Przygoda, ach, przygoda! Tylko … ile można, aby nadal było fajnie? Człowiek dużo rozumie, umie uzasadnić wiele sytuacji. Z psem jest inaczej – zwierzaka naprawdę niespodziewane rzeczy mogą przytłoczyć. Ostatnie pół roku było dla nas ciężkie. A dla Berka? Czytaj dalej →
Znacie zespół Vintage Trouble? Ja odkryłam ich niedawno. Mają niesamowite brzmienie, a ich muzyka jest bardzo inspirująca. Ich fani tworzą wspierającą się na całym świecie społeczność, którą łączy podobna filozofia życiowa i nastawienie do świata. Czytaj dalej →
Jakiś czas temu przyszła do nas paczka-niespodzianka od Warsaw Dog‚a. W paczce była obroża i smycz w piękny zielony wzór Shine in Green. Zachwyciłam się! Czytaj dalej →
Co trzecia osoba na świecie jest introwertykiem. Ja nim jestem – takim klasycznym, z cechami opisywanymi w książkach. Nie czuję się z tym źle, ale przyznaję, że czasem trudno jest mi odnaleźć się w świecie zdominowanym przez ekstrawertyków. Obecnie docenia się te cechy, którymi wyróżnia się właśnie typowy ekstrawertyzm czyli komunikatywność, otwartość, umiejętności społeczne. Introwertycy mają czasem pod górkę. Czytaj dalej →
Czy Wasze psiaki rozkręcają czasem psią imprezę na spacerze?
A czemu pytam? Bo Berkowi coraz częściej zdarza się, że motywuje do zabawy nawet najbardziej stacjonarne, spokojne psy w Holandii. Ostatnio ganiał się z dostojnym samcem Rhodesian Ridgeback’a (ogromny!), który – jak to powiedziała jego pani – „nigdy nie biega, a teraz goni jak szalony”. Widocznie wariactwo, entuzjazm i energia mojego psa jest zaraźliwa ;). Czytaj dalej →
O Holandii, jak o każdym kraju, można powiedzieć kilka stereotypowych rzeczy, które po dłuższym pobycie w tym miejscu można szybko zweryfikować, że Netherlandy to nie tylko Amsterdam, kanały, ser, rowery, wiatraki, chodaki i marihuana. Czytaj dalej →
Wreszcie udało nam się dotrzeć do Amsterdamu! Tymczasową przeprowadzkę planowaliśmy przez jakiś czas, ale plany te stały się konkretniejsze dopiero niedawno. Było dużo rzeczy do skoordynowania, ustalenia i przemyślenia, ale udało się. Od września będę przez rok studentką Universiteit van Amsterdam, a Berek będzie śmigać po holenderskich krzakach. Czytaj dalej →
Zima była. Trwała tydzień. Teraz chyba mamy wiosnę, a już na pewno wiosenny nastrój. Wydaje mi się jakby przyroda nie zasnęła i nie zwolniła, a wręcz przeciwnie, tętni cały czas życiem. Las pachnie. Pola całe ruszają się, bo wszędzie skaczą ptaki. Bażanty krzyczą w trawach. Wariactwo! 🙂 Jest w tym wszystkim coś niesamowitego. Postanowiłam wybrać się na wycieczkę trochę dalej od miasta, aby zobaczyć co tam słychać w „dziczy”. Zawsze w nowych miejscach spacerowych prowadzę Berka na lince. Szczególnie, gdy na wyprawie jestem z nim sama, wcześniej nie konsultowałam z nikim trasy i po prostu nie znam terenu. Dlatego też w tym poście zobaczycie zdjęcia Berka wędrującego na naszej 15-metrowej lince treningowej.
Plan był żeby przejść kawałek Szlakiem Tynieckim i sprawdzić jak wyglądają nadwiślańskie tereny za Tyńcem idąc od Bogucianki. Jednak plan planem, wyszło trochę inaczej. 😉
Dojazd autobusem 112, kierunek Tyniec Kamieniołom. Należy wysiąść na przystanku Bogucianka i skręcić w ulicę Grodzisko na końcu której jest wejście do lasu i początek zielonego szlaku (Szlak Tyniecki).
I jak było? Pięknie! Pomimo iż nie puściłam Berka luzem, spacer i tak był ciekawy i dla mnie i dla niego. Na ulicy Grodzisko przywitało nas wiele obszczekiwaczy pozamykanych na posesjach, ale Berek dzielnie przeszedł dalej. W lesie, który zaczyna się na końcu ulicy, przepięłam go na linkę i już było super – Berek zaczął zwiedzać. Ścieżka przez las nie jest długa ale kończy się stromym zejściem na nadwiślańskie łąki. Szlak, jak widać na mapce na górze, skręca w prawo w stronę Opactwa Ojców Benedyktynów w Tyńcu. Ja jednak poszłam w lewą stronę i szybko wyszłam na otwarte przestrzenie Bielańsko-Tynieckiego Parku Krajobrazowego. Pola są porośnięte wysoką trawą. Po jednej stronie jest Wisła i można iść wałem wzdłuż rzeki. Po drugiej stronie są pagórki porośnięte lasem. Przeszłam się kawałek wałem, skręciłam na pola, a potem znów wróciłam na wał, bo tam było zdecydowanie najmniej błota. Wszędzie było widać ślady zwierzyny, a Berek momentami bardzo intensywnie węszył. Przez chwilę pocieszałam się, że wysokie trawy są w stanie zapobiec psiej pogoni, ale szybko przypomniałam sobie słowa Stanley’a Coren’a (Tajemnice Psiego Umysłu) o tym, że psi „[…] zmysł wzroku potwierdza jedynie to, o czym powiadomił go wcześniej węch”, więc po co się łudzić? 🙂
Szczerze polecam taką wyprawę – odświeża umysł i ciało. Berek też był zadowolony, bo odwiedził nowe miejsce, a to jest zawsze przygoda. Żałuję, że nie polatał luzem, ale niestety, nie ufam mu aż tak, nie znałam terenu i ie liczę na szczęście. Planuję natomiast na pewno tam wrócić i pozwiedzać dokładniej Bielańsko-Tyniecki Park Krajobrazowy, jak i sam Tyniec i okoliczne lasy.
Musiało minąć kilka dni, żebym się uspokoiła i stwierdziła, że jednak opiszę naszą przygodę na blogu. Ostatnie święta przejdą u mnie do historii i to oczywiście dzięki Berkowi. Niestety wcale mnie to nie cieszy aż tak bardzo…
Na święta pojechaliśmy do rodziców, którzy mieszkają pod Warszawą. Zaraz koło domu są ogromne nadwiślańskie łąki. Wprost uwielbiam te tereny – jest tam ładnie, teren jest duży, Berek ma gdzie śmigać. Jest rzeka, jezioro, drzewa. Korzystając z okazji w Wigilię śmignęłam rano na spacer. Tego dnia był silny wiatr i Berek biegał w kółko ganiając podmuchy. W pewnym momencie wręcz wbiegł na sarnę siedzącą w wysokiej trawie. Ona chyba też nas nie czuła i nie słyszała (mimo iż idąc po polach ciągle ćwiczę przywołanie gwizdkiem…). Wyskoczyła na zaorane, błotniste pole i zaczęła biec. Berek niestety za nią. Ja stałam i czekałam, żeby Berek odpuścił, co robi po iluś-dziesięciu metrach jak widzi, że sarna zwiewa. Jednak tym razem sarenka miała inny pomysł: zaczęła zwalniać, po czym … zatrzymała się. Ja zamarłam, bo Berek do niej podszedł i zaczęli beztrosko kicać wokół siebie. Zaczełam biec w ich kierunku, bo nie widziałam co się dzieje i dlaczego to zwierze nie ucieka. Gdy zbliżyłam się do nich, sarna przebiegła przez wysoki gąszcz na sąsiednie pole, a Berek oczywiście za nią. Wypadłam z krzaków za nimi i nie mogłam uwierzyć własnym oczom: znów stali obok siebie i się nie ruszali. Berek był w pozie zapraszającej do zabawy i gapił się raz na sarnę, raz na mnie. Nie miałam pojęcia co zrobić. Zaczęłam wołać Berka, jednak ten nie do końca chciał odejść od „koleżanki”. W końcu odpuścił i zaczął do mnie biec. Niechętnie, bo niechętnie, ale do mnie przybiegł, a sarna schowała się w trawie, bo wyraźnie moja obecność i wołanie ją niepokoiły.
Gdy wreszcie zapięłam Berka na smycz, opadły mi emocje. Wpadłam w panikę. Tysiące myśli przelatywało mi przez głowę. Berek był cały w błocie, opluty, roztrzęsiony z emocji i podniecenia. Chciał biec do niej znowu, przeszukać krzaki i imprezować dalej. Ja byłam w stanie tylko dowlec się do domu i to też nie do końca, bo musiał przyjechać do mnie A. i mi pomóc się pozbierać, bo wypełzanie z błota jakoś mi nie wychodziło i dzwoniłam do niego wygadując rzeczy, których on nie rozumiał. Moje przerażenie pewnie było przesadzone, ale w całej historii było kilka elementów, które mnie totalnie zbiły z tropu. Po pierwsze dość długo zwierzaki były daleko ode mnie, a widziałam już, że sarna nie biegnie. Nie wiedziałam dlaczego i spodziewałam się najgorszego. Po drugie, pomyślałam, że dzikie zwierze będzie się desperacko bronić i może zrobić Berkowi krzywdę. Po trzecie, gdy już mogłam całą akcję obserwować z bliska, nie miałam pomysłu jak to wszystko się skończy, bo nie wydawało mi się możliwe, żeby mój super myśliwski pies tak po prostu odszedł od sarny i do mnie wrócił ( co jednak zrobił!). Koniec końców, niby nic się nie stało, ale jednak…
Następnego dnia A. poszedł razem z nami na pola. Berek latał jak szalony i szukał tropów. Przez 1,5h biegał bez przerwy, zagotował się, para z niego buchała i musiał ochłodzić się w jeziorze. Poziom podekscytowania ? Maksymalny. Wieczorem wzięłam go na spacer po mieście, żeby trochę ochłonął z tych sarnich emocji. Kolejne spacery? Tym razem dołączyła do nas moja koleżanka z jej psem. Berek przegonił kolegę, wyraźnie dał mu znać, że nie ma ochoty na nic innego jak tropienie i kumpel ma spadać. Latał może mniej, ale wyraźnie szukał zapachów i był nastawiony tylko na węszenie. Natomiast dziś na polach nie spuściłam go ze smyczy, bo widziałam, że nie miał ze mną kontaktu. I również dziś wróciliśmy do Krakowa, czyli teraz spacery będą już odbywać się w innym miejscu, na innych polach, więc jest nadzieja, że będzie „po staremu” i Berek będzie spokojniejszy i nie będzie tak nakręcony.
Berek ma silny instynkt łowiecki. Nie jest to dla mnie zaskoczenie, bo taki sam był seter gordon moich rodziców, ale… przestraszyłam się opisanej powyżej sytuacji i boję się do tej pory. Berek okazał się i tak super, bo sarnie nic nie zrobił i po paru minutach (które wydawały się wiecznością) wrócił do mnie po prostu odchodząc od niej (jak dla mnie-kosmos)… Jednak, biegnąc blisko za sarną, nie posłuchał się i nie zatrzymał co jest moją porażką. Nie potrafię wypracować przywołania do tego stopnia, żeby Berek mając tuż przed sobą truchtający coraz wolniej sarni tyłek, zawracał na komendę. Nie wiem jak to zdarzenie wpłynie na zachowanie Berka. Czy będzie tak „odfruwać” na każdym spacerze, a ja stresować? Jutro spacer i zobaczymy jak kontaktuje na polach w Krakowie.
A poniżej filmik… taki w temacie 😉
Do trzech razy sztuka, a potem co? Mam nadzieję, że już NIC; że na długi czas wykorzystałam z Berkiem naszego pecha do rozcinania łap i więcej takich „przygód” nie będzie.
W sierpniu Berek rozciął sobie opuszek. Rana była głęboka i goiła się dość długa. Niestety nie udało mi się szybko dotrzeć do weterynarza i nie mogła być szyta. Myślałam wtedy, że trudno – musi tak być, a i tak cud, że biegając jak to Berek potrafi, udawało mu się uniknąc ran łapek jak do tej pory. Potem na przełomie września i października znów Berek skaleczył się w łapę. Tym razem odciął w 3/4 opuszek od nogi (nie mam pojęcia jak to zrobiła, ale gonił jak szalony z psami więc może dlatego). Szczęście w nieszczęściu rana była wysoko na nodze (ten piąty palec) i szybko się goiła bo Berek na tym nie stawał.
A dziś? Berek biegał z psiakami i wyjątkowo szalał. Tylko usłyszałam jak przebiega po jakiś połamanych płytkach od glazury czy terakoty. Potem przybiegł do mnie kuląc tylną nogę z której ciekła krew. Próbowałam zawinąć mu nogę w reklamówkę by nie dostało się tam więcej brudu, ale siatka szybko spadła pod ciężarem krwi. Na spacerze nie miałam przy sobie portfela. Na szczęście dwie przemiłe dziewczyny (jestem Wam bardzo bardzo wdzięczna za pomoc!!) zajęły się nami: podwiozły do weterynarza na Ruczaju i pożyczyły pieniądze na „w razie czego”. Nie wiem co bym bez Nich zrobiła. dzięki pomocy Berek trafił do weterynarza bardzo szybko i mógł mieć szycie rany, co na pewno przyspieszy gojenie. W czasie całego zabiegu miałam czas na sprit do domu po portfel i dokumenty psa.
Okazało się, że rana jest długa i głęboka. Berek dostał głupiego jasia, kroplówkę i miał założonych 6 szwów. Po 2 godzinach wróciłam po niego do przychodni i na szczęście A. podjechał po nas autem i zawiózł do domu. W aucie Psi Ryj jeszcze nie do końca był przytomny i widać było, że już chce znaleźć się w domu i mieć spokój.
Wiem, że Berek potrafi biegać jak szalony, że nie patrzy, rozpędza się do ogromnych prędkości i nie ma czasu na rozglądanie się. Taki jest. Jak spodoba mu się jakiś kompan do zabawy to Psi Ryj szaleje. I nie będę trzymać go na smyczy i zabraniać mu śmigać z kolegami jak mu się podoba, bo po to zwierzę żyje, żeby być szczęśliwe. Boję się tych brudów, śmieci zostawionych przez syfiarzy na polach, w lasach, w parkach – dosłownie wszędzie! Jak można wywalić ciężarówkę połamanych płytek glazury, starych samochodowych wycieraczek, tonę gruzu i stare wyposażenie łazienki, w tym świecący klozet, jak nietknięty??? Czy oni go umyli zanim wywalili na polance? Ja schylam się po stary bilet autobusowy jeśli wypadnie mi przez przypadek z kieszeni, a celowego wywalenia śmieci nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Wiem, że pies może skaleczyć się o patyk itp, jednak wątpię, żeby patyki były aż tak niebezpieczne… Psy wczoraj szalały – ryje im się śmiały, aż usłyszałyśmy szklano-metaliczny dźwięk, gdy przebiegły po śmieciach, a potem z krzaków wynurzył się Berek pokazując ociekająca krwią ranę :/. Chyba nie patyk…