szybko zaczęła też chorować: w przeciągu paru lat straciła wzrok i słuch. Potem zachorowała na raka i zaczęła mieć kłopoty z żołądkiem. Pod koniec życia nie miała również powonienia. Dbaliśmy o nią jak mogliśmy. Spędziła życie na trawce w ogródku, relaksując się tak jak chciała. Wierzę, że na swój psi, schorowany sposób, była szczęśliwa.

W tym samym czasie, gdy były z nami Nitka i Pomyłka, mieliśmy również koty-znajdki. Po Pomyłce pojawił się Balon. Był pięknym pręgowanym kocurem o dość obłym kształcie 🙂 Pewnego dnia po prostu wprowadził się do nas i już został na zawsze. Balon był wspaniały! Taki kot- przytulak, łagodny i przymilny, ale jednak nie kocia ciapa. Miał charakterek i zawsze próbował ustawiać Nitkę :). Nitka była zawsze „moim” kotem; spała ze mną i ze mną spędzała najwięcej czasu. Drapała, i wciąż drapie, wszystkich oprócz mnie.  Balon nie miał wstępu do mojego pokoju, bo tam „bazę” miała Nitka. Nitka mnie broniła i nie dała Balonowi panoszyć się koło mnie. Może dlatego mój kontakt z Balonem był zawsze dość ograniczony. Balon przylepiał się do moich Rodziców. Do mnie natomiast przylgnęła opinia, że my z Nitką jesteśmy „takie same wredne i siebie warte”, bo w zupełności wystarczało mi towarzystwo mojej diabelskiej kotki… No cóż – to prawda – Nitka to najwspanialszy kot na świecie! 🙂

Mieliśmy również kocurka o niechlubnym imieniu Czopek. Ten kot był naprawdę piękny; miał biało czarne umaszczenie i wspaniały, zgrabny koci kształt. Zawsze wyglądał na trochę nieprzytomnego, ale tak naprawdę był bardzo sprytny i cwany. Jako jedyny dogadywał się ze wszystkimi zwierzakami. Kochał mnie i moich Rodziców chyba tak samo i nie wybrał sobie nigdy swojego ukochanego domownika. Pomyłka za nim przepadała jak był kociakiem. Niestety pewnego dnia Czopek nie wrócił na noc… Już nigdy do nas nie wrócił…

Nasza ostatnia znajda to piękna płowa kotka o kształcie kota orientalnego. Nazwaliśmy ja Nowa, bo była … hmmm nowa…. Nowa ma już ok 8 lat a cały czas zachowuje się jak kociak. Czasem wydaje mi się, że ona zupełnie nie wie co się wokół niej dzieje. Jednak to tylko pozory, bo Nowa jest super myśliwym i bardzo spostrzegawczym obserwatorem. Dobrze wie gdzie i jak się schować i zawsze zwiewa do domu. Kiedyś została przez kogoś postrzelona z wiatrówki (nawet nie chcę o tym pisać) i moja Mama znalazła ją czołgającą się dzielnie do domu. Nowa to wojownik, kot który działa. Nigdy nie zapomnę, jak wbiegała w lato do domu, leciała do misek by się szybko najeść a potem kłusem do Pomyłki by się przywitać ze Ślepotką. Potem galopem znów na zewnątrz. na nic innego nie miała czasu :).

Nie ma już z nami Pomyłki, Czopka i Balona. W domu moich rodziców została Nowa i Nitka. Za Nitka tęsknię ogromnie, jednak nie było mowy o przenoszeniu  tak starego kota do nowego miejsca zamieszkania (Nitka ma ok 18 lat). Czasem przyjeżdżam z Berkiem w odwiedziny do Rodziców. Ale jest wtedy na co patrzeć! Stara Nitka ustawia Berka :).  Berek nie ma nic do gadania i koniec 🙂

Ale wracając do tematu… teraz mam szczeniaka i niedługo pewnie będę się przeprowadzać. Psu łatwiej niż kotu jest znieść taką zmianę. Mimo iż uwielbiam spacery z moim psem i nie zamieniłabym ich na nic na świecie, to jednak brakuje mi kociego towarzystwa. Tęsknię do wieczornego siedzenia „pod kotem”. Wiem, że kota będę w przyszłości mieć na pewno. Kiedyś… Kocham koty i psy tak samo mocno ale kocham w nich zupełnie inne rzeczy. Nigdy nie porównuje kotów do psów, ani psów do kotów, bo to zupełnie nie ma sensu. Po co te wszystkie dyskusje i kłótnie o wyjątkowość kotów lub psów?  Czemu trzeba wybrać czy się jest psiarzem czy kociarzem? Ludzie lubią się identyfikować z jakąś grupą, czuć, dzielić się swoją pasją z innymi. Postuluję za stworzeniem grupy kociarzy – psiarzy, czyli ludzi którzy kochaja spacer i zabawę ze swoim psem i marzą by wrócić do domu i usługiwać swojemu kotu :).

Nitka

Pomyłka

Nowa

Bo wczoraj był Dzień Matki …

„Matka” przegapiła, że bobas skończył 22 maja 5 miesięcy.

Weekend jak zwykle zajęty. Wczoraj zadzwoniłam do swojej Mamy z życzeniami z okazji Jej dnia. A tu moja Mama zaczęła się śmiać … i sama życzyła mi wszystkiego najlepszego z okazji Dnia mamy mówiąc: ” … bo przecież Berek Ci nie złoży życzeń… 🙂 „. Fakt faktem, że śmieszy mnie, a nawet czasem wywołuje pewne zażenowanie, gdy ludzie mówią o swoich zwierzętach „dzieci”, ale nie da się ukryć, że Berkowi „mamusiuję” bo tak to już ze szczenięciem. 🙂

I z tej okazji zrobiło się wczoraj melancholijnie … Oglądając zdjęcia Berka stwierdziłam, że chyba mi ktoś podmienił psa, bo tak urosnąć i to w tak krótkim czasie, się nie da. Im Berek większy, tym bardziej szalony, a ja kocham go coraz bardziej, ale teź coraz więcej od niego oczekuję. Czy to dobre symptomy „mamusiowej” miłości ? 🙂