Pół roku na walizkach

Przygoda, ach, przygoda! Tylko … ile można, aby nadal było fajnie? Człowiek dużo rozumie, umie uzasadnić wiele sytuacji. Z psem jest inaczej – zwierzaka naprawdę niespodziewane rzeczy mogą przytłoczyć. Ostatnie pół roku było dla nas ciężkie. A dla Berka? Zaczęłam się nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że mamy naprawdę wyjątkowego psa, który poradził sobie z prawdziwym roller-coasterem ostatnich miesięcy. Ostatnie miesiące to często stan tymczasowości, który wpływał i na nas i na Psiego Ryja.

Sierpień

W sierpniu wynieśliśmy się z Krakowa i przenieśliśmy na kilka tygodni do rodziców pod Warszawę. Berek dom w Dziekanowie i tereny świetnie zna i sam pobyt u „Dziadków” nie był dla niego niczym nowym. Jednak przeprowadzka i cały związany z tym stres to dla psiej głowy całkiem dużo. Tym razem i tak było spokojniej niż jak zmienialiśmy mieszkania na terenie Krakowa (o ironio…), ale pakowanie i mieszkanie w i na kartonach przez dobrych kilka dni jak nie tygodni potrafi zmęczyć. Tego nie da się lubić, ani nie zauważyć.

11822417_957936847561529_2655709648009982111_n
Berek zapakowany

Na szczęście Psi Ryj odbił sobie to wszystko spacerami nad Wisłą w Dziekanowie Leśnym – nie ma lepszego miejsca dla naszego psa.

P1090684

 

 

P1090567

P1090769
Psie tupty były zmęczone bieganiem

Pod sam koniec sierpnia dotarliśmy do Amsterdamu, gdzie we wrześniu miałam zacząć studia. Berek podróżował do Holandii z mega wirusem żołądkowym i silną biegunką. To była najdłuższa podróż w naszym życiu, a nocleg w hotelu w Berlinie był tylko dodatkowym stresem, bo w pokoju była wykładzina dywanowa…

Na początku przez dwa tygodnie mieszkaliśmy gościnnie w samym centrum Amsterdamu i… było ciężko, bo zupełnie nie miałam gdzie zabrać Berka na Berkowy spacer. Plus – w mieszkaniu nie było mebli 😉

P1100430
Gościnnie mieszkać było fajnie, ale brak mebli bywa problematyczny. Mieliśmy tylko dmuchany materac, kennel i psie posłanie. Pewnego dnia materac pękł…

Po mieście można łazić, ale i Berek i ja zaczynaliśmy mieć tego dość. Ja byłam zmęczona i zestresowana tym, że nie mogę zapewnić psu tego do czego jest przyzwyczajony, a Berek denerwował się, bo zdenerwowany był jego człowiek… Nie wspominam tych dwóch tygodni dobrze, ale jakoś się dało przetrwać. Odkryliśmy wiele ciekawych miejsc do których pewnie bym nie trafiła, gdyby nie Berek. Psi Ryj okazał się też najlepszym w Amsterdamie tropicielem zdziczałych królików…

P1100457
W Amstelparku, parku pełnym krolików

 

P1110320
Krzywe domu w Amsterdamie

This slideshow requires JavaScript.

Wrzesień

We wrześniu zaczęły się zajęcia na uczelni, a ja od razu musiałam praktycznie całe dnie kuć, by w ogóle być w stanie utrzymać się na powierzchni. Na szczęście był też czas na szukanie nowych miejsc spacerowych. Odwiedziliśmy dwie wyspy, gdzie jedna okazała się króliczym królestwem :). Amsterdam zwiedzałam z Berkiem głównie poruszając się komunikacją miejską, a każda wyprawa była wielką przygodą dla nas obojga. Zaczynałam tęsknic za rutyną i spokojem.

W weekendy samochodem zwiedzaliśmy okoliczne miejscowości. Tak dotarliśmy do zabytkowego Naarden i na psią plażę w Noordwijk. Pierwsze wizyty Berka na plaży były gdy wiało od morza i Berek biegał jak inne psy ciesząc się przestrzenią. Aż któregoś dnia okazało się, że wieje od lądu, od parku narodowego Zuid Kennemerland, pełnego danieli i królików. Berek już nigdy więcej nie wykazał zainteresowania tym co dzieje się na plaży, ba! – nawet nie spojrzał na morze. Walczy całym sobą, by nie wyrwać w głąb parku… No fun :/ Spacery po plaży to ciężki temat.
P1100693

P1110738
Kocham to zdjęcie

Byliśmy też na ogromnych wrzosowiskach, pooranych przez króliki i zadeptanych przez ludzi. Berek robił widowisko tropiąc (ludzie i ich psy autentycznie zatrzymywali się aby popatrzeć …), a ja umierałam ze strachu, bo odbiegał na dość duże odległości. Miejsce piękne, ale ilość króliczych zapachów ogłupiała Psiego Ryja.

P1120282
W oczach Berka widać obłęd. Tu zatrzymał się, bo wyżeł już nie dawał mu spokoju.

I wreszcie we wrześniu udało nam się wynająć mieszkanie i przenieśliśmy się do Haarlemu, gdzie są parki i trawniki. I to nawet bez dużych ilości królików. Nareszcie mieliśmy meble i nie tylko Berek miał na czym usiąść 😉

Październik

Mniej więcej w październiku kupiliśmy dla mnie rower. I nasze życie zmieniło się na plus – zaczęłam uczyć Berka biegać przy rowerze. Okazało się, że Ryj jest w tym rewelacyjny i wychodzi mu to nawet lepiej niż większości holenderskich psów. Duma!

Także w październiku była króciutka wizyta w Polsce, bo zaczynało robić się zimno, a nasze buty przemakać. Trzeba było pojechać po resztę garderoby i innych bambetli.

Listopad

Z każdym tygodniem było już spokojniej. Jednak ciągle coś nas zaskakiwało. Powoli zaczynaliśmy rozumieć czym jest pogoda w Holandii i co znaczy „wietrzny dzień”.

No i ten deszcz… który jest nawet, gdy go nie ma :). Osobiście pogodę w Holandii lubię, bo pasuje do mojego psa, czyli nie da się przewidzieć. Teraz muszę radzić sobie nie tylko z Psim Ryjem, ale i z aurą. Jest ciekawie.

Poza tym listopad to częste wyprawy na (chyba) największy na świecie wybieg dla psów, czyli 40ha ogrodzonego lasu w Caprera Estate. Tam wszyscy odpoczywamy – Berek biega, my spacerujemy i nie ma stresu. Z czasem zaczęło robić się nerwowo i na uczelni i w pracy, a terapia przyrodą zawsze jest w cenie.

Odwiedziliśmy także wspaniałe ruiny Brederode – było tam spokojnie, cicho i naprawdę magicznie. I można było wejść z psem.

Grudzień

Pod koniec roku już byliśmy na ostatnich nogach. Zmęczenie naprawdę nas dopadało, a tu jeszcze szły święta co zwykle oznacza jeszcze więcej zamieszania. Przyznam, że nie miałam nawet siły myśleć o wyjeździe do Polski pod koniec grudnia. Jednak wiem jedno – Berek działał na nas terapeutycznie. Choć zmęczeni to musieliśmy działać i koniec końców, wszystko co z nim robiliśmy okazywało się być super :).

W grudniu był ważny dla mnie, osobisty wpis o byciu introwertykiem w świecie zdominowanym przez ekstrawertyzm. I jak pomaga mi Psi Ryj.
new

Grudzień był też miesiącem kiedy Berek zaczął wyglądać. Dotarły do nas szelki od Warsaw Dog‚a i zaczęliśmy lansować się w całym zestawie Shine in Green.

I wreszcie – przyszły święta i, trochę na wariackich papierach, ruszyliśmy do Polski. Po drodze był nocleg pod Poczdamem, gdzie zupełnie nie było co oglądać, ale było gdzie spać 🙂

Warszawa i wizyta u „Dziadków” to spotkanie z Robercikiem i staruszką Etną. Zawsze to dużo zamieszania, ale ile radości. Robercik to zdecydowanie mój ulubiony nie-mój pies :).

W Warszawie nie wytrzymaliśmy za długo – śmignęlismy do Krakowa, bo bardzo tęsknimy za wszystkimi znajomymi i oczywiście tropieniem z naszą grupą tropieniową. To były najlepsze dwa dni tego roku! 🙂 Gościnne po-świąteczne tropienie to była niesamowita zabawa.

Pobyt w Polsce często kojarzy mi się z… komunikacja miejską i podróżowaniem PKP :). Berkowi chyba też nie są obce te sprawy – w ciągu kilku dni śmigał autobusami, tramwajami i pociągami jak mało kto.

A potem sypiał jak żul – pod stołami, na kolankach, na schodach, gdzie się dało. Tymczasem, ja żłopałam kawę (np. w psiolubnej Nancy Lee). Każdy robi co może by podładować siły 🙂

W grudniu Berek obchodził czwarte urodziny. Stary chłop z niego.

Styczeń

Początek roku był dla naszej trojki bardzo trudny. Mieliśmy plan, by wracając do Holandii po świętach, zatrzymać się na dwa dni w Berlinie. Niestety nic z tego nie wyszło, bo Berek rozchorował się na babeszjozę. Z powodu wielu nieprzewidzianych okoliczności, byliśmy zmuszeni zawrócić z Berlina do Polski i poddać Ryja leczeniu. Historia jest długa, choć nieskomplikowana – zapraszam do przeczytania wpisu na blogu.

W końcu, parę dni temu udało nam się dotrzeć do domu w Holandii. Nocowaliśmy jedną noc pod Magdeburgiem, w hotelu w małej miejscowości po środku pola, gdzie nie było nic do oglądania. Berek zajmował się gapieniem na żyrandol, węszeniem naszych torebek z prowiantem i żebraniem o kawałek kiełbasy. Spokój, nuda i stosunkowo przyjemna jazda autem, bo bez korków na niemieckich autobanach :).

Było intensywnie, dla mnie trochę za intensywnie, ale przyjemnie i nie ma co narzekać. Berek ucieszył się, gdy weszliśmy do mieszkania w Haarlemie. Zaczął obgryzać swoje zabawki i zaraz rozwalił się na kanapie. A przecież miał ze sobą ulubione gryzaki i w Warszawie i w Krakowie i podczas pobytu w hotelach. Kanapa też była. Ale widocznie nie jego, nie taka jak trzeba, niedobra.

Na relaks też trzeba mieć siłę, ochotę, energię i miejsce, prawda piesku?

 

 

 

 

 

 

Advertisements

4 thoughts on “Pół roku na walizkach

  1. Jak będziecie znowu w Krakowie to wpraszam się na spacer z tropieniem;-) Podobnie, jak Holendrzy z plaży jestem bardzo ciekawa na czym polega to show.

    1. Jak najbardziej 😀 Nie wiem czy Ci się spodoba, bo tropienie jest dośc spcyficzne i nie az tak efektowne (z pozoru) jak skoki, łapanie dysku czy inne cuda ktore robią niektore psy. Ale ja się zachwycam, po prostu uwielbiam 😀

  2. Bardzo intensywne półrocze, ale pewnie i dużo nowości dla Berka. Ja też staram się zabierać Bonę tam, gdzie tylko mogę. Obecnie jesteśmy na zimowych feriach. Pozdrawiamy z Tatr 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s