Łzy

Ostatnio nie mam weny do robienia zdjęć. Wiem, że przegapiłam pierwszy w życiu Berka śnieg, ale trudno – po prostu nie mogłam się zmusić. Zresztą ostatni weekend spędziłam w Warszawie i, w związku z tym miałam wątpliwą przyjemność podróżowania z psem PKP. Miałam wypakowany plecak ze stelażem, plus psa, więc zrezygnowałam z brania lustrzanki. Dodatkowo, jak wróciłam do Krakowa, to już następnego dnia Berek wykręcił mi beznadziejny numer, który tylko przyspieszył moją decyzję o indywidualnym szkoleniu Psiego Ryja. Nie wiem skąd wytrzasnę na to kasę, ale coś musimy z mężem wymyślić. Zajęcia grupowe odpadają, odbywają się zwykle wieczorami, a ja w poniedziałki i we wtorki siedzę do późna na uczelni.

Otóż co Berek wymyślił? Poszłam jak zwykle rano na spacer do Lasku Wolskiego. Miałam szczęście, bo pod Kopcem Piłsudskiego spotkałam dwie przesympatyczne panie z psiakami. Berek trochę się pobawił, a już na pewno bardzo rozochocił i zaczepiał psiaki nawet jak te już miały dość zabawy. Ot, takie klasyczne zachowanie młodego psiaka – szaleństwo. Tu warto dodać, że w środku Lasku Wolskiego jest zoo. W Lasku są asfaltowe alejki i zwykłe leśne ścieżki. Zwykle spaceruję właśnie ścieżkami, bo jest przyjemniej. Zresztą asfaltowymi alejkami czasami jeżdżą auta, które dowożą różne rzeczy do zoo i porządkują park. Są to więc czasem traktory, vany i osobówki pracowników zoo. Niestety jeżdżą dość szybko (moim zdaniem), co stwarza wiele niebezpiecznych sytuacji. Zdaję sobie sprawę, ze pies powinien być na smyczy w Lasku Wolskim, jednak żaden nie jest i, podążając-głupio- za tłumem, Berek także biega luzem. Owego dnia, gdy Berek szalał z psiakami, postanowiłam wracać asfaltówką. Zaraz o tym jak odłączyliśmy się z Berkiem od psiaków, Psi Ryj pogonił traktor. Poleciał daleko i szybko, ale na szczęście traktor był daleko i go nie dogonił. Zdenerwowało mnie to bardzo, bo Berek zniknął mi na trochę z oczu i nie widziałam co się dzieje. Jednakże stosunkowo szybko wrócił do mnie z miną jakby nic się nie stało. Szliśmy dalej, a Berek jak zwykle biegał niedaleko mnie. Zza zakrętu usłyszałam, że toczy się w naszą stronę auto. Zawołałam Berka, a on jak zwykle odwrócił się i zaczął biec  moim kierunku. Czekałam na niego z ciuciusami, w pozycji wyuczonej na kursie posłuszeństwa. Ale nagle Berek zatrzymał się, odwrócił w stronę nadjeżdżającego auta i … ruszył wprost na tego vana!! Biegł centralnie naprzeciw myśląc zapewne, że jest to coś do upolowanie, pogonienia, pobawienia się. Nie mogłam nic zrobić, auto było blisko, jechało praktycznie na mnie i na biegnącego Berka. Serce mi się zatrzymało. Samochód wyhamował, a ja dopadłam do skaczącego radośnie Berka. Pan kierowca tworzył okno i uśmiechnął się d mnie mówiąc, że pies praktycznie biegł prosto pod koła. Przeprosiłam i głupio wytłumaczyłam, że zrobił to pierwszy raz. Samochód odjechał, a mi dopiero wtedy puściły emocje – nogi zmiękły, aż przykucnęłam, bo nie mogłam ustać. Zaczęłam całą dygotać i poryczałam się jakimś histerycznym szlochem. Beruś oczywiście stał koło mnie zaglądając mi w oczy i tuląc do mnie swój ryj. Nie pomagało to, bo nawet nie potrafiłam być na niego wściekła. Dotarło do mnie jak bardzo się o niego boję i jak bardzo chcę by był bezpieczny. on jednak nic nie rozumie i nie mogę tego od niego wymagać. Muszę ogarnąć tego psa póki jeszcze się da, bo w swoi psim szaleństwie może nieświadomie zrobić sobie krzywdę. Wystarczy ten jeden raz, to nie musi być reguła. Przecież Berek zawsze wracał, gdy jechało auto. Na ulicy nie zwraca uwagi na samochody. Natomiast wtedy tego feralnego dnia uznał, że jeszcze chętnie by się pobawił i akurat jechał van…

Płakałam jeszcze parę chwil. Przyprowadziłam Berka do domu i natychmiast wyszukałam ośrodek szkoleniowy dla psów na krakowskich Błoniach. dziś popołudniu będę dzwonić i dowiadywać się o koszty zajęć indywidualnych i zobaczymy co z tego wyjdzie. Nie mogę się poddać, bo to będzie oznaczało, że darowałam sobie psa, tj. jego bezpieczeństwo i szczęście.

Plan weekendowy

W weekend mieliśmy masę rzeczy do załatwiania. Ponieważ w tygodniu jestem z Berkiem sama, weekendy, gdy mąż przyjeżdża zawsze są bardziej organizacyjne i niż relaksacyjne. A tu zrobić większe zakupy, a tu dokupić coś do mieszkania, a tu gdzieś pojechać i coś sprawdzić, bo w tygodniu sama nie dałam rady. I co najważniejsze – już w piątek wieczorem obmyślamy co robimy z Berkiem, żeby było coś innego i dla nas i dla psiaka ciekawego. Planowaliśmy wybrać się w Słowackie Tatry, chociaż na jeden dzień, jednak nie mieliśmy aż tyle czasu. Postanowiliśmy wykorzystać wspaniałą pogodę, bo to pewnie ostatnie tak ciepłe dni, i pokrążyć po Krakowie i okolicach.

W sobotę rano weszliśmy na Kopiec Piłsudskiego. Jest to największy z istniejących w Krakowie kopców, ma 35 metrów wysokości. Kopiec Piłsudskiego znajduje się w Lasku Wolskim, na szczycie Sowińca, który jest najwyższym wzniesieniem Pasma Sowińca.  Co dla nas było najistotniejsze – można na niego wchodzić psem, tylko oczywiście na smyczy. Mieliśmy szczęście, bo wcześnie rano nie było tam prawie w ogóle ludzi, więc mogliśmy w spokoju cieszyć się super widokami. A prawie na szczycie siedziały dwa gołębie… Chyba im przerwaliśmy romantyczne rendez-vous, ale trudno – Berek był zachwycony! Scena była trochę jak z Wilq’a, gdzie gołębie są dość istotne: http://www.wilq.pl/glowna.html ……

W czasie weekendu odwiedziliśmy wybieg dla psiaków na ul. Strzelców. W sobotę niestety atmosfera na wybiegu nie była najlepsza, tak samo wśród ludzi (zwracanie sobie uwagi)jak i psów. Było kilka piesków, które wyraźnie próbowały podporządkować sobie innych uczestników zabawy. Berek przemykał tylko i tak naprawdę nie wyglądał na szczęśliwego. Potem przyszedł pan z pitbullem, który wyjątkowo chciał sobie na wybiegu porządzić, a nie miał niestety kagańca (mimo iż według regulaminu takowy powinien mieć gdyż jest na liście ras agresywnych).  Nie chciałam, by Berek miał jakiekolwiek spięcie z tym psem, więc postanowiliśmy znikać do domciu. Berek nie miał żadnych obiekcji.

Natomiast w niedzielę piesków było mniej i Berek szalał. Myślę, że mój psiak jednak ma coś ze mnie 🙂 i woli przebywać w mniejszej grupie współbratymców. Ma wtedy więcej energii do zabawy i jest śmielszy.

„Psiara”

Czasem Berek sprawia, że czuję się osamotniona…. Już wyjaśniam o co mi chodzi.

Berek mnie spaczył, zmienił prawie nie do poznania niektóre rejony mojego życia i mój sposób funkcjonowania. Jeśli naprawdę angażujesz się w to co robisz i do czego sie zobowiązujesz, to musi to mieć wpływ na Twoje życie. A posiadanie psa to przecież decyzja, która wiąże sie z odpowiedzialnościa i ma swoje konsekwencje. Pies nie może być tylko dodatkiem do Twojego obecnego, zorganizowanego życia. It’s not gonna work this way :D! W związku z tym Berek musiał zmienić trochę i mnie i moje życie. I czasem czuję się w tym moim zmienionych świecie samotna bo …

… Wstaję około 2 godziny wcześniej by rano zawsze mieć czas spokojnie zająć się psem. Mam szafkę z ubraniami przeznaczonymi do spacerów z psem – masa tam dziwnie skrojonych spodni, przykrótkich legginsów, bluz dresowych z dziurami na rękawach i T-shirtów z głupimi nadrukami. Mam też półkę w szafie gdzie trzymam śmierdzące psie ciuciusy do treningów i wędzone kości. W pobliskim sklepie ciągle wykupuję cały zapas kurzych serduszek i innych mięsnych wynalazków, aż jedna pani ekspedientka nie wytrzymała i zapytała czy ja to jem… Ostatnio zauważyłam, że noszę tylko ubrania, które nie spowalniają i w żaden sposób nie ograniczają moich ruchów, bo albo jestem z psem albo do niego pędzę i nie mam czasu na dreptanie w wąskiej spódnicy i 10-centymetrowych obcasikach. W każdej kieszeni znajduje torebki na psie kupy. Czasem same z tych kieszeni wyłażą i powiewają na wietrze, bez mojej wiedzy oczywiście. Nie oglądam TV, ale oglądam mojego psa, bo właśnie wieczorami przyjmuje najśmieszniejsze pozycje na kanapie. Jestem w stanie przywiązać do siebie wszystko, tylko po to aby mieć wolne ręce i móc mocno trzymać smycz z psem. Dużo by wymieniać 🙂

Założę się, że z powodu Berka (i nie tylko 🙂 )robię masę dziwnych rzeczy, kończę jednak temat, bo pewnie każdy właściciel psa ma swoje „dziwactwa” i sposoby na przetrwanie J…

Problem polega na tym, że niedawno zaczęłam kolejne studia i znów znalazłam się w nowym miejscu i wśród nowych ludzi. Przez ostatnie dwa-trzy tygodnie musiałam po prostu przedawkować ilość zdziwionych spojrzeń i chyba za dużo razy musiałam odpowiadać na pytania  w stylu: „Czy piesek ma kuwetę w tym kojcu?”… Nie lubię kategoryzowania i uogólniania, jednak wiem, że jest to nieuniknione i bardzo pomaga człowiekowi odnaleźć się w społeczeństwie. Przyznaję, że z powodu rożnych dziwnych rozmów jakie przeprowadziłam ostatnio, pierwszy raz głośno skategoryzowałam siebie jako „psiara” i mój rozmówca od razu uspokoił się, a nasza trochę dziwna rozmowa szybciej się zakończyła …

Czy ktoś wie czy krakowscy psiarze gdzieś się organizują i czy istnieje jakiś sposób by się skrzyknąć na spacer? W desperacji rozważałam nawet ogłoszenia na uczelni, ale jeszcze nie jest ze mną aż tak źle…

 Ale co u Berka? Wczoraj w czasie naszego popołudniowego spaceru Berek znalazł sobie błotko. Pełnia szczęścia ! Okazało się, że koło kałuży leżą wióry z uciętego niedawno drzewa… Ah!!! Zobaczcie sami co mój pies wyprawiał.

Weekend planujemy aktywnie, pomimo, że i tak mamy już dużo innych zajęć. Trzeba to jakoś wszystko pogodzić.

Psia radość

Nie było mnie w domu trzy dni. Nawet niecałe, bo wyjechałam w piątek o świcie a wróciłam w niedziele wieczorem. Ale dzień liczy się w pełni tylko wtedy, gdy jest spacer z psem. Przez te trzy dni spacerów z Berkiem nie było … Psiakiem zajmował się mąż, a ja zajmowałam się studiowaniem w terenie. Wyjazd naukowy zorganizowany przez mój uniwersytet był świetny i cieszę się, że pojechałam. Zdobyłam wiedzę, której na pewno siedząc na wykładach lub w bibliotece bym nie zdobyła. Jednakże, cieszyłam się, że w niedzielę będę już w domu i zobaczę moja mniej i bardziej owłosioną rodzinkę :).

Mąż cieszył się, że wróciłam, bo on już tak ma J. Natomiast Berek? Berek ostatnio miał trochę stękliwy okres w swoim życiu, ale już chyba mu się poprawia i trochę się uspakaja. Gdy mnie zobaczył, tak zaczął mu chodzić ogon, że cały wpadł w wibracje i musiał się położyć, bo biedak przewróciłby się.

Stwierdzam, że nawet jeśli już okaże się, że wyjazd jest beznadziejny, pogoda paskudna, nuda i trudy podróży zmęczą człowieka jak nic, to moment w którym pies zaczyna cieszyć się na nasz widok jest bezcenny. Żałuje teraz, że nie oprosiłam męża o fotkę, ale nie miałam czasu nawet pomyśleć o tym, bo kto zajmowałby się takimi szczegółami, dy ma tyle merdającego szczęścia przed sobą.

Poniżej parę zdjęć „z terenu”. Nigdy ich nie publikowałam, bo Berek na samym początku spaceru wskoczył w błoto i wyglądał jak prosiak.

Jak grać w Berka

Można rzec, że pies to pies – wystarczy przeczytać poradnik wychowania czworonoga, dać mu jeść i wyprowadzić na dwór. Oczywiście każdy rozsądnie myślący człowiek wie, że wcale tak nie jest. Pomijając sam fakt, że z psem jest masa roboty, to każde zwierze jest zupełnie inne i nie każda metoda, porada wyczytana w książkach będzie działać na naszego czworonoga. Bardzo ważne jest by świadomie wybrać te elementy treningu, które nam i naszemu psu najbardziej odpowiadają. Musimy zastanowić się czego oczekujemy od psa, na jakiej relacji z psem nam zależy. Ważne też jest co nam sprawia przyjemność, bo pies doskonale to wyczuje i będzie dzielił radość z nami. Jestem uzależniona od uśmiechniętej mordy Berka, gdy idziemy przez las. Uwielbiam jak czeka na rozwidleniu dróg, aż mu wskażę ręka w którą stronę idziemy. Uwielbiam jak wyjada mi smakołyki z ręki, a ogon chodzi mu jak szalony. Uwielbiam, gdy robi „siad!” tak blisko mnie, że już bliżej się nie da. Kocham jak siadam na trawie, a on siada mi na kolanach. Gdy chowam smakołyki w pięściach, Berek patrzy mi na ręce, ale również zerka mi w oczy, jakby szukał podpowiedzi. I nie ma nic lepszego niż Berek który maszeruje koło mnie i od czasu do czasu zerka do góry, szukając kontaktu ze mną.

Każdy pies jest inny. Nawet wśród jednej rasy spotkać można prawdziwy wachlarz różnych psich osobowiści. Wiedziałam, że setery lubią ruch, są inteligentne i chętne do pracy. Taki był seter moich rodziców. Berek ma wszystkie te cechy, plus parę innych, jak np. niesamowity upór i wytrwałość. Jak na razie walczy ze swimi hormonami, a także ze mną i ze wszystkimi okolicznościami, które według niego stoją mu na drodze do dobrej zabawy i szaleństwa. Berek jest trudnym psem, bo praca z nim jest dość żmudna, ale dostarcza ogromnej radości, gdy wreszcie doczłapię się jakis efektów. Każdego tygodnia widzę jakby innego psa, bo Beruś dorasta i szybko sie zmienia. Próbuję być nieustępliwa, nie poddawać się, ale Berek stawia mi ciągle nowe wyzwania. Przyznaję, że troche go rozpuściłam, bo długie spacery bierze jako coś oczywistego, co mu się należy, ma moję uwagę i moje zainteresowanie, z czego doskonale zdaje sobie sprawę. Za to ja wiem, że nie chcę być steroryzowana przez swojego psa, bo to uniemożliwia jakąkolwiek współpracę miedzy człowiekiem a zwierzęciem. A Berek próbuje….

Za kilka dni Berek skończy 10 miesięcy.  Powoli wkracza w wiek bycia psim facetem, a nie dzieciakiem. Zaobserwowalam bardzo dużo zmian w jego zachowaniu, dosłownie w przeciągu ostatnich kilku tygodni. Dlaczego myslę, że to dojrzewanie? Otóż Berek wydaje się pobudzony, popiskuje i wzdycha bez powodu. Ciągle domaga sie uwagi, czasem zaczyna włazić na mnie i próbuje swoich samczych sił…. Od razu go strącam i doprowadzam do pionu kategorycznym „Nie”. Widzę te zamglone, nieprzytomne, otępiałe instyktem psie oczy, które powoli przytomnieją i znów jest ten „dawny” Berek. Boli mnie, że to zwierze cierpi, bo nie rozumie co się z nim dzieje, a ja nie potrafię mu pomóc. Na dworzu wraca na wołanie i pięknie się bawi. Jednak często widzę jak jakiś zapach go omamia. Martwię się o niego, bo nie potrafię w żaden sposób mu pomóc. Zaczęłam poważnie rozważać kastrację, ale z ostateczną decyzją chcę jeszcze trochę zaczekać.

Tymczasem, odnosząc sie równiez do rewolucji ostatnich tygodni, spisałam reguły gry w Berka. Wygraną jest fajny spacer, bezpieczeństwo psa i Twoje poczucie satysfakcji 😉

  1. Gra w Berka trwa 24h na dobę.
  2. Czuj dumę i wstyd w tym samym momencie – przy Berku inaczej się nie da.
  3. Nie myl inteligencji ze sprytem*, bo przegrasz.
  4. Uważaj cały czas, bo Berek jest grą dla ludzi z refleksem.
  5. Ślinotok jest elementem gry.
  6. Miej oczy dookoła głowy i dobrze wykorzystaj fakt iż Twoje oczy są one zdecydowanie wyżej niż oczy innych uczestników gry w Berka.
  7. Bądź szybszy … intelektualnie, bo fizycznie nie masz szans.
  8. Są podejżenia, że duże, obwisłe uszy pomagają unosić się nad ziemią – wyhoduj takie, jeśli się da.
  9. Naładuj Berka pożywieniem PO zabawie, bo będą niespodzianki zwrotne…
  10. Uważaj, bo to nie tylko Ty chcesz ustalać zasady tej gry…
  11. Jeśli nie lubisz spędzać czasu aktywnie i bardzo lubisz w czasie wolnym siedzieć na kanapie – NIE BIERZ SETERA, bo bedziesz bardzo nieszczęsliwy, że musisz grać w Berka i na 100% przegrasz.

 

*Inteligencja – zdolność nabywania nowych wiadomości i umiejętności oraz wykorzystywania ich w praktyce

Spryt – cecha kogoś, kto radzi sobie w każdej sytuacji i czerpie z niej korzyść dla siebie, postępując przy tym często w sposób, który ma zmylić innych

ze słownika języka polskiego http://www.wsjp.pl

 

Marzenie

W sobotę pojechaliśmy na moją uczelnię. Pogoda była zniewalająco piękna i stwierdziłam, że chcę połazić po terenach wokól mojej uczelni. Jest tam niedaleko lasek i pola a także wał wzdłuż Wisły. Wyprawa nie do kaćna nam się udała, gdyż okazało się, że właśnie umacniają wał i nie do końca mogliśmy po nim spacerować. Natomiast do lasu niedaleko mojej uczelni nie mogliśmy sie dostać, bo wszystkie drogi prowadziły do terenów prywatnych.

Od października studiuję na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale zajęcia nie odbywają się w centrum Krakowa, a  w okolicach Przegorzały, w tzn. Zameczku. Budynek jest jednym z nielicznych przykadów architektury III Rzeszy i był prywatną rezydencją Otto von Wachtera, który podczas okupacji był starosta dystryktu krakowskiego. Zameczek sąsaduje z nieco starszą willa przypominająca basztę, która byla wybudowana w latach 1928-1929 przez polskiego architekta Adolfa Szyszko-Bohusza. Szyszko-Bohusz został aresztowany przez Wachtera, gdy odmówil zrzeczenia sie praw do Willii Baszty.  Obecnie w Zameczku w w Baszcie mieści się Instytut Europeistyki Uniwersytety Jagiellońskiego, a studenci Centrum Badań Holokaustu maję tam praktycznie wszystkie zajęcia kierunkowe.

Te studia to było moje marzenie, jeszcze jak byłam rok temu na stypendium za granicą. Wyszukałam sobie ten kierunek i wiedziałam, że muszę wracać do kraju i spróbować się dostać na studia w Centrum. Udało się, a moja przygoda zaczęła się parę dni temu, bo 1-go października.

Po więcej informacji i zdjęć odsyłam na strony:

http://histmag.org/?id=3540

http://www.holocaust.uj.edu.pl/

Na polance

W niedzielę pogoda była wspaniała nadal wspaniałą. Rano poszliśmy na spacerek do Lasku Wolskiego, a popołudniu planowaliśmy słodkie lenistwo. Jednak siedzenie w domu w taki dzień byłby grzechem. Postanowiliśmy poszukać jakiejś polanki i posiedzieć w ciepłym, jesiennym słoneczku. To pewnie jedne z ostatnich takich momentów w tym roku, bo niedługo pewnie zrobi się szaro i zimno i spacery staną walką o przetrwanie.

Lasek Wolski w niedzielne popołudnie jest pełen spacerowiczów. Pomimo iż na dole Alei Wędrowców jest ogromny parking, to ludzie tak czy inaczej jadę pod samo wejście, gdzie nie ma jak zaparkować i próbuja tam się zatrzymać. Przez to droga robi się jednokierunkowa, trzeba sie przeciskać pomiędzy samochodami. Postanowiliśmy jak najszybciej uciec od tłumu. Wskoczyliśmy w pierwszą ścieżke w lewo, która zaprowadziła nas na polankę – dokładnie taką jaką mieliśmy nadzieje znaleźć.

Słońce było już nisko, ale nadal mocno świeciło. Było idealnie. Berek był wyjątkowo spokojny i z chęcią położył się na trawie koło nas. Uwielbiam jak on się relaksuje z nami i widać, że jest szczęśliwy i spokojny, bo ma swoich ludzi koło siebie.

Master Control

Wiele razy wspominałam na blogu i na blogowym Facebook’u, że Berek na smyczy ciągnie jak szalony. Od samego początku próbuje go uczyć grzecznego chodzenia. Gdy ciągnie zaczynam się cofać – niech facet wie, że takim sposobem nigdzie nie dojdzie. Jednak Berek szybko rośnie i jest juz bardzo silny. Ja ciągle cofam się z tym spem na smyczy i cofam…. a on coraz silniej ciągnie… Spacery czasem są udręka, bo chodzimy dużo. Spuszczam Berka ze smyczy zawsze (spacer na smyczy u Berka to nie spacer), ale do miejsc, gdzie to jest możliwe musimy dojść. Biorąc również pod uwagę fakt , iż nie mamy auta, wędrówki na smyczy są nieuniknione. Berek zdaje sobie doskonale sprawę ze swojej siły i, mając charakterek, próbuje mną manipulować. Chodzimy tak, często do tyłu… już dobrych kilka miesięcy, a Berek się nie poddaje i ciągnie dalej. Zastanawiałam się, że pewnie to ja robię jakiś błąd i należy pewnie zmienić podejście do problemu. Niestety nie przychodzi mi nic do głowy. Czasem gdy tak łażę z Berkiem tam i z powrotem po ulicy, to psiak uznaje moją wyższość na chwile i zaczyna iść przy nodze. Zdarza się to rzadko, ale jednak i jest to dowód, że Berek doskonale wie o co mi chodzi, tylko uparcie chce postawić na swoim i już…

Ostatnio moja znajoma powiedziała mi, że na swojego młodego psa (wiek około 11 miesięcy) stosuje tzn. Gentle Leader – u nas znane jako Master Control, lub po prostu kantarek. Jest to smycz, którą przymocowuję się do psiego pyska a nie do szyi. Jak wiadomo w przypadku gdy nie chcemy by pies ciągną nie powinniśmy stosować szelek, bo sprawiają, że zwierzęciu jest łatwiej i przyjemniej ciągnąć właściciela na spacerze. Obroża na szyi sprawia, że ciągniecie jest już bardziej problematyczne dla psa, gdyż pies się poddusza. Jednak wielu właścicieli psów zdarzyło już zapewne zauważyć, że wiele czworonogów ciągnie na obroży jak istne zwierzęta pociągowe… Natomiast Master Control jest przymocowany do pyszczka i skutecznie psu przeszkadza w ciągnięciu, gdyż jest mu trudno taką blokadę ignorować. Berek oczywiście próbuje na początku każdego spaceru zdjąć kantarek, ale szybko się poddaje i grzecznie idzie przy nodze. Dodatkowo przypinam Berka do normalnej smyczy, gdyż Master Control jest dość luźny i boję się, że Psi Ryj go ściągnie jakimś sposobem. Prowadzę Berka na smyczy, a gdy pociągnie to natrafia na opór smyczy i dodatkowo kantarka.

Master Control nie rozwiązuje problemu. Mimo iż zauważyłam, że Berek nawet bez niego idzie trochę spokojniej, jednak jest daleki od bycia grzecznym na smyczy. Niestety jestem zmuszona szukać jakiś alternatywnych rozwiązań, bo z psem robię dużo rzeczy sama i często jestem postawiona w sytuacji, kiedy nie mam możliwości wypróbowywania innych opcji – jest coś co muszę zrobić, sytuacja w jakiej jestem z Berkiem i nie ma odwrotu (podróż pociągiem i komunikacją miejską, przejście gdzieś na spacer itd). Tresura tresurą, nauka i tłumaczenie są super i jak najbardziej jestem gotowa to robić, jednakże czasem potrzebna jest szybka akcja i rezultat tu i teraz, bo nie mam możliwości zrobienia czegokolwiek inaczej a potrzebuję ogarnąć psa.

Czy sobie dobrze radzę? Czy to dobre podejście? Nie wiem. Czasem boje się, że popełniam błąd za błędem. Wiem jednak, że bardzo często jedyne co mogłabym zrobić to poddać się, nigdzie nie chodzić z Berkiem i iść po najprostszej linii oporu, bo psiak jest trudny i męczący. Ale czy to rozwiązanie? Nie! Berek jest bardzo młody. Wierzę, że wszystko co robię kiedyś zaprocentuje i psiak się uspokoi i trochę spokornieje. Na grzeczne chodzenie na smyczy też przyjdzie czas. Tymczasem kantarek żebyśmy mogli przeżywać następne przygody wspólnie z Berkiem.

Tyniec

Patrząc na słoneczną, ciepłą pogodę, aż ciężko uwierzyć, że jest koniec września. Od paru dni w dzień biegam w szortach. Oczywiście rano i wieczorem trzeba się cieplej ubrać, ale nie ma co narzekać, bo przecież jest już jesień. Słońce sprawia, że aż chce się żyć, a spacery z psem mogłyby trwać nawet cały dzień.

Mieszkamy na Krakowskich Bielanach, niedaleko Wisły. Tereny są naprawdę piękne. Mamy kawałek drogi autobusem do centrum i niestety wieczorami jest problem z dostaniem się do domu, bo komunikacja jeździ dość sporadycznie. Mieszkanka szukaliśmy głóównie „pod psa”; żeby było gdzie iść na spacer. Coś za coś – mamy tereny do spacerów, ale mamy ograniczony dostep do komunikacji miejskiej. Jednak ja jestem zadowolona, bo włąśnie spacery z Berkiem są dla mnie najważniejsze, a i na uczelnię mam blisko, bo jest pomiędzy Bielanami a Krakowem.

Dziś postanowiliśmy przejśc się do Tyńca. Nie liczyliśmy, że uda nam się obejrzeć Opactwo Benedyktyńskie, gdyż zabraliśmy ze sobą Berka, ale chcieliśmy chociaż sprawdzić czy gdzieś uda się usiąść z psem i zrelaksować nad brzegiem Wisły. Musieliśmy przejś dośc spoy kawałek do mostu, a po przekroczeniu rzeki jeszcze iść około 2 kilometrów wałem w stronę Opactwa. Dotarliśmy na miejsce dość szybko, bo droga okazała sie łatwa i bardzo przyjemna.

Tak jak się tego spodziewaliśmy, na teren Opactwa nie można wchodzić z psami. Restauracja  pod murami Tyńca (Tarasy Tynieckie) była jeszcze zamknięta, a kawiarnia na terenie Opactwa była dla nas niedostępna ze względu na Berka. No cóż, wrócimy tam jeszcze kiedyś bez psa i wtedy zwiedzimy wszystko. Jednak wiem, że wędrówka bez Berka nie będzie już taka fajna…

A na niektórych zdjęciach Berek w psim „kantarku” – Master Control/Gentle Leader – o tym w następnym poście…

Absurdy

Ponieważ nie posiadamy samochodu, byłam zmuszona nauczyć Berka jeżdżenia środkami komunikacji miejskiej i pociągiem. Uważam zresztą, że psy mieszkające w mieście powinny być przynajmniej w minimalnym stopniu przyzwyczajone do przemieszczania się komunikacją. Nigdy nic nie wiadomo, a napewno nie zaszkodzi pokazać psu, że to nic strasznego.

Berek wyraźnie chce osiągnąć pozycje psa alfa w naszym stadzie. Jest bardzo uparty i cały czas pragnie kontrolować co się wokół niego dzieje. Nie chce się zrelaksować i poprostu dać pokierować. Szybko to zrozumieliśmy i teraz podchodzimy do niego bardziej stanowczo i często dajemy mu odczuć, że nie on stawia tu warunki. W autobusie i tranwaju Berek szybko stwierdza, że się nudzi i teraz mamy mu zaserwować coś ciekawszego do roboty niż tylko siedzenie i gapienie się przez okno. Zaczyna się kręcić, chce wysiąść za każdym razem jak otwierają się drzwi. Czasem popiskuje i wyrażnie pokazuje, że podróż mu się nie podoba. Jednakże zawsze z wielką ochotą wsiada do autobusu, zawsze spokojnie siedzi na przystanku i obserwuje ludzi, jest podekscytowany każdą większą wyprawą. Wywnioskowaliśmy, że Berek poprostu grymasi, bo wie, że autobus jest ok, ale bieganie i zabawa jest fajniejsza. Jestem cierpliwa i nie zniechęcam się, bo wiem, że jego psie stęki z czasem minął. Jednakże, wiedząc co robi w autobusie już po pierwszych paru minutach podróży, bardzo bałam się jazdy pociągiem. A co będzie jak Beruś stwierdzi, że będzie skomlał przez całą drogę do Krakowa? A jeśli będzie skakał i miotał się jak watriat przez 3 godziny? Na szczęście okazało się, że Berek w pociągu jest aniołem. Bałam się (właściwie nadal trochę się tego obawiam), że Berek znudzi sie również i pociągiem i w końcu zacznie kombinować co można porobic ciekawszego. Jednak jak do tej pory, Beruś ma juz za sobą trzy długie wyprawy pociagiem i nadal jest super :). Narzekać moge tylko na PKP…

Gdy jechaliśmy z Berkiem pierwszy raz ( https://piesberek.wordpress.com/2012/09/11/telep-telep-telep-telep/ ), udało nam sie wywalczyć przedział i super miłych współpasażerów. Za drugim razem, gdy jechałam sama z psem z Warszawy do Krakowa, nie miałam już tyle szcześcia. Pociąg był pełen, a ja z Berkiem wylądowalismy na podłodze na korytarzu. Nie przeszkadza mi brak konfortu, najważniejsze, by pies był spokojny i wszystko pod kontrolą. Siedzenie na podłodze nie było więc aż tak tragiczne, bo Berek zasnął jak tylko ludzie przestali po nim łazić i usiedli w swoich przedziałach.

Jak tylko dojechaliśmy do Krakowa, wsiedliśmy do autobusy, który zawiózł nas bezpośrednio na wybieg dla psów na ul. Strzelców. Wiedziałam, że nie będę mieć siły na długi spacer popołudniu, więc wyprawa na wybieg była najskuteczniejszym sposobem na zmęczenie psiaka. Berek bawił się wspaniale!

Półtorej godziny mineło błyskawicznie i zaczęliśmy się zbierać do domu. Tak czy inaczej wiedzialam, że zajmie nam to minimum godzinę komunikacją miejską, jeśli dobrze wceluję z przesiadkami. Nie wcelowałam…. Podróóż z wybiegu do domu zmęczyła mnie bardziej niż całą wyprawa pociągiem. Berek miał już dość i niecierpliwił się. Trafiłam też na dużo osób ktore zaczepiały go, na co on zawsze reaguje bardzo entuzjastyznie. Niegdy nie pojmę czemu ludzie zaczepiają obce psy… W ostatnim autobusie, z trzech jakimi musieliśmy jechać do domu, trafił nam się niezadowolony z życia kierowca, plus dwóch chłopaków którzy wsiedli z dwoma psami bez kagańców. Zaczęłam od razu mowić do nich, że to nie przejdzie, bo psy nie mają kagańców i żeby nie wsiadali do autobusu. Ich głupi argument, że przejadą tylko jeden przystanek skwitowałam, że mogą sobie go przejść. Kierowca nie zareagował jednak, chłopaki wsiedli, a jeden z ich psów zacząl szczekać na Berka. Kierowca nadal nic nie mówił. Jedyne na co było go stać to mruknięcie do mnie, że ten autobus to teraz jak psiarnia (?), bo Berek zaczął w pewnym momencie stękać popłakując po „psiowemu”.

Gdy wysiadłam pod domem byłam wycieńczona. Cały dzień jakis absurdalnych sytuacji.