Seter w biegu

Kiedyś czekając na odbiór małego Berka oglądałam na YouTube filmik z serio 101 Dogs o Gordonie. Filmik taki o niczym, ale wtedy cieszyłam się, że mogę popatrzeć na ładnego zwierzaka 🙂 W filmiku w pewnym momencie jakaś ani weterynarz uśmiecha się i zadaje pytanie CZY JEST COŚ PIĘKNIEJSZEGO OD GORDONA SETERA…

Ostatnio, łażąc po polu z Berkiem, uderzyło mnie, że NIE, NIE MA!!! Nie chcę wyjść na jakiegoś buca co zachwyca się własnym psem, ale ostatnio podczas spaceru świeciło ładne słoneczko, było miło, bo nie za zimno, co po prostu pomogło mi przyjrzeć się jak wspaniale mój pies się rusza…

Podobno seter rusza się z gracją. Czy ja wiem? Moim zdaniem nie o grację tu chodzi. Osobiście uwielbiam to jak bardzo Berek jest zaabsorbowany różnymi zapachami, które wyłapuje w powiewach wiatru, w trawie, wśród drzew. Wygląda tak jakby te zapachy „atakowały” go ze wszystkich stron, aż Berek dorwie ten najlepszy, najbardziej interesujący… To nie gracja, to raczej jego pasja i łowiecki instynkt.  Zawsze twierdziłam, że ludzie z pasją są super i wspaniale jest oddawać się swoim zainteresowaniom. Dlatego też podświadomie wiedziałam, że mój pies nie może być kanapowcem, pieskiem do towarzystwa – chciałam, aby coś uwielbiał, coś robił z psią, bezkompromisową radością. Psy myśliwskie kochają smrody :D, a Berek na polu jest w swoim żywiole (w lesie też, ale tam ja bardziej się stresuję, bo mniej widzę…).

Dziś patrzyłam jak kłusuje i galopuje z głową przy ziemi. Robił szybkie zwroty, bo zawiał wiatr. Zatrzymywał się i wtykał nos w kretowisko, albo intensywnie węszył w trawie. Berek ciężko pracował. A ja byłam zachwycona, bo pomimo jego psiego zaangażowania, mogłam go od smrodu odwołać 🙂

DSC_0198

DSC_0214

DSC_0212

DSC_0209

s

DSC_0230

Jak szybko może biec pies?

Oj szybko!

Dzisiaj krótki wpis – tak samo ekspresowy jak nowy kolega Berka – charcik włoski, którego w sobotę spotkaliśmy na wybiegu. Berek był zachwycony – całe życie seterów jest oparte na gonieniu szybko przemieszczającego się obiektu. Na dodatek zauważyłam, że akurat Berek ten instynkt ma niezwykle mocno rozwinięty. Jego nieszczęsne gonienie za rowerzystami i autami to przecież dokładnie to….

Ale wracając do charcika – był zachwycony, że nareszcie znalazł jakiegoś głupka (czyt. Berek), który próbuje go uparcie gonić, ale oczywiście dogonić go nie może. Berek biegał jak oszalały za charcikiem, ale nie był poirytowany, że nie może go dorwać. Dobrali się świetnie. Ta gonitwa była naprawdę wspaniała. Berek przeskakiwał przez ławki i biegł z cała prędkością. Przyznaję, że nie chciałam odrywać od psiaków wzroku, aby robić im zdjęcia. Wczoraj pogoda w Krakowie była kiepska, a więc na wybiegu prawie nikogo nie było. Berek i charcik – oba psie cykory – nie musiały niczym się przejmować i tylko zająć wspólnym szaleństwem. Wspaniałe! Nie będę się więcej rozpisywać tylko po prostu zamieszczę zdjęcia (zrobione na wybiegu dla psów w Krakowie na ul. Strzelców, niedaleko Ronda Barei)  😀

W sobotę też poszliśmy porozmawiać z trenerką flyball’u. Okazało się, jak zresztą podejrzewałam, że zanim zaczniemy nawet myśleć o treningach Berka, musimy podszkolić go w posłuszeństwie i porobić rożne ćwiczenia na aportowanie. Plan jest taki, że w przyszłym tygodniu mamy spotkać się z trenerką i dowiedzieć się jak ćwiczyć z Berkiem, aby ewentualnie przygotować go do późniejszych  treningów.

……………… A tak poza tym, to greyhound może osiągać 75km/h… Niesamowite! :D…..

Temat tabu?

Kiedyś, po mojej weekendowej wyprawie PKP , koleżanka zapytała jak mi i Berkowi minęła podróż. Ot, takie zwykłe poniedziałkowe pytanie. Zażartowałam, że było ok, choć ciasno, ale ludzie w przedziale akurat mili. No i Berek był grzeczny, spał i nie puszczał bąków, więc super, bo nie było ofiar… Koleżanka dziwnie na mnie spojrzała i nic nie powiedziała… Potem zaczęłam zastanawiać się, czy ja jednak jestem normalna, że biednej dziewczynie sprzedaję takie dowcipy, a ona zupełnie na to nieprzygotowana pewnie już nigdy nie zapyta o mój weekend. Co zrobić jeśli Berek serwuje bąki? No serwuje. Śmiejemy się z tego z mężem, bo to idiotyczne, gdy biedny pies zrywa się z posłania przerażony swoim bąkiem. Problem w tym, że tak totalnie zgłupiałam na punkcie Berka, że nie kontroluje już swojego wariactwa i tego co mówię publicznie.

 Gadam do ludzi o psich bąkach. 

Co następne? Czy będzie ze mną gorzej? Oby ! 😀 Berek czasem mnie wykańcza. Czasem czuję, że już nie mogę na niego patrzeć, a nie mam wyboru, bo cały czas coś chce, zaczepia, zagląda w oczy, liże w rękę, męczy o 100% uwagi. Przyznaję, że tak czasem jest.  Ale Berek to wyzwanie, które  nieświadomie mi stawia. Jego szczęśliwy ryj to nagroda za moją ciężką pracę. Niczego więcej od niego nie oczekuję.* A psie bąki? Cóż – zaliczam to do Berkowego repertuaru. Czasem mają występ, a czasem nie. Ale dziecko trzeba docenić, więc bijemy z mężem brawo i śmiejemy ile się da, co od razu wywołuje Berkowy merdający ogon. A przecież o to chodzi :D. Koło się zamyka, moje wariactwo pogłębia się o jednego psiego bąka więcej.

* No może jeszcze marzy mi się, aby wracał jak go wołam, bez analizowania czy mu się to opłaca. To dla jego bezpieczeństwa. Pracujemy nad tym – trzymajcie kciuki!

Na dobry początek

Kto śledzi Berkowego bloga, zapewne zauważył, że ostatnio coraz więcej tutaj mojego stękania i panikowania. Otóż Berek wkroczył w wiek buntowniczy i próbuje rządzić, a ja próbuje się nie dać. Wspominałam już, że postanowiłam iść z Berkiem na szkolenie indywidualne i spróbować wszystko jakoś ponaprawiać póki nie jest za późno.

Poszliśmy do szkoły tresury Hitt Dog na krakowskich Błoniach. Rozmawiałam z wieloma psiarzami, których spotykam na spacerach, i wszyscy polecali ta szkołę. Dodatkowo, mam stosunkowo prosty dojazd na Błonie i nie muszę tracić pół dnia na sama podróż.

Zajęcia zaczynaliśmy o 9.00. Oczywiście jak tylko doszłam na placyk na którym mieliśmy spotkać pana trenera Jacka Lewkowicza, zaczął siąpić deszcz. Ale w końcu mamy listopad :). Pan Jacek przepytał mnie o Berka – gdzie wychodzi na dwór, jak często, jaki jest problem (ale tego szybko się domyślił), czym karmię psiaka i kiedy. Potem powiedział, że zgadza się ze mną i sugeruje, tak jak zresztą sądziłam, zajęcia indywidualne. Po jakimś czasie Berek będzie dołączany do innych piesków, ale na razie musimy popracować we dwójkę. Kurs składa się z 12 spotkań, minimum 2 razy w tygodniu. Sesja trwa około 30-40 minut, nie więcej, gdyż psiak dłużej raczej nie będzie w stanie się skoncentrować. Pan Jacek jest bardzo spokojny, uśmiechnięty, nie podchodzi do właściciela psa krytycznie i wydaje mi się, że cieszy się, że człowiek po prostu chce pracować ze swoim psem. Przyznaje, że swobodnie wykonywałam jego polecenia, ganiałam z Berkiem po placyku głośno śmiejąc się, gdy oboje ślizgaliśmy się po błocie. Była masa zabawy, a ja, pomimo iż pewnie nadal popełniałam masę błędów, czułam się, że Berek lepiej ze mną pracuje niż z doświadczonym trenerem. Dlaczego? Nie dlatego, że pan Jacek miał z nim zły kontakt, ale dlatego, że to właśnie mnie stawiał w centrum uwagi psa. Pokazywał wiele rzeczy „na sucho”, gdy pies swobodnie biegał wokół nas, a ja byłam praktycznie jedyna osobą, która poruzumiewała się z psem. Super 😀

Na razie ćwiczyliśmy podstawy. Była komenda „do mnie” i „siad”. Zaczęliśmy też robić wstęp do komendy „do nogi”. Ale najważniejsza moim zdaniem byłą sugestia pana Jacka, że muszę chodzić z Berkiem na spacery do miasta, znacznie częściej niż to robię, gdyż psiak jest za bardzo podekscytowany wszystkimi bodźcami i nie potrafi wyciszyć się, a tym samym skoncentrować się na mnie. Byłam trochę zaskoczona, bo przecież zabieram Berka w wiele miejsc – nie robię tego bardzo często, ale  nie jest z tym aż tak źle… Okazało się jednak, że Berek potrzebuje znacznie więcej takich wypraw, a ja powinnam spróbować ignorować jego ekscytację na ulicy i w komunikacji miejskiej. Chyba dziś popołudniu pojadę z Berkiem zwiedzać Kraków…

Następne zajęcia mamy już jutro :). A dziś na spacerze czeka nas dużo pracy :):)

Z racji tego, że na treningu byłam sama z Berkiem, nie mamy fotek. Dodaję zdjęcia ze spaceru, które zrobiłam kilka dni temu. Berek w pełnej krasie 🙂

Łzy

Ostatnio nie mam weny do robienia zdjęć. Wiem, że przegapiłam pierwszy w życiu Berka śnieg, ale trudno – po prostu nie mogłam się zmusić. Zresztą ostatni weekend spędziłam w Warszawie i, w związku z tym miałam wątpliwą przyjemność podróżowania z psem PKP. Miałam wypakowany plecak ze stelażem, plus psa, więc zrezygnowałam z brania lustrzanki. Dodatkowo, jak wróciłam do Krakowa, to już następnego dnia Berek wykręcił mi beznadziejny numer, który tylko przyspieszył moją decyzję o indywidualnym szkoleniu Psiego Ryja. Nie wiem skąd wytrzasnę na to kasę, ale coś musimy z mężem wymyślić. Zajęcia grupowe odpadają, odbywają się zwykle wieczorami, a ja w poniedziałki i we wtorki siedzę do późna na uczelni.

Otóż co Berek wymyślił? Poszłam jak zwykle rano na spacer do Lasku Wolskiego. Miałam szczęście, bo pod Kopcem Piłsudskiego spotkałam dwie przesympatyczne panie z psiakami. Berek trochę się pobawił, a już na pewno bardzo rozochocił i zaczepiał psiaki nawet jak te już miały dość zabawy. Ot, takie klasyczne zachowanie młodego psiaka – szaleństwo. Tu warto dodać, że w środku Lasku Wolskiego jest zoo. W Lasku są asfaltowe alejki i zwykłe leśne ścieżki. Zwykle spaceruję właśnie ścieżkami, bo jest przyjemniej. Zresztą asfaltowymi alejkami czasami jeżdżą auta, które dowożą różne rzeczy do zoo i porządkują park. Są to więc czasem traktory, vany i osobówki pracowników zoo. Niestety jeżdżą dość szybko (moim zdaniem), co stwarza wiele niebezpiecznych sytuacji. Zdaję sobie sprawę, ze pies powinien być na smyczy w Lasku Wolskim, jednak żaden nie jest i, podążając-głupio- za tłumem, Berek także biega luzem. Owego dnia, gdy Berek szalał z psiakami, postanowiłam wracać asfaltówką. Zaraz o tym jak odłączyliśmy się z Berkiem od psiaków, Psi Ryj pogonił traktor. Poleciał daleko i szybko, ale na szczęście traktor był daleko i go nie dogonił. Zdenerwowało mnie to bardzo, bo Berek zniknął mi na trochę z oczu i nie widziałam co się dzieje. Jednakże stosunkowo szybko wrócił do mnie z miną jakby nic się nie stało. Szliśmy dalej, a Berek jak zwykle biegał niedaleko mnie. Zza zakrętu usłyszałam, że toczy się w naszą stronę auto. Zawołałam Berka, a on jak zwykle odwrócił się i zaczął biec  moim kierunku. Czekałam na niego z ciuciusami, w pozycji wyuczonej na kursie posłuszeństwa. Ale nagle Berek zatrzymał się, odwrócił w stronę nadjeżdżającego auta i … ruszył wprost na tego vana!! Biegł centralnie naprzeciw myśląc zapewne, że jest to coś do upolowanie, pogonienia, pobawienia się. Nie mogłam nic zrobić, auto było blisko, jechało praktycznie na mnie i na biegnącego Berka. Serce mi się zatrzymało. Samochód wyhamował, a ja dopadłam do skaczącego radośnie Berka. Pan kierowca tworzył okno i uśmiechnął się d mnie mówiąc, że pies praktycznie biegł prosto pod koła. Przeprosiłam i głupio wytłumaczyłam, że zrobił to pierwszy raz. Samochód odjechał, a mi dopiero wtedy puściły emocje – nogi zmiękły, aż przykucnęłam, bo nie mogłam ustać. Zaczęłam całą dygotać i poryczałam się jakimś histerycznym szlochem. Beruś oczywiście stał koło mnie zaglądając mi w oczy i tuląc do mnie swój ryj. Nie pomagało to, bo nawet nie potrafiłam być na niego wściekła. Dotarło do mnie jak bardzo się o niego boję i jak bardzo chcę by był bezpieczny. on jednak nic nie rozumie i nie mogę tego od niego wymagać. Muszę ogarnąć tego psa póki jeszcze się da, bo w swoi psim szaleństwie może nieświadomie zrobić sobie krzywdę. Wystarczy ten jeden raz, to nie musi być reguła. Przecież Berek zawsze wracał, gdy jechało auto. Na ulicy nie zwraca uwagi na samochody. Natomiast wtedy tego feralnego dnia uznał, że jeszcze chętnie by się pobawił i akurat jechał van…

Płakałam jeszcze parę chwil. Przyprowadziłam Berka do domu i natychmiast wyszukałam ośrodek szkoleniowy dla psów na krakowskich Błoniach. dziś popołudniu będę dzwonić i dowiadywać się o koszty zajęć indywidualnych i zobaczymy co z tego wyjdzie. Nie mogę się poddać, bo to będzie oznaczało, że darowałam sobie psa, tj. jego bezpieczeństwo i szczęście.

Pimp my dog

Czasem, ostatnio coraz częściej, wolę planować zakupy dla Berka niż dla siebie. Niedobrze – jak tak kobieta może, że w centrum handlowym biegnie od razu do sklepu zoologicznego zamiast oglądać nowe ciuchy ;). Nie wiem jak może, ale tak robi 🙂

Zwykle w sklepach zoologicznych nie znajduję nic ciekawego. Może nie trafiam do tych z fajnym asortymentem?… W każdym bądź razie, rzadko kiedy znajduję tam coś godnego uwagi, a wysokie ceny odstraszają swoją absurdalnością.

Co innego z internetem – czasem łażę po różnych stronach i sprawdzam co ciekawego słychać w świecie psiowych gadżetów. Nie robię tego często, bo i tak przeważnie najciekawsze/najdziwniejsze rzeczy są w zagranicznych sklepach internetowych, gdzie raczej nie kupuję, ale popatrzeć można 🙂

Kiedyś widziałam psie miski za $300, obroże za ponad $150, posłania zrobione z jakiś niezniszczalnych materiałów (akurat przydałoby się), nie mówiąc o kosmetykach dla psów – szampony za $70 czy lakier do pazurów… Może nie powinnam się dziwić – różni ludzie, różne ich psy i różne potrzeby. Ważne, że jest wybór i przecież nikt nie karze mi kupować porcelanowej zastawy dla psa za $300. Mechanizm jest zawsze ten sam – przecież nikt nie potrzebuje bluzki czy płaszcza za setki złotych, a jednak czasem kupujemy i takie ciuchy, bo lepiej wyglądają, są uszyte z lepszego materiału i są oryginalne. Z psią miską też może tak być – ta droższa może być ładniejsza, trwalsza i wyjątkowa. Kupujmy co chcemy i starajmy się nie dorabiać do tego  filozofii.

Osobiście nie kupuje Berkowi zbędnych gadżetów. Ma tyle rzeczy ile potrzebuje, i ile ja potrzebuję by mi było łatwo się nim zajmować. Jednak przyznaję się bez bicia, że uwielbiam psie obroże. Mam też małego fisia na punkcie Berkowego legowiska.

W Polsce powoli rozkręca się business psich obróżek. Jest parę sklepów internetowych, które oferują kolorowe obróżki w różnych rozmiarach i z różnymi zapięciami. Ostatnio znalazłam jednak kolorową obróżkę i może zamówię ją dla Berka – na razie zbieram się do podjęcia tej decyzji, bo Berek ma dwie obroże i to mu wystarcza, więc trzecia obróżka to tylko kaprys…

A legowisko? Według mnie może być paskudne, byle psu było wygodnie. I musi być czyste. Uwielbiam różne kocyki i poszewki, które mogę często prać. Nie ma nic fajniejszego jak psiak który mości się na czystym kocysiu :). Być może trochę uczłowieczam Berka i wmawiam sobie, że posłanie ma dla niego aż takie znaczenie, ale to takie minimum, które przecież tak łatwo zaoferować psu i warto o to dbać.

A Wy lubicie psie gadżety? I dlaczego?

Poniżej, te najpiękniejsze!  🙂

Powyższe wzory obróżek pochodzą ze strony http://www.dutch-dog.com. Kolejno od prawej wzór Vincent van Gogh, Piet Mondrian i Maarten van Heemskerck. Mój faworyt to zdecydowanie Mondrian w tym przypadku 🙂

I piękne puzzle z Furkidz.eu  :):)

Plan weekendowy

W weekend mieliśmy masę rzeczy do załatwiania. Ponieważ w tygodniu jestem z Berkiem sama, weekendy, gdy mąż przyjeżdża zawsze są bardziej organizacyjne i niż relaksacyjne. A tu zrobić większe zakupy, a tu dokupić coś do mieszkania, a tu gdzieś pojechać i coś sprawdzić, bo w tygodniu sama nie dałam rady. I co najważniejsze – już w piątek wieczorem obmyślamy co robimy z Berkiem, żeby było coś innego i dla nas i dla psiaka ciekawego. Planowaliśmy wybrać się w Słowackie Tatry, chociaż na jeden dzień, jednak nie mieliśmy aż tyle czasu. Postanowiliśmy wykorzystać wspaniałą pogodę, bo to pewnie ostatnie tak ciepłe dni, i pokrążyć po Krakowie i okolicach.

W sobotę rano weszliśmy na Kopiec Piłsudskiego. Jest to największy z istniejących w Krakowie kopców, ma 35 metrów wysokości. Kopiec Piłsudskiego znajduje się w Lasku Wolskim, na szczycie Sowińca, który jest najwyższym wzniesieniem Pasma Sowińca.  Co dla nas było najistotniejsze – można na niego wchodzić psem, tylko oczywiście na smyczy. Mieliśmy szczęście, bo wcześnie rano nie było tam prawie w ogóle ludzi, więc mogliśmy w spokoju cieszyć się super widokami. A prawie na szczycie siedziały dwa gołębie… Chyba im przerwaliśmy romantyczne rendez-vous, ale trudno – Berek był zachwycony! Scena była trochę jak z Wilq’a, gdzie gołębie są dość istotne: http://www.wilq.pl/glowna.html ……

W czasie weekendu odwiedziliśmy wybieg dla psiaków na ul. Strzelców. W sobotę niestety atmosfera na wybiegu nie była najlepsza, tak samo wśród ludzi (zwracanie sobie uwagi)jak i psów. Było kilka piesków, które wyraźnie próbowały podporządkować sobie innych uczestników zabawy. Berek przemykał tylko i tak naprawdę nie wyglądał na szczęśliwego. Potem przyszedł pan z pitbullem, który wyjątkowo chciał sobie na wybiegu porządzić, a nie miał niestety kagańca (mimo iż według regulaminu takowy powinien mieć gdyż jest na liście ras agresywnych).  Nie chciałam, by Berek miał jakiekolwiek spięcie z tym psem, więc postanowiliśmy znikać do domciu. Berek nie miał żadnych obiekcji.

Natomiast w niedzielę piesków było mniej i Berek szalał. Myślę, że mój psiak jednak ma coś ze mnie 🙂 i woli przebywać w mniejszej grupie współbratymców. Ma wtedy więcej energii do zabawy i jest śmielszy.

„Psiara”

Czasem Berek sprawia, że czuję się osamotniona…. Już wyjaśniam o co mi chodzi.

Berek mnie spaczył, zmienił prawie nie do poznania niektóre rejony mojego życia i mój sposób funkcjonowania. Jeśli naprawdę angażujesz się w to co robisz i do czego sie zobowiązujesz, to musi to mieć wpływ na Twoje życie. A posiadanie psa to przecież decyzja, która wiąże sie z odpowiedzialnościa i ma swoje konsekwencje. Pies nie może być tylko dodatkiem do Twojego obecnego, zorganizowanego życia. It’s not gonna work this way :D! W związku z tym Berek musiał zmienić trochę i mnie i moje życie. I czasem czuję się w tym moim zmienionych świecie samotna bo …

… Wstaję około 2 godziny wcześniej by rano zawsze mieć czas spokojnie zająć się psem. Mam szafkę z ubraniami przeznaczonymi do spacerów z psem – masa tam dziwnie skrojonych spodni, przykrótkich legginsów, bluz dresowych z dziurami na rękawach i T-shirtów z głupimi nadrukami. Mam też półkę w szafie gdzie trzymam śmierdzące psie ciuciusy do treningów i wędzone kości. W pobliskim sklepie ciągle wykupuję cały zapas kurzych serduszek i innych mięsnych wynalazków, aż jedna pani ekspedientka nie wytrzymała i zapytała czy ja to jem… Ostatnio zauważyłam, że noszę tylko ubrania, które nie spowalniają i w żaden sposób nie ograniczają moich ruchów, bo albo jestem z psem albo do niego pędzę i nie mam czasu na dreptanie w wąskiej spódnicy i 10-centymetrowych obcasikach. W każdej kieszeni znajduje torebki na psie kupy. Czasem same z tych kieszeni wyłażą i powiewają na wietrze, bez mojej wiedzy oczywiście. Nie oglądam TV, ale oglądam mojego psa, bo właśnie wieczorami przyjmuje najśmieszniejsze pozycje na kanapie. Jestem w stanie przywiązać do siebie wszystko, tylko po to aby mieć wolne ręce i móc mocno trzymać smycz z psem. Dużo by wymieniać 🙂

Założę się, że z powodu Berka (i nie tylko 🙂 )robię masę dziwnych rzeczy, kończę jednak temat, bo pewnie każdy właściciel psa ma swoje „dziwactwa” i sposoby na przetrwanie J…

Problem polega na tym, że niedawno zaczęłam kolejne studia i znów znalazłam się w nowym miejscu i wśród nowych ludzi. Przez ostatnie dwa-trzy tygodnie musiałam po prostu przedawkować ilość zdziwionych spojrzeń i chyba za dużo razy musiałam odpowiadać na pytania  w stylu: „Czy piesek ma kuwetę w tym kojcu?”… Nie lubię kategoryzowania i uogólniania, jednak wiem, że jest to nieuniknione i bardzo pomaga człowiekowi odnaleźć się w społeczeństwie. Przyznaję, że z powodu rożnych dziwnych rozmów jakie przeprowadziłam ostatnio, pierwszy raz głośno skategoryzowałam siebie jako „psiara” i mój rozmówca od razu uspokoił się, a nasza trochę dziwna rozmowa szybciej się zakończyła …

Czy ktoś wie czy krakowscy psiarze gdzieś się organizują i czy istnieje jakiś sposób by się skrzyknąć na spacer? W desperacji rozważałam nawet ogłoszenia na uczelni, ale jeszcze nie jest ze mną aż tak źle…

 Ale co u Berka? Wczoraj w czasie naszego popołudniowego spaceru Berek znalazł sobie błotko. Pełnia szczęścia ! Okazało się, że koło kałuży leżą wióry z uciętego niedawno drzewa… Ah!!! Zobaczcie sami co mój pies wyprawiał.

Weekend planujemy aktywnie, pomimo, że i tak mamy już dużo innych zajęć. Trzeba to jakoś wszystko pogodzić.

Psia radość

Nie było mnie w domu trzy dni. Nawet niecałe, bo wyjechałam w piątek o świcie a wróciłam w niedziele wieczorem. Ale dzień liczy się w pełni tylko wtedy, gdy jest spacer z psem. Przez te trzy dni spacerów z Berkiem nie było … Psiakiem zajmował się mąż, a ja zajmowałam się studiowaniem w terenie. Wyjazd naukowy zorganizowany przez mój uniwersytet był świetny i cieszę się, że pojechałam. Zdobyłam wiedzę, której na pewno siedząc na wykładach lub w bibliotece bym nie zdobyła. Jednakże, cieszyłam się, że w niedzielę będę już w domu i zobaczę moja mniej i bardziej owłosioną rodzinkę :).

Mąż cieszył się, że wróciłam, bo on już tak ma J. Natomiast Berek? Berek ostatnio miał trochę stękliwy okres w swoim życiu, ale już chyba mu się poprawia i trochę się uspakaja. Gdy mnie zobaczył, tak zaczął mu chodzić ogon, że cały wpadł w wibracje i musiał się położyć, bo biedak przewróciłby się.

Stwierdzam, że nawet jeśli już okaże się, że wyjazd jest beznadziejny, pogoda paskudna, nuda i trudy podróży zmęczą człowieka jak nic, to moment w którym pies zaczyna cieszyć się na nasz widok jest bezcenny. Żałuje teraz, że nie oprosiłam męża o fotkę, ale nie miałam czasu nawet pomyśleć o tym, bo kto zajmowałby się takimi szczegółami, dy ma tyle merdającego szczęścia przed sobą.

Poniżej parę zdjęć „z terenu”. Nigdy ich nie publikowałam, bo Berek na samym początku spaceru wskoczył w błoto i wyglądał jak prosiak.