Love/hate list – Holandia subiektywnie

Daleko mi do tego by być w stanie powiedzieć, że znam Holandię i Holendrów. Poznanie kraju i kultury wymaga naprawdę dużo pracy i zaangażowania. Spędziłam w Holandii rok i po prostu obserwowałam co się dzieje wokół mnie i jak na to reaguję. Czasem można zobaczyć rzeczy, które dla mieszkańców są już niewidoczne lub po prostu są niekwestionowaną normą. To nie znaczy, że się to rozumie, albo, że ma się prawo do krytycznej oceny! Tak więc w tym wpisie mały zestaw moich obserwacji i refleksji na temat  Holandii. Subiektywnie – to co mnie zauroczyło i spodobało, a także to co mnie zdziwiło i w czym nie mogłam się odnaleźć. Czytaj dalej

Psi snob

Berek jest wrażliwym psem. Psem, którego jak na jego emocjonalność i wrażliwość, za mało socjalizowałam, gdy był młodszy. Nie założyłam, że pomimo kontaktowania się z innymi psami, nie będzie potrafił „dogadać się” z tymi, które są apodyktyczne, asertywne, nie szanujące jego przestrzeni. Berek po prostu tego nie lubi i źle się czuje w sytuacjach z których nie widzi spokojnego i bezpiecznego sposobu na wycofanie się i ewentualne uniknięcie. Jego brak pewności siebie i potrzebę ogromnego wsparcie ode mnie wyłapałam, gdy był już dorosły. Ciężką pracą na klasach psiej komunikacji wypracowałam z nim (i ze sobą) bardzo wiele. Ale, jak wiadomo wszystko może pójść na marne jeśli Berek będzie widział, że znów to co on robi i próbuje się porozumiewać z innymi psami, jest nieskuteczne. A niestety bywa, bo tak samo jak ja musiałam nauczyć swojego psa mówić kategorycznie do innych psów „zostaw mnie w spokoju, nie chcę się z tobą teraz kontaktować”, tak inni właściciele psów powinni nauczyć swoje czworonogi odpuszczać i szanować zdanie innych psów.  Czytaj dalej

Haarlem – ukryty skarb Holandii

Haarlem to jedno z najstarszych miast Holandii Północnej – status miasta był mu nadany w 1245 roku. Zalicza się do Randstadu czyli najbardziej uprzemysłowionej, najgęściej zaludnionej części Holandii (i Europy). Do Randstadu należą jeszcze takie miasta jak oczywiście Amsterdam, Haga, Rotterdam, czy Leiden i Utrecht. Odwiedzając Holandię warto zdecydować się na odwiedzenie Haarlemu. Wystarczy 15-20 minut podróży pociągiem z Centraal Station w Amsterdamie i już jesteśmy w tym przepięknym mieście. Czytaj dalej

To jest dopiero początek

Robercika poznałam pierwszego dnia mojego wolontariatu w Krakowskim Schronisku dla zwierząt. Od razu zdobył moje serce. Podpytałam wolontariuszkę, która zajmowała się nim już od dłuższego czasu o jego historię. Widać było, że psiak ma chore nóżki i kłopoty z chodzeniem. Gorzej było w zimne dni, kiedy kończyny wydawały się jeszcze sztywniejsze, a Robercik był niechętny do wstawania. Wtedy to postanowiłam zrobić wszystko co w mojej mocy, aby znaleźć mu dom i to jeszcze przed zimą. To miał być taki prezent na gwiazdkę, który sama sobie chcę sprawić – dom dla Robercika. Próbowałam, ogłaszałam go i pisałam gdzie mogłam, ale nikt go nie chciał. O tym wszystkim opowiadałam regularnie moim rodzicom, więc Robercik i jego historia były im znane od samego początku.

I to właśnie oni postanowili odmienić życie tego psa i dać mu dom :). Tata zaczął podpytywać mnie o Robercika, konsultować to co wiem o chorobie psa z naszym znajomym weterynarzem. Namyślania było dużo, ale tego typu decyzja nie może być podejmowana pod wpływem impulsu. Efekt jest taki, że w ostatnią sobotę Robercik przejechał 400km z Krakowa do Warszawy, gdzie ma teraz swój dom. Zamętu było dużo, jeżdżenia w nocy pociągami i samochodami na relacji Warszawa- Kraków, Kraków-Warszawa, ale trzeba było. Musiałam z rozsądku spędzić kilka dni bez Berka, aby nie musiał podróżować ze mną tak dużo PKP, i bardzo za nim tęskniłam, a na taką rozłąkę z moim psem nie miałam ochoty. Ale nie dało się tego uniknąć. Kilka intensywnych dni, trzeba było zacisnąć zęby i podopinać wszystko na ostatni guzik. Udało się 🙂

W sobotę rano mój tata przyjechał do Krakowa po Robercika. Beruś był już w Warszawie i na nas czekał. Niestety-stety oba psiaki musiały podróżować za nami, bo tu w Krakowie nie mamy z kim zostawić Berka nawet na chwilę. Chciałam też aby się poznały jak najszybciej. Plan był, że ja jadę z tatą i Robercikiem autem do Warszawy. Robercika wszyscy, ale to wszyscy, żegnali w schronisku – był uwielbiany przez pracowników i wszystkich wolontariuszy. Po podpisaniu umowy adopcyjnej i wizycie u schroniskowego weterynarza Robercik nieśmiało wyszedł poza teren schroniska… Jak już pisałam poprzednio – był wcześniej dwa razy adoptowany, ale zawsze oddawany po kilku dniach. Tak naprawdę nie miał pojęcia na czym polega posiadanie domu, swoich ludzi, którzy głaszczą i zajmują się tylko nim. Do samochodu wsiadał niechętnie. Jednak Robercik jest tak chory, że nie ma nawet możliwości wyrwania się, kręcenia czy pokazywania, że coś mu się nie podoba. Leżał koło mnie cicho na kanapie. Niestety tak jak się spodziewaliśmy, ma chorobę lokomocyjną, więc pierwsze godziny podróży były ciężkie. Z krótkimi postojami dotarliśmy do Warszawy jeszcze przed wieczorem. Robercik wylądował na swoim posłaniu, trochę zdezorientowany i zagubiony. A Berek, który czekał na nas u moich rodziców? Nawet nie za bardzo zainteresował się Robercikiem 🙂 Nowy psiak siedział u siebie przez większość wieczoru, ale cieszył się za każdym razem jak do niego przychodziliśmy i żywo na nas reagował. Wiedzieliśmy, że potrzebuje czasu i musi poznać wszystko w swoim tempie, więc nim mu nie narzucaliśmy. Został nakarmiony, napojony i wygłaskany, a potem zostawiony w spokoju.

W nocy zaglądaliśmy do Robercika regularnie, żeby zobaczyć co tam robi. Gdy zobaczył mnie postanowił pozwiedzać dom. Tak więc o 3.00 w nocy zamiast spać łaziłam po chałupie i pokazywałam psu różne kąty :). W niedzielę rano zabrałam Berka na długi spacer po polach, a Robercik mógł swobodnie pochodzić po ogrodzie i popilnować moją mamę, która szykowała mu jedzenie. Robercik, z powodu swojej choroby, jest właściwie zupełnie bezbronny w kontaktach z innymi psami. Nie ma nawet możliwości uciec, uskoczyć, czy położyć na plecach i pokazać brzuch. Berek go onieśmielał, mimo iz tylko zapraszał go do zabawy. Jednak energia jaką ma mój pies, szybkość i zamaszystość ruchów po prostu przeraża unieruchomionego Robercika. Ich wzajemne kontakty muszą na razie być kontrolowane, bo Robercik nie czuje się jeszcze pewnie i obawia się Berka. Jednak i tak uważam, że mój pies jest cudowny, bo mimo iż Robercik nagle zjawił się na, bądź co bądź, jego terenie, nic mu nie zrobił, tylko machał do niego ogonem. Uważam, że oba psy doskonale wiedzą jaka którego jest pozycja i stanowisko w tej znajomości i Berek doskonale zna swoja przewagę fizyczną. Jednak niesamowite jest, że samiec nie czuje potrzeby tego wykorzystać i jedyne czego chce to wąchać i bawić się z kolegą. Berek jest super :).

W niedzielę popołudniu wróciliśmy z Berkiem do Krakowa. Robercik ma teraz moich rodziców i cały dom dla siebie. Jestem pewna, że już za kilka dni będzie tam królem 🙂 Na razie niechętnie wychodzi do ogrodu, patrzy cały czas na drzwi, jakby bał się, że się zamkną i ciepłe posłanie zniknie na zawsze. Zdarza mu się też nasikać w domu na legowisko, ale to pewnie kwestia dni, żeby zaskoczył, że to tylko jego i trzeba o to dbać, a nie znaczyć. A ja? Nadal nie mogę uwierzyć, że udało mi się znaleźć dla tego psa dom. Parę miesięcy temu obiecałam mu to, gdy tulił się do mnie w boksie i stało się – ma najlepszy dom jaki można sobie wymarzyć dla psiaka. Niedługo czeka go jeszcze wizyta weterynarza i mam nadzieję, że uda się wdrożyć jakieś leczenie, żeby chociaż mu ulżyć. Odkryliśmy, że Robercik oprócz kłopotów z chodzenie – bardzo dużych, bo łapy sztywnieją, wykręcają się, ale też czasem wiotczeją i rozjeżdżają się pod jego ciężarem – ma problemy z oddychanie i przełykaniem. Czasem sztywnieje mu język, co uniemożliwia mu oddychanie. Wtedy pysk robi mu się fioletowy, przez chwile jest cisza, po czym łapczywie nabiera powietrza. Bardzo powoli je i czasem dławi się. Niestety jest bardzo chory i nie wiadomo co mu jest.  Moi rodzice uratowali mu życie, bo w takim stanie w schronisku, gdzie jest wilgotno i zimno, byłoby mu bardzo ciężko przetrwać zimę. A przecież ten psiak ma tylko rok…

DSC_0700

DSC_0727 (2)

DSC_0726

DSC_0719 (2)

DSC_0712 (2)

DSC_0707 (2)

DSC_0714 (2)

DSC_0701 (3)

 

Myjnia dla psa

Z Berkiem nigdy nie jest nudno. Nawet z pozoru zwykły niedzielny spacer może okazać się prawie pięcio-godzinną wyprawą z przygodami.

Wczoraj postanowiliśmy pojechać przed południem na Błonia. Chcieliśmy, żeby Berek polatał z innymi psami, wyszalał się I potem spał przez resztę dnia. Taki był plan … 🙂

Na Błoniach bywam dość rzadko I nie do końca wiemy kiedy w weekendy przychodzą tam psiarze. My dotarliśmy około 10.00, wychodząc z założenia, że jest ciepło, więc psiaki zapewne przyjdą wcześniaj, omijając południowy skwar. Jednak nikogo nie było… Po pewnym czasie stwierdziliśmy, że pójdziemy czegoś się napić I najwyżej za jakiś czas wrócimy na Błonia zobaczyć czy tym razem są psy. Idąc na przystanek autobusowy, żeby podjechać do FORUM Przestrzeń, minęliśmy jakis państwa z dziewięciomiesięcznym Airedale terriem. Chwilę porozmawialiśmy, bo okazało się, że psy chcą poganiać razem. Terrier był młodziutki I dośc rezolutny, więc napomnęłam, że warto uważam, że wielkie błotne kałuże na Błoniach, bo “nasz to często wskakuje I potem jest kłopot”. Mili państwo od terriera poinformowali nas, że po drugiej stronie Błoń jest … myjnia dla psa… Śmichy -chichy, że takie te psiaki zwariowane I że myjnia to całkiem fajny pomysł I że może kiedyś skorzystamy. Pożegnaliśmy się, żeby śmignąć do FORUM. FORUM to super miejsce dla psiaków – sądzę, że stworzę osobny post, w którym pokarzę Przestrzenie Forum I co mają do zaoferowania nam – psiarzom, I naszym pupilom. Wczoraj w FORUM odpoczęliśmy w cieniu na leżaczkach, popijając sok pomarańczowy, orenżadę I zajadając ciasto rabarbarowe. To było dokładnie to czego potrzebowaliśmy, szczególnie, gdy reszta dnia miała już zupełnie nie- relaksacyjny charakter…

Z FORUM ruszyliśmy spowrotem na Błonia. Tym razem było dożo psiaków i Berek biegał jak szalony, w ogóle nie zwracając uwagi na gorąc. Ale, gdy już mieliśmy się zbierać do domu, Berek stwierdził, że czas na kąpiel i zanurkował w ogromnej, błotnej kałuży. Przez cały spacer udawało nam się odpędzić go od tego syfu, ale pod koniec zagapiliśmy sie, a Berek idealnie wykorzystał chwilę naszej nieuwagi. Ponieważ, że czekał nas powrót do domu autobusem z potworem błotnym, postanowiliśmy poszukaćpsiej myjni (klik) o której opowiadali właściciele wcześniej spotkanego terriera. Nie było chyba osoby, która nie patrzyłaby się na nas z zaskoczeniem, bo nie tylko Berek był w syfie – po paru chwilach i my byliśmy cali w błotnych kropkach i smugach…

Myjnia znajduje się na ulicy Piastowskiej . Wygląda niepozornie, ale spełnia swoją role doskonale. Działa za zasadzie samoobsługowej myjni samochodowej – wrzucasz do automatu pieniążek, wybierasz opcję mycie psa krótko- lub długowłosego. Urządzenie dozuje szampon, ciepłą wode do namydlenia i opłukania psiaka. Są nawet ręczniki i suszarka, ale z nich nie korzystaliśmy. Psia myjnia to rewelacyjny pomysł – ma specjalnie zaprojektowaną wannę z wygodnym dla psa podejściem, dzięki czemu zwierzęciu, jak również właścicielowi, jest po prostu wygodniej, a mycie przebiega sprawniej. Dzięki temu, że psiaka kąpie jego opiekun a nie obca osoba w salonie pielęgnacji, zwierzę praktycznie nie stresuje się. Temperatura wody to 39C. Dowiedziałam sie również, że w myjni jest specjalna słuchawka od prysznica, która nie wydaje ultradźwięków i dzięki temu jest przyjazna zwierzętom.

Błoto na Berku nie było zwykłym błotem – to była gęsta maź, która okleiła go grubą warstwą. Długo musieliśmy z tym walczyć, jednak Berek stał w wanience spokojnie i w ogóle nie awanturował się. Przyznam, że nie wiem jak byśmy wrócili wczoraj do domu autobusem, gdyby nie psia myjnia i niesamowity zbieg okoliczności, że akurat przypadkowo spotkani psiarze mimochodem o niej wspomnieli.

Z Błoń podjechaliśmy pod zoo w Lasku Wolskim i stamtąd przeszliśmy już do domu na piechotę. To była naprawdę emocjonująca wyprawa, szczególnie biorąc pod uwagę, że właściwie nigdzie nie byliśmy 😀 … Berek jest niezawodny 😀

3ahlAND7IVcZdlvvIfCEv90_QDv6XA8n19KLI6LABB8

psa1LOCESnduoxJrZAQ3g8INX9_x-r2rMew9jWIAZrs

tHZr8Zclnzc0tnduVjTwBYf4F07oyiNsjCwezf8U7Jw

8lQxA2a_mk3vrIzWMf3xvXG1b0NQKB_rpA0uegsEhq4

EmZ78f7pwz559tCHSRKtAm8XBMfAKrRRm-u7mdFqrX4

FjA2iT8u73eOxnKSrG5sXNE-3gxkBTelCtzKtcofVHg

3TQY2NOtcZfL4bggFNVP2mXrWRZJloZjaI32Yxt9Uaw

o6jo1z0869qDNm70Mty76ow3mRt1X4S6-88sDWbPLRE

„If I was going somewhere, I was running!” – Forrest Gump

Berek ma takie dni, że cały czas biegnie. Wyraźnie ma wtedy problemy z chodzeniem jako takim. Atakuje go tyle zapachów, latają we wszystkich kierunkach i trzeba je gonić. Tak to mniej więcej wygląda – jakby Berek próbował sam siebie gonić, gonić wiatr, uciekające plamy cienia na polach. Szaleństwo! Uwielbiam na niego wtedy patrzeć. W takie dni niestety Berek trochę gorzej mnie słyszy i muszę brać pod uwagę to, że jak zawołam to być może zajmie mu chwilę przybiegnięcie do mnie. Ale co tam – chodzimy na spacery w takie miejsca, że jego  czasowe szaleństwo jest nieszkodliwe.

Pełen galop, szaleństwo w oczach, powiewający język – najpiękniejszy Psi Ryj na świecie 😀 Popatrzcie 🙂

1

13

3

14

16

9

10

11

15

Symbioza

SAM_0768

 Mój Gordon. Żywioł. Kocham go jak nie wiem, im szybciej biegnie tym szybciej goni za nim moje uwielbienie dla jego szaleństwa.  Zawsze uważałam, że nie może być nic fajniejszego od Berka – szczeniaka, ale myliłam się – i to jak bardzo! Fajniejszy jest duży, wyrośniety, dojrzalszy Berek. Ten który włązi mi na kolana mimo iż już dawno się na nich nie mieści. Ten który biegnie do mnie jak go zawołam mimo iż ma inne psie sprawy do załątwienia podczas spaceru. Ten, który przychodzi, bo słyszy, że płączę. Berek, który świadomie, podczas 1,5 roku swojego  życia, stwierdził, że to właśnie mnie będzie kochał i do mnie biegł, gdy dzieje się coś nie tak. Taki Berek jest najlepszy, wspaniały i ukochany.

Oczywiście zachowanie Berka pozostawia wiele do życzenia. Podobnie ja, jako opiekun Psiego Ryja, mogłabym zapewne lepiej się spisywać. Jednak widzę, że jest dużo lepiej niż było, fajniej, ale też spokojniej.

Ale o co mi w tym wpisie właściwie chodzi? Otóż… uważam, że koegzystencja człowieka z jego psem powinna przebiegać w miarę spokojnie. Gdy spokojnie nie jest, gdy pojawia się wiele emocji – należy iść do lekarza. Ze sobą, albo z psem. Tak, tak… ze sobą też :). I chodzi mi tutaj o różne problemy. Pies nam nie powie, że jest niespokojny, bo boli go brzuch. Pies też nie powie nam, że jest niewybiegany, albo znudzony i dlatego zjada nasze mieszkanie. Jeśli właściciel widzi, że coś po prostu nie gra, to warto udać się do psiego specjalisty i poprosić o pomoc. Weterynarz psa zbada i pomoże wyeliminować problemy zdrowotne. Natomiast behawiorysta ma szanse pomóc nam zrozumieć potrzeby naszego psa i zidentyfikować problem wychowawczy. W przypadku mnie i Berka weterynarz zdiagnozował uczulenie, pomógł mi zapanowac nad Berkowym brzuchem i dzięki temu Berek uspokoił się, jest zdrowy i szczęśliwy. Teraz znacznie lepiej i łatwiej jest mi się z nim dogadać.

Czasem warto też iść do specjalisty ze sobą. Pies doskonale wyczuje, że coś jest z nami nie tak – gdy mamy obniżony nastrój, gdy ciężko jest nam zwlec sie z łóżka i wyjść z psem na spacer. Warto zastanowić się czemu parę tygodni temu ta czynność nie sprawiała dla nas problemu, a teraz ledwo dajemy radę zrobić rundkę z psem po osiedlu. Duet „pies i człowiek” to swoisty barometr – wszelkie anomalie szybko wychodzą na światło dzienne. Komunikacja z psem nie jest łatwa, ale przez to zmusza nas do uważnego obserwowania jego i nas samych. I to jest SUPER :D. Szanujmy to i korzystajmy z tego mądrze.

SAM_0777

SAM_0794

SAM_0792

SAM_0776
nasze okolice

A tu na zdjęciu nasze okolice, czyli gdzie chodzimy na nasze codzienne spacery. Na zdjęciu są pola niedaleko ulicy Orlej w Krakowie, na wysokości Lasku Wolskiego. Lasek Wolski to niestety trochę spalona miejscówka (ale o tym w innym poście),  natomiast te pola Berek i ja uwielbiamy 🙂 Niestety zdjęcie nie oddaje urody tego miejsca. Daleko widać góry 🙂

SAM_0775